gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


2 Comments

O puceniu oscypka i innych przyjemnościach, czyli sałata juhasa z burakami i oscypkiem

W Tatrach w szałasie spędzałem całe lato. To się szło wiosną, a wracało, jak pierwszy śnieg przykurzył. Musisz doić, musisz paść i w nocy stać, jak niedźwiedź idzie. Chodził taki stary niedźwiedź, co zębów nie miał, do szopy wchodził i wybierał owce młode albo prosięta wyjadał w leśniczówce. Potem go odstrzelili, bo już stary był. Wolę niedźwiedzia jako wilka. Wilka bardziej się bałem, bo niedźwiedź chwyta jedną owcę i ucieka, a wilk bije na kupę. I dwadzieścia owiec zabije. Ja o owce się bał, a nie o siebie. Człowiek nie mógł się bać, szedł w otwarte karty.

Rano na bacówce sera się zjadło, zyntycy popiło. Rzepy się opiekło na watrze i bryndzą posypało. Dzwonki w nocy zadzwoniły, psy zaszczekały. Na wypasie to się ino leży, a nie śpi, czuwać trzeba. Być gotowym. Psy dobre trzeba było mieć, owczary. Moje to Dolina, Wierch i Ostroś, ten największy. Owce dawało się bacy na wypas. Baca dał za owce bundzu czy oscypka. Z bundzu bryndzę się zrobiło.

Nie ma owiec jednakowych, każda jest inna. Chłopy to poznają trzy pokolenia i po jakiej matce, i po jakiej babce, i po jakim baranie. Dobry juhas to do pięciuset owiec poznał. Każda owca ucho ma inne czy oko albo chód, albo posturę. Dziadek mnie tego nauczył, bo był z pokolenia bacą.

/Barbara Caillot Dubus, Aleksandra Karkowska Na Giewont się patrzy, Oficyna Wydawnicza Oryginały, Warszawa 2016/

Niezwykle towarzyska przedstawicielka gatunku;)

Co tam, gazdo w polityce?

Panocku, upuc se oscypka. Baco, chętnie, ino jak? Ano tak: umyj owcy wymiona (sic!), wydój ją. Gdy mleko będzie odpowiednio ciepłe (ok. 35-37ºC), pasowałoby teraz zaklagać mleko, czyli zakwasić dodając podpuszczkę.  Po tej operacji mleko się ścina, robi się na powierzchni skrzep (bundz), który po kawałku bierz w dłonie i ugniataj, coby wycisnąć serwatkę (która de facto jest kolejnym produktem pochodnym przy wyrobie oscypka, czyli żyntycą). Im dłużej będziesz wyciskał, tym lepiej, ser będzie smaczniejszy. Tak wyciśnięty ser trza kilka razy sparzyć gorącą wodą, by stał się miękki i elastyczny. Potem te gołki wsadź do rosołu, czyli solanki, a po kilkunastu godzinach wciśnij je w drewniane foremki do oscypków i umieść w bacówce pod powałą, by tam spokojnie się wędziły. Może to trwać nawet trzy tygodnie…

Proste to pucenie oscypka, nieprawdaż? A jakie smaczne!

Pucenie oscypka w Dolinie Kościeliskiej

Kulturowy wypas owiec na Rusinowej Polanie

P.S. Pamiętajcie, że od 14 lutego 2008 roku oscypek jest produktem regionalnym chronionym przez prawo Unii Europejskiej. Prawdziwy oscypek (nie mięsany) ma w składzie co najmniej 60% mleka owczego i nie więcej niż 40% mleka krowiego. I jest wytwarzany wyłącznie w czasie redyku, czyli od początku maja do października, gdy owce pasą się na zielonych podtatrzańskich holach.

 

 

SAŁATA JUHASA Z OSCYPKIEM, PIECZONYMI BURAKAMI I OLEJEM Z PESTEK DYNI

/porcja dla 2osób/

2 średnie buraki

10-12 plasterków oscypka

garść ulubionej sałaty

garść łuskanych orzechów włoskich

olej z pestek dyni lub lniany

świeżo mielony pieprz do smaku

 

Buraki myjemy, osuszamy, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy w piekarniku przez ok. 1h w temperaturze 180ºC. Po ostudzeniu buraki kroimy na plastry.

Sałatę rozkładamy na talerzach, na niej kładziemy plastry buraków, oscypka, polewamy olejem, doprawiamy świeżo mielonym pieprzem i posypujemy orzechami włoskimi.

Smacznego:)


2 Comments

Czekoladowe bez glutenu, czyli ciasto gryczane z malinami i czekoladą

Ten przepis miał pojawić się na blogu tuż przed Wielkanocą. Kolejna wariacja ciasta bez glutenu, wyłącznie na mące gryczanej z dodatkiem czekolady i malin. Ale, choć przetestowałam ten wypiek i pstryknęłam mu zdjęcia, zabrakło jednego ważnego czynnika. Czasu. A w zasadzie chwili wolnego czasu. Bo od kiedy wróciłam do pracy… gonię w piętkę.

Ale szczęśliwie nadszedł jeden z tych wyczekiwanych długich weekendów. Jest wieczór. Zu wykąpana, nakarmiona i ululana. S. drzemie oboka. Za oknem coraz ciemniej. Patrzę jak kończy się dzień, a na nieboskłonie pojawia się coraz więcej gwiazd. Zwalista sylwetka Giewontu powoli traci swe kontury, a po lewej coraz wyraźniej migocze jasny punkcik. Obserwatorium meteorologiczne na Kasprowym Wierchu. Jesteśmy na Podhalu, w moim rodzinnym mieście. Jutro wstanie nowy dzień, nasza dziewczynka zbudzi nas pewnie o 6:30 lub wcześniej i po śniadaniu, jeśli pogoda będzie dla nas łaskawa, wybierzemy się zdobywać którąś z dolin. Z Zu w nosidełku:)

CIASTO CZEKOLADOWE Z MALINAMI NA MĄCE GRYCZANEJ

80 g masła

50 g czekolady deserowej

50 g czekolady gorzkiej

125 ml mleka 3,2%

2 duże jajka

100 g mąki gryczanej

1 łyżeczka sody oczyszczonej

140 g cukru trzcinowego

1 szklanka malin (mogą być mrożone)

 

Masło i czekolady rozpuszczamy w kąpieli wodnej, następnie dodajemy mleko i mieszamy całość na jednolitą masę.

Cukier i jajka miksujemy na puszystą masę, następnie dodajemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia oraz przestudzoną masę czekoladowo-mleczną. Krótko miksujemy całość, tylko do połączenia się wszystkich składników. Dodajemy 1/2 szklanki malin (jeśli używamy mrożonych, nie rozmrażamy ich) i łyżką delikatnie rozprowadzamy je w masie. Ciasto przelewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy ok. 35 minut w temperaturze 175ºC. Ciasto powinno pozostać w środku lekko wilgotne. Wyjmujemy na kratkę kuchenną, aby ostygło. Przed podaniem ciasto przybieramy malinami.

Smacznego:)


Leave a comment

Z cyklu: kuchnia góralska. Kwaśnica na wędzonych żeberkach

dsc_7547

A może by tak ugotować kwaśnicę? rzuciłam mimochodem w zeszłym tygodniu. Nazajutrz Rodzice, jak co tydzień jechali na targ do Błonia, co skutkowało tym, że po południu na moim kuchennym blacie wylądowały niezbędne ingrediencje: wędzone żeberka i boczek oraz słuszna porcja naturalnie kiszonej kapusty “od chłopa”.

Dawno temu wracając z moją Mamą z Zakopanego zatrzymałyśmy się, by coś przekąsić. To był zajazd przy autostradzie, stylizowany na góralską karczmę. Co prawda poprzedniego dnia zjadłam na obiad smakołyki typu pierogi z bryndzą, a na przystawkę moskole z grillowanym oscypkiem, ale nadal było mi mało (to normalna reakcja przed powrotem na niziny;)). Nadeszła kelnerka przyodziana w stylu folkowym. Zlustrowałam menu i nie widząc mojej ulubionej góralskiej zupy zapytałam kelnerkę: Macie kwaśnicę, bo nie widzę w karcie? Na co mocno zdziwione dziewczę zapytało: A co to takiego???

Morał z tej opowieści jest taki: prawdziwej kwaśnicy nie uświadczysz na nizinach. Chyba, że zrobisz ją sobie sam. Ale wróćmy do tematu przewodniego tego cyklu, czyli kuchni góralskiej.

Podstawowym produktem, z którego przygotowywano posiłki była i jest dla górali kapusta. W każdym domu kiszono kilka beczek, bogatsi gospodarze sposobili na zimę i dwadzieścia stulitrowych. Kiszenie kapusty było obrzędem. Od staranności przygotowania kapusty zależała potem jej jakość, smak. Przygotowania trwały kilka dni.

Najpierw sprawdzano, czy beczki są dobre, czy nie “puściły”. Szorowano je kilkakrotnie, wreszcie zalewano wodą., do której wrzucano kilka dużych, rozgrzanych do czerwoności w palenisku kamieni. Woda natychmiast wrzała i dopiero teraz była pewność, że beczka jest czysta. Dno wykładano liśćmi kapusty. Starsi domownicy przebierali główki, obierali je ze zgniłych liści. Młodsi, mający więcej siły, ustawiali na stole krązownice czyli szatkownice. Pilnie strzeżono kapusty przed dotykiem “chorej” kobiety. Taka musiała na czas przygotowywania kapusty oddalić się od pomieszczeń kuchennych.

Deptanie ułożonej w sudku (beczce) kapusty należało do najtęższego, najsilniejszego domownika. Często jednak robił to dziadek, młodsi bywali zazwyczaj zajęci pracą poważniejszą. Dziadkowi nakazywano na tę okoliczność umyć porządnie nogi – co czynił z oporami – i wytrzeć w białą ściereczkę. Deptającego kapustę dziadka otaczały wnuczęta, które też chciały wśliznąć się do beczki. Gdy się udało zmylić czujność “bab”, to dzieciska – za pozwoleniem dziadka – trochę podreptały.

Do poszatkowanej kapusty dodawano sól, liście laurowe, kminek. Niektóre gospodynie od razu szatkowały jarzyny – na surówki. Wrzucano niekiedy całe lub przepołowione jabłka. 

(…) Z kapusty przygotowuje się wiele potraw. Dawniej górale jedli je kilka razy dziennie. Wykorzystywano także płyn, który znajdował się w beczce, tak zwaną kwaśnicę. Kwaśnica podawana była w różnych postaciach. Jeśli kapusta była bardzo kwaśna, zagotowywano ją, odlewano płyn i ten także nazywano kwaśnicą.

[tekst pochodzi z książki Kuchnia góralska Zdzisławy Zegadłówny]

dsc_7552KWAŚNICA NA WĘDZONYCH ŻEBERKACH WG KUCHNI GÓRALSKIEJ Z. ZEGADŁÓWNY

kwaśnica

wędzone żeberka

czosnek

liście laurowe

sól

pieprz

ziemniaki

 

Kiszoną kapustę ugotować w większej ilości wody. Wodę odlać. Osobno ugotować żeberka wędzone, dodając czosnek, liście laurowe i cebulę. Wywar połączyć z kwaśnicą. Podawać z ugotowanymi w całości ziemniakami.

dsc_7545

KWAŚNICA NA WĘDZONYCH ŻEBERKACH A.D. 2017

1 kg kiszonej kapusty, posiekanej

1/2 szklanki soku spod kiszonej kapusty

1/2 kg wędzonych żeberek

hruby (gruby) plaster wędzonego boczku (ok. 150 g)

4-5 suszonych grzybów

3-4 ząbki czosnku

1 średnia cebula

2 liście laurowe

kilka ziarenek ziela angielskiego

1 łyżeczka kminku

4-5 ziarenek czarnego pieprzu

1/2 kg gruli (ziemniaków) ugotowanych wcześniej

sól i pieprz

 

Grzyby zalewamy wodą i moczymy przez noc, by zmiękły. Następnie kroimy je w kosteczkę lub paseczki, odstawiamy na bok. Boczek kroimy w kostkę, odkładamy. Cebulę siekamy w kosteczkę i przesmażamy delikatnie na łyżeczce oleju, odkładamy.

Żeberka płuczemy pod bieżącą wodą i razem z kapustą i sokiem wkładamy do dużego garnka. Dodajemy liście laurowe, ziele angielskie, boczek, posiekane ząbki czosnku, cebulę, kminek, ziarenka pieprzu i grzyby. Całość zalewamy wodą (ok.1,5 litra). Gotujemy na wolnym ogniu przez co najmniej 2h. Wystudzoną kwaśnicę najlepiej schować na noc do lodówki i nazajutrz ponownie gotować na wolnym ogniu przez ok. 1h.

Przed podaniem dodajemy do kwaśnicy pokrojone w kostkę grule i podgrzewamy zupę.

Smacznego:)

dsc_7554


2 Comments

Z cyklu: kuchnia góralska. Jajka zapiekane pod oscypkową pierzynką

dsc_6952

Owce zeszły z redyku z hal na niziny. O tej porze roku już nie uświadczysz oryginalnego oscypka. Oryginalnego, czyli o zawartości co najmniej 60% mleka owczego. Kiedyś o tym napiszę więcej. Gdy owce znów będą na hali. Na targowicy pod Gubałówką piętrzą się stosy serów z mleka krowiego, czasem z domieszką owczego. Górale mają dobry PR, turyści nie czują różnicy.

dsc_6947

Podczas ostatniego wyjazdu na Podhale kupiliśmy sery z niewielkim dodatkiem mleka owczego, więc nazywanie ich oscypkiem to lekkie nadużycie, bo prócz składu również kształt nie ten (kupiliśmy gołki). Ale co tam, gdy znowu zacznie się redyk, przyrządzimy sobie śniadanie z dodatkiem prawdziwego oscypka.

Dzisiejszy przepis właściwie powinien trafić do cyklu Leniwe weekendowe śniadania. Bo trzeba wybrać się na targowisko i tam znaleźć dobre, duże, wiejskie jajka. Bo prócz zdobycia oryginalnego oscypka, trzeba poświęcić jakieś pół godziny na przygotowanie i zapieczenie jajek. A w naszym domu takie rzeczy zdarzają się wyłącznie w weekend. A później należy z należytą czcią skonsumować owe zapiekane jajka:)

dsc_6946

JAJKA ZAPIEKANE POD OSCYPKOWĄ PIERZYNKĄ

/porcja dla 2 głodnych osób/

4 duże wiejskie jajka

8-10 plasterków oscypka + kawałek do starcia na tarce

2 łyżeczki masła

2 łyżki jogurtu naturalnego

2 łyżeczki posiekanego szczypiorku

1,5 łyżeczki suszonego oregano

świeżo mielony pieprz kolorowy

 

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 160ºC. W dwóch kokilkach/żaroodpornych naczynkach umieszczamy po łyżeczce masła i jogurtu. Umieszczamy w piekarniku na ok. 5 minut. Następnie do każdej kokilki wkładamy na dno po 4-5 plasterków oscypka,na nie wbijamy po 2 jajka, posypujemy, pieprzem, oregano i szczypiorkiem. Na wierzch ścieramy na tarce oscypka. Zapiekamy w temperaturze 160ºC przez ok. 15 minut, w zależności od tego, jaki preferujemy stopień ścięcia żółtka (ja lubię przypieczone).

Smacznego:)

dsc_6949

dsc_6956

dsc_6951


Leave a comment

Podróże z niemowlakiem, czyli kilka dni popod Tatrami

dsc_6918

W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach, uczyniliśmy zadość tradycji i zjechaliśmy na kilka październikowo-listopadowych dni na Podhale. Tym razem w trójkę. Wygląda na to, że pobiliśmy własny rekord w zgromadzeniu ilości bagażu. Pakowanie zajęło S. dobre pół godziny, a żeby się zmieścić ze wszystkim konieczne stało się zamontowanie dodatkowego bagażnika na dachu. Chociaż żadne z nas nie brało nart;) Nasza mała dziewczyna była bowiem wyekwipowana nie tylko w wózek, ale również wanienkę do kąpieli, własną torbę z ciuchami, torbę z kaszkami i słoiczkami, worek pieluch oraz torbę z zabawkami. To tylko podstawowe elementy wyposażenia. Mój Tata żartował, że jeszcze chwila, a pojedzie za nami swoim samochodem wioząc… nasze bagaże:)  Wieszczę, że nadejdzie dzień, gdy będziemy musieli kupić TIRa, albo co najmniej przyczepę, by wybrać się gdzieś na dłużej…

Po sześciu godzinach byliśmy na Podhalu. Tym razem nie było mowy o wejściu na szlak, albowiem pogoda tym razem nie rozpieszczała. Musieliśmy się zadowolić spacerami po okolicy. Po obowiązkowej wizycie na cmentarzu i na targowicy, zapakowaliśmy Zuzę w wózku do wagonika kolejki i wjechaliśmy na Gubałówkę. Akurat tego jedynego dnia słońce towarzyszyło nam od rana do wieczora. Nasza dziewczyna przesypia atrakcje turystyczne: spała prawie trzy godziny i nie było jej dane podziwiać tatrzańskiej panoramy. Nic straconego, gdy podrośnie objaśnię jej gdzie Tatry Bielskie, gdzie Zachodnie, a gdzie Wysokie.

dsc_6901

Przez miniony rok zatęskniłam za Tatrami, marzyła mi się chociażby wycieczka na Rusinową. Przez zmieniającą się jak w kalejdoskopie pogodę zostaliśmy jednak popod Reglami. Większość czasu zacinał deszcz ze śniegiem, czasem lekki śnieg, a przy tym krapkę duło, by następnego dnia wyszło słońce, ale w towarzystwie mroźnego powietrza. Witajcie na Podhalu:) Na otarcie łez kupiliśmy kilka par kapci góralskich, urządziliśmy sobie posiady ze znajomymi, odwiedziliśmy moją przyjaciółkę i moją przyszywaną ciotkę, a wszystko to zakąsiliśmy oscypkami i popiliśmy herbatą z sokiem malinowym.

dsc_6866

Po powrocie do domu (Zuza dzielnie zniosła sześciogodzinną podróż autem, choć ostatnie sto kilometrów nie należało do najlepszych w jej wykonaniu) lodówka świeciła pustkami, więc szybko zapełniliśmy ją gołkami i oscypkami. Nazajutrz rano S. dostał do pracy kanapki z oscypkiem. Inaczej być nie mogło.

Tradycyjnie zapraszam Was do obejrzenia garści zdjęć z naszego krótkiego wyjazdu. Tatr na nich mało, ale obiecuję, że za rok się poprawię.

dsc_6895

dsc_6910-2

dsc_6931

dsc_6905

dsc_6903

dsc_6913

dsc_6893

dsc_6879

dsc_6889

dsc_6916

dsc_6922

dsc_6933

dsc_6900

dsc_6928

dsc_6929

dsc_6887


Leave a comment

Zuza na redyku. Wytrawna tarta ze szpinakiem i wędzonym łososiem

dsc_6294

Mój urlop macierzyński trwa w najlepsze, a nasze gniazdko na poddaszu powoli obrasta sprzętami i zabawkami niemowlęcymi. Nie dalej jak cztery tygodnie temu w salonie stanął kojec rozmiarów małego auta. A w środku pełno zabawek, poduszek i innych amortyzatorów. Wygląda to jak zagroda dla owiec. Brakuje tylko juhasów, honielników, owczarka podhalańskiego i, rzecz jasna, bacówki. Aczkolwiek w ostateczności Ozzy mógłby pełnić funkcję zaganiacza owiec, czemu nie…

W czasach, gdy mieszkaliśmy na Podhalu i już jako studentka zjeżdżałam do rodzinnego domu w czasie przerwy wakacyjnej, beczenie owiec i gwizdy juhasów czasem budziły mnie o poranku. Nasz dom stał niedaleko Doliny ku Dziurze oraz chałupy słynnego ostatniego tatrzańskiego zbójnika Wojciecha Matei (i jego konkubiny Kacki, ale o tym innym razem). Z okien mojego pokoju na piętrze rozpościerał się widok na Giewont i Drogę pod Reglami, a tuż przy niej, w czasie redyku obok bacówki nocował w wielkim kojcu kierdel owiec. Wieczorami słychać było beczenie i zbyrkanie dzwonków, a o poranku harmider zwiastujący wyjście na hale.

dsc_0038

dsc_0010

Dziś mamy miniaturę zagrody na mazowieckiej ziemi. Jej  przeznaczenie jest zgoła odmienne od tego, do czego przywykłam w zakopiańskich czasach:) Codziennie rano spoglądam na ten kojec i moje poczucie estetyki bardzo cierpi, lecz po chwili tłumaczę sobie, że przecież ten sprzęt nie będzie tutaj stał wiecznie. TEN redyk się kiedyś skończy. Jak każdy redyk.

dsc_6423

Nasza mała dziewczyna od dwóch tygodni siedzi bez podparcia, a od tygodnia staje przy barierkach kojca, kiwa się i radośnie gaworzy do nas, co mnie osobiście przeraża (to kiwanie rzecz jasna, które grozi niekontrolowanym upadkiem). Zapewne nie obejrzymy się, jak zacznie stawiać pierwsze kroki. I wtedy wskoczymy na poziom wyżej, czyli Stasiu, zabezpiecz schody, zakryj gniazdka elektryczne, zablokuj szuflady! Zuza nadciąga;)

Z pewnością wówczas piekarnik będzie mniej używany. Ale póki co, Zuza jest na redyku, co oznacza, że mogę jeszcze piec bez obawy o  to, że mała odkrywczyni będzie chciała doprowadzić do bliskich kontaktów ze sprzętami w wyspie kuchennej.

Zatem piekę. I przedstawiam Wam kolejne wcielenie wytrawnej tarty: tym razem ze szpinakiem i wędzonym łososiem.

dsc_6301

WYTRAWNA TARTA ZE SZPINAKIEM I WĘDZONYM ŁOSOSIEM

/porcja dla 4 osób/

na kruchy spód:

1,5 szklanki mąki pszennej

1/2 kostki zimnego masła

1 jajko

2 łyżki startego parmezanu

1 łyżeczka soli

1-2 łyżki zimnej wody

na farsz:

1 średnia cebula

3 ząbki czosnku

250 g świeżego szpinaku

250 g łososia wędzonego na gorąco

180 g śmietany 18%

180 g jogurtu greckiego light

2 duże jajka

1/4 łyżeczki papryki ostrej

1 łyżeczka suszonego czosnku niedźwiedziego

świeżo mielony pieprz

szczypta soli

szczypta gałki muszkatołowej

olej do smażenia

 

Przygotowujemy kruchy spód: na stolnicę wysypujemy mąkę, robimy wgłębienie, dodajemy do niego jajko, parmezan, sól i posiekane masło oraz wodę. Szybko zagniatamy ciasto, owijamy je w folię i chowamy do lodówki na co najmniej 1h.

Przygotowujemy farsz: czosnek i cebulę drobno siekamy i szklimy na łyżce oliwy na dużej patelni. Po chwili dodajemy umyty i odcedzony szpinak. Dusimy, aż liście szpinaku zwiędną. Doprawiamy papryką, świeżo mielonym pieprzem, gałką muszkatołową i solą. Gdy szpinak ostygnie przekładamy go do dużej miski, wbijamy jajka, dodajemy śmietanę i jogurt oraz paprykę, czosnek niedźwiedzi, pieprz i sól.

Po 1h wyjmujemy z lodówki ciasto, wykładamy nim żaroodporną formę, nakłuwamy widelcem. Spód pieczemy w temperaturze 180°C przez ok. 15 minut (do zezłocenia). Po upieczeniu spód studzimy na kratce kuchennej.

Na kruchy spód wylewamy mieszankę szpinakowo-jajeczną, a na wierzchu układamy kawałki wędzonego łososia.

Tak przygotowaną tartę pieczemy przez ok. 35 minut (góra-dół) w piekarniku nagrzanym do temperatury 190°C.

Smacznego:)

dsc_6299dsc_6305


Leave a comment

Z cyklu: kuchnia góralska. Placek po zbójnicku

placek_po_zbojnicku_01

Każda szanująca się karczma góralska ma w swoim menu placek po zbójnicku. Jak wiadomo, jest to zwykle placek ziemniaczany polany solidną ilością sosu przyrządzonego z mięsa wołowego z dodatkami. Ktoś, kto wymyślił to danie, widocznie był przekonany, że koledzy Janosika, zbójnicy i harnasie często jadali mięso. Być może.

Tradycyjna kuchnia góralska jest bowiem niezwykle uboga i głównie jarska (co wynikało z biedy i nieurodzajnej podhalańskiej gleby). Jak pisał w 1914 r. Walery Staszel,  (…) nadzwyczaj ubogą jest spiżarnia góralki na naszym Podhalu. (…) Twarde warunki klimatyczne i ubóstwo kamiennej gleby czyni pożywienie zaiste po spartańsku jednostajnym. (…) Jesienią, w czasie kopania ziemniaków w polu, z dala od domu i w zimie, podczas dni krótkich, punkt ciężkości starań gospodyni góralki około codziennego pożywienia spoczywa na śniadaniu. Pierwotny sposób śniadania polegał na spożywaniu ziemniaków, klusek z omastą lub mlekiem kwaśnym, rzadziej słodkim.*)

Dziś proponuję przyrządzenie popisowego dania góralskiej kuchni rodem z Krupówek w zaciszu domowym. Składnikiem sosu jest mięso wołowe, które wymaga długiego duszenia, warto więc zabrać się za jego przyrządzanie już po śniadaniu. W czasie kiedy będziecie się oddawać innym obowiązkom, sos będzie powolutku pyrkał na małym ogniu, by po 3-4 godzinach wołowina stała się cudownie krucha.

Nie zawadzi, gdy przy nakrywaniu do stołu zaśpiewacie jedną z góralskich przyśpiewek:) Na przykład tę:

Łopusiańskie baby

gruli nawarzyły,

chciały je odcedzić –

brzuchy poparzyły!

 

*) korzystałam z książki Zdzisławy Zegadłówny Kuchnia góralska

placek_po_zbojnicku_02

PLACEK PO ZBÓJNICKU

/porcja dla 4 osób/

na placki ziemniaczane:

ok. 1,5 kg ziemniaków

ok. 1 szklanki mąki pszennej

2 jajka

pieprz, sól

na sos wołowy:

40-50 dag chudej wołowiny (użyłam ligawy)

3-4 średnie cebule

2 ząbki czosnku

1/2 czerwonej papryki

1 mały ogórek kiszony

2 liście laurowe

2 ziarenka ziela angielskiego

1/2 łyżeczki suszonego czosnku niedźwiedziego

olej ryżowy

ok. 3 szklanek wody

pieprz, sól

 

Przygotowujemy sos: wołowinę myjemy, suszymy i kroimy w niewielkie kostki. Posypujemy pieprzem. Cebulę obieramy i kroimy w piórka, czosnek drobno siekamy. Cebulę i czosnek podsmażamy ok. 3-4 minut na rozgrzanej patelni z dodatkiem 2-3 łyżek oleju. Następnie dodajemy pokrojone mięso, chwilę dusimy, podlewamy wodą, dorzucamy liście laurowe, ziele angielskie i czosnek niedźwiedzi. Dusimy całość na małym ogniu co jakiś czas mieszając. Po ok. 1,5h do sosu dodajemy paprykę pokrojoną w paseczki oraz ogórka pokrojonego w plasterki. Do sosu dodajemy sól i pieprz do smaku. Ponownie dusimy sos przez kolejne 1,5-2h, sprawdzając co jakiś czas czy mięso jest już kruche, a sos dobrze przyprawiony.

W międzyczasie przygotowujemy ciasto na placki ziemniaczane. Ziemniaki ścieramy na tarce, odcedzamy nadmiar skrobi. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Do startych ziemniaków dodajemy 2 jajka i mąkę. Mieszamy na jednolitą masę, ewentualnie dodając odrobinę więcej mąki – ciasto na placki musi być w miarę zwarte. Na patelni rozgrzewamy olej, dodajemy po łyżce ciasta i smażymy na złoty kolor. Usmażone placki przekładamy na półmisek odsączając nadmiar tłuszczu ręcznikiem papierowym.

Usmażone placki przekładamy następnie na talerze i polewamy gorącym sosem.

Smacznego:)

 

placek_po_zbojnicku_03