gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Na grubym czy cienkim cieście, czyli domowa pizza z tuńczykiem, owczym serem i pomidorami

dsc_0199

Zakopane koniec października.

Przed zmrokiem meldujemy się w “naszym” pensjonacie niedaleko Antałówki. Po rozpakowaniu bagaży, przewinięciu naszej dziewczyny, pakujemy ją w wózek z zamiarem wyruszenia pod Nosal na obiado-kolację. Zuchna zaczyna płakać, po czym zasypia po 3 minutach. Jest 18:30. Wracamy na tarczy. Głodni. Przez telefon zamawiamy margharitę z najpopularniejszej pod Giewontem restauracji-pizzerii. Na grubym cieście, bo tylko takie jest w menu. Zaskakująco smaczną.

Restauracja gdzieś w Polsce.

Na przeszklonych drzwiach wejściowych wisi zadrukowana karta: “Zatrudnimy pizzera”. Przechodzę obok i przez głowę przelatuje mi myśl, że co prawda nie jestem kandydatem do tej posady, ale chętnie zaciągnęłabym się na jeden dzień w takiej knajpie, by asystować owemu pizzerowi i nauczyć się robić pizzę na cienkim cieście.

Co najmniej raz w miesiącu robię domową pizzę. Kombinuję z mąką i dodatkami. Ostatnio zajadamy się pizzą, która zamiast klasycznego pomidorowego sosu ma dodatek pesto: bazyliowego lub z suszonych pomidorów. Co do mąki, to raz używam mąki do ciast drożdżowych, innym razem pszenną mieszam pół na pół z kukurydzianą, czasem dodaję orkiszową lub gryczaną. Jednak od kiedy odkryłam mąkę pszenną do pizzy (typu 00), to z niej właśnie wychodzi mi najsmaczniejszy spód. Czasem z dodatkiem kukurydzianej. Zwykle moje ciasto jest z gatunku tych grubych, ale mam nadzieję (i ambicję), że w przyszłości dojdę do wprawy i zaczną mi wychodzić cienkie i chrupiące spody. Kwestia czasu (?).

Dzisiejszy przepis należy do nieskomplikowanych. Wystarczy mieć pod ręką puszkę tuńczyka i garść dodatków. A czas między wyrastaniem ciasta na pizzę a wałkowaniem i pieczeniem można sobie umilić na przykład malowaniem paznokci. Albo lepiej zabawą z dzieckiem. Lub psem:)

Miłego!

dsc_0203

PIZZA Z TUŃCZYKIEM I OWCZYM SEREM

/dla 4 głodnych osób/

na spód:

3 szklanki mąki pszennej typu 00

1/4 opakowania świeżych drożdży (25 g)

4 łyżki oliwy

2/3 szklanki letniej wody

1 łyżeczka cukru

1 łyżeczka soli

na wierzch:

1/2 szklanki sosu pomidorowego z tego przepisu: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/02/18/przeglad-lodowki-czyli-pizza-na-pszenno-kukurydzianym-spodzie/

1 puszka tuńczyka w oliwie

8-10 oliwek bez pestek

1/2 szklanki sera owczego, pokrojonego w kostkę

3 średnie pomidory, pokrojone w plasterki

1 kulka mozzarelli, pokrojona w plastry

pieprz

 

Przygotowujemy spód pizzy: w dużej misce rozkruszamy drożdże, dodajemy cukier i letnią wodę, mieszamy, po czym przykrywamy suchą ściereczką i odstawiamy na 10-15 minut, by drożdże “ruszyły”.

Po 10-15 minutach do roztworu drożdżowego dodajemy mąkę, sól, oliwę i wyrabiamy gładkie, elastyczne ciasto. W razie konieczności, gdy ciasto jest zbyt twarde dodajemy odrobinę wody lub dodatkową łyżkę oliwy. Ciasto zostawiamy w misce, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 1h.

Piekarnik nagrzewamy do 210°C.

Po godzinie wyjmujemy ciasto z miski, rozwałkowujemy na duży placek albo kilka mniejszych i kładziemy na rozgrzaną blachę uprzednio wysmarowaną odrobiną oliwy.  Na wierzchu rozsmarowujemy sos pomidorowy, a następnie układamy kawałki tuńczyka (odsączonego z oliwy), pomidory, oliwki i mozzarellę. Posypujemy świeżo mielonym pieprzem.

Pizzę pieczemy w temperaturze 210°C przez ok. 13-14 minut, do zrumienienia brzegów.

Smacznego:)

dsc_0212

Advertisements


Leave a comment

Lapidarnie. Bezglutenowe ciasto dyniowo-kokosowe z czekoladą

dsc_6966

Jest już ciemno. Przez szparę w uchylonych drzwiach sączy się struga światła. Nasza mała dziewczyna jest już wykąpana, przewinięta i nakarmiona. Trzymam ją na rękach, śpiewam kołysanki i tulę, by smacznie zasnęła.

Chodzę po sypialni. Niektóre deski skrzypią, a ja wyobrażam sobie, że kilka centymetrów pod stopami pracują ciężkie drewniane legary, które nie zdążyły wyschnąć. W mroku mój wzrok ślizga się po grzbietach książek uśpionych na regale. Próbuję odczytać ich tytuły.

Pada deszcz. W nocy wsłuchuję się w miarowe odgłosy kropli deszczu spadających na okno dachowe w sypialni. Zamykam oczy i łapię się na tym, że dokładnie takie wrażenia miałam lata temu leżąc w namiocie, gdy deszcz jednostajnie uderzał w tropik, a ziemia pachniała wilgocią.

Jest jesiennie, wilgotno i zimno. Jutro upiekę ciasto. Dyniowo-kokosowe, pachnące czekoladą i kokosem. W sam raz do herbaty z dodatkiem cytryny, miodu i imbiru.

dsc_7006

BEZGLUTENOWE CIASTO DYNIOWO-KOKOSOWE

3 duże wiejskie jajka

3/4 szklanki cukru trzcinowego

1 szklanka oleju (użyłam rzepakowego)

1/2 szklanki mąki kokosowej (użyłam mąki z http://www.olejowyraj.pl)

2 szklanki surowej dyni, obranej i startej na tarce o dużym oczku (użyłam Hokkaido)

1/2 szklanki posiekanych orzechów włoskich

3 łyżki wiórków kokosowych

2 łyżeczki sody oczyszczonej

1 łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczki mielonego imbiru

1/2 łyżeczki mielonego kardamonu

1/4 łyżeczki soli

na polewę:

1/2 tabliczki gorzkiej czekolady (o zawartości 70% kakao)

1/2 tabliczki deserowej czekolady

1 łyżka masła

garść posiekanych orzechów włoskich

 

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 160ºC.

Do miski wsypujemy kolejno produkty sypkie: mąkę kokosową, wiórki kokosowe, przyprawy, orzechy, sodę i sól.

W osobnej, dużej misce miksujemy na puszystą masę jajka z cukrem trzcinowym. Dodajemy olej, sypkie produkty i dynię. Całość dokładnie mieszamy i przelewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy przez ok. 1h w temperaturze 160ºC.

Ciasto wyjmujemy z piekarnika, by ostygło na kuchennej kratce. W międzyczasie przygotowujemy polewę: w kąpieli wodnej roztapiamy czekoladę i masło, a następnie dokładnie mieszamy, by składniki połączyły się. Czekoladą polewamy ciasto, następnie posypujemy je posiekanymi orzechami włoskimi.

Smacznego:)

dsc_6969

dsc_6962

dsc_6961


2 Comments

Z cyklu: kuchnia góralska. Jajka zapiekane pod oscypkową pierzynką

dsc_6952

Owce zeszły z redyku z hal na niziny. O tej porze roku już nie uświadczysz oryginalnego oscypka. Oryginalnego, czyli o zawartości co najmniej 60% mleka owczego. Kiedyś o tym napiszę więcej. Gdy owce znów będą na hali. Na targowicy pod Gubałówką piętrzą się stosy serów z mleka krowiego, czasem z domieszką owczego. Górale mają dobry PR, turyści nie czują różnicy.

dsc_6947

Podczas ostatniego wyjazdu na Podhale kupiliśmy sery z niewielkim dodatkiem mleka owczego, więc nazywanie ich oscypkiem to lekkie nadużycie, bo prócz składu również kształt nie ten (kupiliśmy gołki). Ale co tam, gdy znowu zacznie się redyk, przyrządzimy sobie śniadanie z dodatkiem prawdziwego oscypka.

Dzisiejszy przepis właściwie powinien trafić do cyklu Leniwe weekendowe śniadania. Bo trzeba wybrać się na targowisko i tam znaleźć dobre, duże, wiejskie jajka. Bo prócz zdobycia oryginalnego oscypka, trzeba poświęcić jakieś pół godziny na przygotowanie i zapieczenie jajek. A w naszym domu takie rzeczy zdarzają się wyłącznie w weekend. A później należy z należytą czcią skonsumować owe zapiekane jajka:)

dsc_6946

JAJKA ZAPIEKANE POD OSCYPKOWĄ PIERZYNKĄ

/porcja dla 2 głodnych osób/

4 duże wiejskie jajka

8-10 plasterków oscypka + kawałek do starcia na tarce

2 łyżeczki masła

2 łyżki jogurtu naturalnego

2 łyżeczki posiekanego szczypiorku

1,5 łyżeczki suszonego oregano

świeżo mielony pieprz kolorowy

 

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 160ºC. W dwóch kokilkach/żaroodpornych naczynkach umieszczamy po łyżeczce masła i jogurtu. Umieszczamy w piekarniku na ok. 5 minut. Następnie do każdej kokilki wkładamy na dno po 4-5 plasterków oscypka,na nie wbijamy po 2 jajka, posypujemy, pieprzem, oregano i szczypiorkiem. Na wierzch ścieramy na tarce oscypka. Zapiekamy w temperaturze 160ºC przez ok. 15 minut, w zależności od tego, jaki preferujemy stopień ścięcia żółtka (ja lubię przypieczone).

Smacznego:)

dsc_6949

dsc_6956

dsc_6951


Leave a comment

Podróże z niemowlakiem, czyli kilka dni popod Tatrami

dsc_6918

W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach, uczyniliśmy zadość tradycji i zjechaliśmy na kilka październikowo-listopadowych dni na Podhale. Tym razem w trójkę. Wygląda na to, że pobiliśmy własny rekord w zgromadzeniu ilości bagażu. Pakowanie zajęło S. dobre pół godziny, a żeby się zmieścić ze wszystkim konieczne stało się zamontowanie dodatkowego bagażnika na dachu. Chociaż żadne z nas nie brało nart;) Nasza mała dziewczyna była bowiem wyekwipowana nie tylko w wózek, ale również wanienkę do kąpieli, własną torbę z ciuchami, torbę z kaszkami i słoiczkami, worek pieluch oraz torbę z zabawkami. To tylko podstawowe elementy wyposażenia. Mój Tata żartował, że jeszcze chwila, a pojedzie za nami swoim samochodem wioząc… nasze bagaże:)  Wieszczę, że nadejdzie dzień, gdy będziemy musieli kupić TIRa, albo co najmniej przyczepę, by wybrać się gdzieś na dłużej…

Po sześciu godzinach byliśmy na Podhalu. Tym razem nie było mowy o wejściu na szlak, albowiem pogoda tym razem nie rozpieszczała. Musieliśmy się zadowolić spacerami po okolicy. Po obowiązkowej wizycie na cmentarzu i na targowicy, zapakowaliśmy Zuzę w wózku do wagonika kolejki i wjechaliśmy na Gubałówkę. Akurat tego jedynego dnia słońce towarzyszyło nam od rana do wieczora. Nasza dziewczyna przesypia atrakcje turystyczne: spała prawie trzy godziny i nie było jej dane podziwiać tatrzańskiej panoramy. Nic straconego, gdy podrośnie objaśnię jej gdzie Tatry Bielskie, gdzie Zachodnie, a gdzie Wysokie.

dsc_6901

Przez miniony rok zatęskniłam za Tatrami, marzyła mi się chociażby wycieczka na Rusinową. Przez zmieniającą się jak w kalejdoskopie pogodę zostaliśmy jednak popod Reglami. Większość czasu zacinał deszcz ze śniegiem, czasem lekki śnieg, a przy tym krapkę duło, by następnego dnia wyszło słońce, ale w towarzystwie mroźnego powietrza. Witajcie na Podhalu:) Na otarcie łez kupiliśmy kilka par kapci góralskich, urządziliśmy sobie posiady ze znajomymi, odwiedziliśmy moją przyjaciółkę i moją przyszywaną ciotkę, a wszystko to zakąsiliśmy oscypkami i popiliśmy herbatą z sokiem malinowym.

dsc_6866

Po powrocie do domu (Zuza dzielnie zniosła sześciogodzinną podróż autem, choć ostatnie sto kilometrów nie należało do najlepszych w jej wykonaniu) lodówka świeciła pustkami, więc szybko zapełniliśmy ją gołkami i oscypkami. Nazajutrz rano S. dostał do pracy kanapki z oscypkiem. Inaczej być nie mogło.

Tradycyjnie zapraszam Was do obejrzenia garści zdjęć z naszego krótkiego wyjazdu. Tatr na nich mało, ale obiecuję, że za rok się poprawię.

dsc_6895

dsc_6910-2

dsc_6931

dsc_6905

dsc_6903

dsc_6913

dsc_6893

dsc_6879

dsc_6889

dsc_6916

dsc_6922

dsc_6933

dsc_6900

dsc_6928

dsc_6929

dsc_6887


Leave a comment

Na jesienne chłody. Rozgrzewające curry z soczewicą, kalafiorem, cukinią i batatem

dsc_6984

Poranki zaczynają witać nas lekkim przygruntowym przymrozkiem. Nawet Ozzy, wielbiciel “wojowania” na polu, rankiem nie jest skory do wyjścia, by się załatwić. Ciężko wstać z wygrzanego legowiska. Zwłaszcza, gdy ma się krótką sierść.

Gdy nadchodzą chłodne dni chce mi się rozgrzewających potraw. Z zewnątrz ogrzewamy się polarami, czapkami i rękawiczkami, a od wewnątrz nasz organizm domaga się ciepłego, kojącego posiłku. Słowem comfort food. Zdrowego, pełnego wartości odżywczych, a przy tym upichconego w domowych pieleszach i nieskomplikowanego w przygotowaniu. Dla mnie takim typowym comfort food jest curry. W tym daniu można żonglować składnikami: wegetarianie przygotują je wrzucając sezonowe warzywa, mięsożercy dorzucą kawałek indyka lub kurczaka, a weganie zrobią curry bez użycia produktów odzwierzęcych. Dla każdego coś dobrego.

dsc_6862

Dzisiejszy przepis jest wegetariański. Do garnka wrzuciłam to, co miałam akurat pod ręką: czerwoną soczewicę, pasattę, cukinię, bataty i oczywiście zawartość puszki z mlekiem kokosowym. Nie zrażajcie się jego mało atrakcyjnym wyglądem. Jest pyszne i kojące. Aromatyczne curry. Zawsze najlepsze na drugi dzień po przyrządzeniu)

dsc_6854

CURRY Z SOCZEWICĄ, KALAFIOREM, CUKINIĄ I BATATAMI

/porcja dla 4 osób/

1 łyżeczka czerwonej pasty curry

1 średnia cebula

1 ząbek czosnku

1 plasterek imbiru, drobno posiekany

3/4 szklanki czerwonej soczewicy

1/2 kalafiora

1 średnia cukinia

1 batat (lub 2 szklanki pokrojonej w dużą kostkę dyni)

1/2 szklanki passaty pomidorowej

2 łyżki  sosu sojowego

1 łyżka sosu rybnego (opcjonalnie)

1 puszka mleka kokosowego

olej kokosowy

 

Cebulę, czosnek i imbir siekamy, wrzucamy na rozgrzaną patelnię z dodatkiem łyżki oleju kokosowego i pasty curry, smażymy 2-3 minuty. Następnie dodajemy kalafior podzielony na małe różyczki, smażymy na średnim ogniu i mieszamy, by warzywo oblepiło się mieszanką curry. Dodajemy cukinię pokrojoną w półplasterki, batata (lub dynię) pokrojonego w dużą kostkę, sos sojowy (oraz opcjonalnie sos rybny) i smażymy całość przez ok. 5-6 minut.

Następnie dodajemy soczewicę, wlewamy passatę oraz 1/2 szklanki wody. Mieszamy całość, po czym wlewamy mleko kokosowe i dusimy na małym ogniu przez ok. 30 minut od czasu do czasu mieszając.

Gorące curry podajemy z ryżem basmati.

Smacznego:)

dsc_6864

dsc_6993


Leave a comment

Francuski rarytas, czyli domowy konfitowany czosnek

dsc_6278

Czosnkowy rarytas??? Z naszego zwykłego, pospolitego czosnku? Otóż tak, czosnek konserwowany w oliwie uchodzi we Francji za rarytas. U nas też może, czemu nie? Ale zacznijmy od początku.

dsc_6288

Lekcja 1. Wprowadzenie.

Czosnek pochodzi z Azji Centralnej. Około 5 tys. lat temu ludzkość zaczęła go uprawiać.

Pod względem uprawy występują dwie odmiany czosnku: jare (wiosenne) i ozime (zimowe). Te ostatnie mają m.in. następujące nazwy: Arkus, Harnaś, Huzar, Orlik, Zawrat.  Jare to Jarus i Cyryl.

Lekcja 2. Właściwości zdrowotne.

Czosnek często jest nazywany naturalnym antybiotykiem. Nie bez kozery, bowiem ma nadzwyczajne właściwości lecznicze. Działa bakteriobójczo, ma dobroczynny wpływ na układ pokarmowy, obniża ciśnienie krwi i działa przeciwmiażdżycowo. Czosnek to źródło prozdrowotnych pierwiastków, takich jak potas, magnez, wapń, żelazo, a zawartość selenu i manganu powoduje, że spożywanie czosnku przyczynia się do profilaktyki antynowotworowej. Najzdrowszy jest surowy, bo wówczas nie traci wszystkich swoich właściwości.

Lekcja 3. Chińska podróbka.

W sprzedaży można często spotkać czosnek z Chin. Nie kupujmy go, ponieważ jest uprawiany przy pomocy antybiotyków i chemii, często zawiera grzyby i pleśnie, nierzadko jest genetycznie modyfikowany. Jak rozpoznać czosnek made in China? Jest znacznie tańszy od polskiego. Jest też dużo większy od rodzimych odmian, ma mniej intensywny zapach i słodkawy smak, jest mało aromatyczny. Gdy długo leży nie usycha, lecz gnije i pleśnieje. Konsumpcja chińskiego czosnku może prowadzić m.in. do alergii i grzybic.

Lekcja 4. Zajęcia praktyczne.

Otwieramy zeszyciki i zapisujemy przepis na konfitowany czosnek. Po jego upieczeniu możemy dodawać go do makaronu (świetny z chilli, natką pietruszki i oliwą), kanapek (jako składnik past do chleba), sosów sałatkowych, czy do śledzi (jako zalewa).

dsc_6283

KONFITOWANY CZOSNEK

/na podstawie http://www.palcelizac.gazeta.pl/

4 główki polskiego czosnku

1 szklanka oliwy dobrej jakości

3/4 łyżeczki soli

5-6 ziarenek pieprzu kolorowego

2 gałązki świeżego tymianku lub 1,5 łyżki suszonego

liść laurowy

 

Czosnek obieramy z łupinek. Piekarnik nagrzewamy do temperatury 150°C. Wszystkie składniki wkładamy do żaroodpornego naczynia, tak aby czosnek był pokryty oliwą. Przykrywamy naczynie folią aluminiową i pieczemy, aż czosnek ładnie się przyrumieni (około 45-50 minut). Wyjmujemy, studzimy, przekładamy do słoika. Na powierzchni oliwy układamy wycięte z folii kuchennej kółeczka, szczelnie zamykamy słoiki. Przechowujemy w lodówce do 2 tygodni.

Smacznego:)

dsc_6289

dsc_6287