gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Krytycznym okiem, czyli dokąd prowadzi droga nr 47

W naszych wyjazdach na Podhale jest w pewnym sensie swoista trwałość rzeczy i zdarzeń. Od kiedy tutaj nie mieszkam (czego nie zarejestrowały niektóre bazy danych, bowiem raz na kilka miesięcy odbieram telefony z zaproszeniem na bezpłatne badania dla mieszkańców Zakopanego), każdy powrót popod Tatry jest naznaczony nutą sentymentu i nostalgii. W sumie nic dziwnego, to kraina mojego szczęśliwego dzieciństwa i dorastania.

Co roku późną jesienią pokonujemy te same trasy: Bystre – cmentarz na Nowotarskiej, Droga pod Reglami – Kuźnice/Dolina Jaworzynki/Hala Gąsienicowa, Wierch Poroniec – Rusinowa Polana/Wiktorówki. Wydeptujemy wciąż na nowo znane ścieżki, dziesiątki razy pokonywane trasy spacerów. O tej porze roku pod Giewontem można napawać się senną atmosferą miasta, które dawno straciło miano kurortu i uzdrowiska.

Kiedy tutaj przyjeżdżam myślę o tych czasach, gdy Zakopane było maleńką, zapomnianą przez Boga i ludzi osadą, przez którą przebiegała jedna główna ulica i wcale nie były to Krupówki. Myślę o czasach, gdy główne szlaki przemieszczania się ludzi przebiegały przez dzisiejszą ulicę Kościeliską i o tych, którzy wyrąbywali wąskie ścieżki skrajem lasu zwożąc pod Reglami rudy metali do huty w Kuźnicach. Myślę o tych bezimiennych, którzy w pocie czoła wytyczali pierwsze szlaki w tatrzańskich ostępach dla żądnych przygód panocków z miasta.

Gdy tutaj jestem moje myśli biegną w stronę tych, którzy z wioski na końcu świata stworzyli miasto i ukochali je. Dr Tytus Chałubiński, hrabia Władysław Zamoyski, Oswald Balzer, Stanisław Witkiewicz i jego szalony syn Witkacy, ksiądz Józef Stolarczyk i wielu innych.

Miasto, które Kornel Makuszyński nazwał pępkiem świata.

Ściska mnie w dołku i ponoszą nerwy, gdy kilka kilometrów przed tablicą Zakopane patrzę na wysyp reklam, billboardów i całą tę samowolkę budowlaną (i pogoń za łatwymi dutkami), która skutecznie zasłania widok na Tatry. Przypominają mi się wówczas słowa Andrzeja Stasiuka, który opisując ten bałagan trafił w punkt:

To się zaczyna wiele kilometrów wcześniej. Coś robi się nie tak z krajobrazem. Polska jest bezwzględna, przymusiła nas do wielu rzeczy i do wielu przyzwyczaiła, ale gdzieś między Szaflarami a Białym Dunajcem ma się poczucie, że się wjeżdża do jeszcze bardziej Polski, do Polski podwójnej, trzykrotnej, Polski hard. Stopień wizualnego obesrania poboczy drogi nr 47 przywodzi na myśl zaplanowaną, celową i precyzyjnie odbytą zbrodnię na pejzażu, mord na cudzie świata, który nam podarowano. Jeśli jest pogoda, to w oddali widać góry, te kilka czy kilkanaście prawdziwie skalistych szczytów, które dostaliśmy od losu czy historii, by móc je podziwiać, by chronić się w cieniu ich piękna. Lecz musimy na nie patrzeć poprzez obskurny majak, przez ten syf nieopisany poustawiany po jednej i po drugiej stronie drogi. Tak sobie wyobraziliśmy wielki świat i tak go zbudowaliśmy: z drutów, ceowników, folii, dykty, farby, blachy i plastiku. I teraz jedziemy przez poronioną jakąś Dolinę Jozafata i krwawią nam źrenice od tej ględźby obleśnej, od tej zachwalanki namolnej, że apartamenta, że koliby, że zbójnickie, że salceson po 6,50, że tam tylko po 5 (…)

A potem wjeżdżamy do miasta, do którego niegdyś pielgrzymowały najlepsze umysły epoki (które zresztą to miasto poniekąd wymyśliły), zostawiamy gdzieś auto i udajemy się na główną ulicę. Ale tam nie ma żadnej ulicy. Jest tylko dalszy ciąg drogi nr 47 tyle, że bez samochodów.*)

Dzisiaj Zakopane to miasto straganów, okupujących Krupówki Rosjan, którzy zostawiają tu ruble, podczas gdy z górą sto lat temu zostawili góralom przepis na moskole. I trochę trafia szlag, gdy na targowicy pod Gubałówką widzisz owieczkę z wyszytym napisem Zakopane, a na metce widnieje globalne hasło Made in China

Ale mimo wszystko wracam tutaj nie jak do upadłego kurortu, ale jak do mojej dawnej małej ojczyzny. Jak do bazy wypadowej w Tatry, którą Zakopane było sto lat temu, i którą jest i dzisiaj.

Na osłodę zostawiam Was z garstką zdjęć spod samiuśkich Tater i Orawy.

*) Andrzej Stasiuk Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

Gdzieś pod Gronkowem

Tatry Wysokie z Rusinowej Polany

Słodki ciężar;)

Nad Zalewem Czorsztyńskim. Widok z ruin zamku w Czorsztynie

Zamek w Niedzicy. Widok z ruin zamku w Czorsztynie

Na OrawieSłońce zachodzi nad Tatrami

Advertisements


Leave a comment

Podróże z niemowlakiem, czyli kilka dni popod Tatrami

dsc_6918

W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach, uczyniliśmy zadość tradycji i zjechaliśmy na kilka październikowo-listopadowych dni na Podhale. Tym razem w trójkę. Wygląda na to, że pobiliśmy własny rekord w zgromadzeniu ilości bagażu. Pakowanie zajęło S. dobre pół godziny, a żeby się zmieścić ze wszystkim konieczne stało się zamontowanie dodatkowego bagażnika na dachu. Chociaż żadne z nas nie brało nart;) Nasza mała dziewczyna była bowiem wyekwipowana nie tylko w wózek, ale również wanienkę do kąpieli, własną torbę z ciuchami, torbę z kaszkami i słoiczkami, worek pieluch oraz torbę z zabawkami. To tylko podstawowe elementy wyposażenia. Mój Tata żartował, że jeszcze chwila, a pojedzie za nami swoim samochodem wioząc… nasze bagaże:)  Wieszczę, że nadejdzie dzień, gdy będziemy musieli kupić TIRa, albo co najmniej przyczepę, by wybrać się gdzieś na dłużej…

Po sześciu godzinach byliśmy na Podhalu. Tym razem nie było mowy o wejściu na szlak, albowiem pogoda tym razem nie rozpieszczała. Musieliśmy się zadowolić spacerami po okolicy. Po obowiązkowej wizycie na cmentarzu i na targowicy, zapakowaliśmy Zuzę w wózku do wagonika kolejki i wjechaliśmy na Gubałówkę. Akurat tego jedynego dnia słońce towarzyszyło nam od rana do wieczora. Nasza dziewczyna przesypia atrakcje turystyczne: spała prawie trzy godziny i nie było jej dane podziwiać tatrzańskiej panoramy. Nic straconego, gdy podrośnie objaśnię jej gdzie Tatry Bielskie, gdzie Zachodnie, a gdzie Wysokie.

dsc_6901

Przez miniony rok zatęskniłam za Tatrami, marzyła mi się chociażby wycieczka na Rusinową. Przez zmieniającą się jak w kalejdoskopie pogodę zostaliśmy jednak popod Reglami. Większość czasu zacinał deszcz ze śniegiem, czasem lekki śnieg, a przy tym krapkę duło, by następnego dnia wyszło słońce, ale w towarzystwie mroźnego powietrza. Witajcie na Podhalu:) Na otarcie łez kupiliśmy kilka par kapci góralskich, urządziliśmy sobie posiady ze znajomymi, odwiedziliśmy moją przyjaciółkę i moją przyszywaną ciotkę, a wszystko to zakąsiliśmy oscypkami i popiliśmy herbatą z sokiem malinowym.

dsc_6866

Po powrocie do domu (Zuza dzielnie zniosła sześciogodzinną podróż autem, choć ostatnie sto kilometrów nie należało do najlepszych w jej wykonaniu) lodówka świeciła pustkami, więc szybko zapełniliśmy ją gołkami i oscypkami. Nazajutrz rano S. dostał do pracy kanapki z oscypkiem. Inaczej być nie mogło.

Tradycyjnie zapraszam Was do obejrzenia garści zdjęć z naszego krótkiego wyjazdu. Tatr na nich mało, ale obiecuję, że za rok się poprawię.

dsc_6895

dsc_6910-2

dsc_6931

dsc_6905

dsc_6903

dsc_6913

dsc_6893

dsc_6879

dsc_6889

dsc_6916

dsc_6922

dsc_6933

dsc_6900

dsc_6928

dsc_6929

dsc_6887


4 Comments

Podróże z niemowlakiem, czyli kilka dni nad Bałtykiem

dsc_6657Molo w Orłowie

dsc_6663

Po tym, jak przez nasz dom przeszła dwutygodniowa “zaraza”, po której Rodzice i S. wyszli od lekarza z receptą na antybiotyk, a ja kupiłam Zuzce inhalator, postanowiliśmy pojechać nad morze. Nic wielkiego, kilka dni nad Bałtykiem. Ale prócz przysłowiowego ładowania akumulatorów i wdychania jodu potraktowaliśmy ten wyjazd jak próbę. Próbę, która polegała na tym, by sprawdzić, jak nasza mała dziewczyna reaguje na dłuższą podróż autem. I jak się czuje spędzając kilka dni i nocy poza domem.

dsc_6645Klif orłowski

Jak każda świeżo upieczona matka, byłam oczywiście pełna obaw. Dzień przed wyjazdem przez moją głowę przewijał się film z Zuz w roli głównej, która tuż za bramkami na autostradzie, zaczyna krzyczeć i płakać w foteliku i nic (nawet chrupki kukurydziane) nie jest w stanie jej uspokoić. Od dziewięciu miesięcy jeżdżę na tylnym siedzeniu, więc wierzcie mi, że mam dobrze opanowany każdy Jej grymas i gest, który świadczy o nadciągającej katastrofie. Zaczyna się niewinnie, od rzucania gryzakami z taką nonszalancją, jakby przymierzała staroświeckie kapelusze, a kończy na wrzasku zagłuszającym radio.

dsc_6716

O dziwo, już w trasie okazało się, że Zuza to całkiem grzeczne dziecko. Oczywiście pomarudziła przed snem, trochę pokrzyczała, ale przespała smacznie ponad połowę drogi. Obudziła się pod pensjonatem w Gdyni Orłowie lekko zdziwiona widząc nowe dekoracje. Kolejne trzy dni, które spędziliśmy nad morzem, były równie udane. Zuzia spała w wózku, ja robiłam zdjęcia i spacerując, zajadaliśmy się z S. wędzonymi rybami.

Codziennie byliśmy zgłodniałymi gośćmi tawerny lub smażalni ryb, gdzie (a jakże!) zamawialiśmy rybę z patelni. Udało nam się również zorganizować spotkania po latach z moimi znajomymi mieszkającymi teraz w Trójmieście. Dosłownie po dwudziestu latach, bo aż tyle się nie widzieliśmy. Jedno z moją szkolną koleżanką Asią, drugie z Piotrem, jednym z moich mentorów z harcerskich czasów.

dsc_6653

Każda piękna historia, ma choćby mały wyłom, tak i tutaj pojawił się pewien zgrzyt w zachowaniu latorośli. Otóż po drugiej dobrze przespanej nocy, Zuzka niespodziewanie obudziła się przed 5. rano i… już nie zasnęła aż do południa. Co oznaczało harce i radosne piski od świtu, gdy za oknem było wciąż ciemno. Jakby na swoje usprawiedliwienie i chęć poprawy, nasza dziewczynka bardzo kulturalnie zachowywała się w różnej maści knajpach, gdzie była sadzana w krzesełkach do karmienia pozwalając nam spokojnie zjeść. Zdaje się, że to również jeden z aspektów socjalizacji niemowlaka.

Suma sumarum Zuza przeszła “próbę”, co oznacza, że możemy planować kolejną wyprawę. I to niebawem. Tymczasem obejrzyjcie garść zdjęć z naszego wyjazdu.

dsc_6746Wyspane dziecko w obiektywie niewyspanego rodzica;)

dsc_6676Kutry na orłowskiej plaży

dsc_6672

dsc_6695W wędzarni przy orłowskim molo

dsc_6652Taka sytuacja… Z cyklu “miej zawsze aparat pod ręką”:)

dsc_6708

dsc_6659

dsc_6636

dsc_6658Domek Żeromskiego w Orłowie

dsc_6698Przekąski na spacer

dsc_6712W pierwszy weekend października fotografowie trójmiejscy mieli pełne ręce roboty:)

dsc_6677

dsc_6725Gdynia z bulwaru nadmorskiego

dsc_6726

dsc_6731Marina w Gdyni

dsc_6681

dsc_6765W Rewie

dsc_6704

dsc_6773dsc_6770

dsc_6783

dsc_6782

dsc_6654

dsc_6637

dsc_6817

dsc_6796W Rewie wieje:)


Leave a comment

Weekendowe wypady: zespół pałacowo-parkowy w Radziejowicach

DSC_6156

Korzystając z minionego długiego weekendu wybraliśmy się na wycieczkę do Radziejowic, gdzie znajduje się zabytkowy zespół pałacowo-parkowy. Radziejowice to mała wieś położona niedaleko Żyrardowa nad rzeczką Pisią Gągoliną (czyż to nie urocza nazwa?), gdzie w XV wieku ród Radziejowskich zbudował swoją siedzibę.

W ciągu zaledwie pół godziny od wyjazdu z domu byliśmy na miejscu. Jak się okazało, w ten świąteczny dzień nie tylko my wpadliśmy na pomysł zwiedzania tego urokliwego miejsca. W alejkach mijaliśmy emerytów, młodych ludzi i rodziców z maleńkimi dziećmi w wózkach. Prócz spacerowania wokół stawu i zabudowań pałacowych zwiedzający mogą również obejrzeć wystawy obrazów (np. największy w Polsce zbiór prac Józefa Chełmońskiego), plenerową galerię rzeźby czy przycupnąć, by napić się kawy lub zjeść obiad w urokliwej kawiarni zwanej “pałacową jadłodajnią”.

Więcej o historii i aktualnych wydarzeniach w tym miejscu możecie przeczytać tutaj: http://palacradziejowice.pl/

Tymczasem zapraszam na subiektywną fotorelację z naszej krótkiej wycieczki.

DSC_6205

DSC_6180

DSC_6198

DSC_6195

DSC_6196

DSC_6189

DSC_6208

DSC_6213

DSC_6210

DSC_6216

DSC_6228

DSC_6209

DSC_6229

DSC_6231

DSC_6235

DSC_6234

DSC_6238

DSC_6239

DSC_6241

DSC_6243

DSC_6246

DSC_6244

DSC_6250

DSC_6256

DSC_6257

DSC_6258

DSC_6263

DSC_6265

DSC_6275

DSC_6266

DSC_6277

DSC_6186-2


2 Comments

Śródziemnomorskie smaki w środku zimy, czyli krzepiąca grecka moussaka

moussaka_01

Kiedyś z podróży tych dalszych i tych bliższych przywoziłam sobie kolczyki. Szkatułki na biżuterię są pełne srebrnych cudeniek z takich miejsc jak Paryż, Londyn, Rzym, Malmö, Algier, Wiedeń, Praga, Bratysława, Madryt czy Stambuł. Są tam też małe wiszące skarby z podróży po Polsce: z Krakowa, Wrocławia, Gdańska, Katowic czy Wigier. Wszystkie one zajmują jedną szufladę w komodzie, a pochodzenie każdej pary mogę wyrecytować obudzona w środku nocy.

Tak było jakiś czas temu.

Jednak od kiedy “wzięło mnie na gotowanie” (patrz: odezwały się geny:)), z podróży przywożę woreczki z przyprawami. Kilka lat temu z Algierii przywiozłam w walizce tamtejsze specjały z przyprawą do kuskusu i laskami cynamonu na czele. A z Grecji przyleciały ze mną mieszanka przypraw do kurczaka i souvlaki. Dzięki przyprawom w kuchni czasem udaje się odtworzyć bliski smak potraw, które kosztowaliśmy w krajach, z których one pochodzą. Napisałam “bliski smak”, ponieważ tylko tamtejsza, lokalna kuchnia smakuje w oryginalny sposób, bo składniki dań dojrzewają w tamtejszym słońcu i tamtejszej glebie. To, co próbujemy odtworzyć pod polskim niebem jest zwykle jakimś echem, niezdarnym odbiciem oryginalnych smaków i zapachów.

Bohaterem dzisiejszego wpisu jest jedno ze sztandarowych dań kuchni greckiej: moussaka. Potrawa tak prosta i pyszna, jak cała grecka kuchnia, w której z niewielu składników Grecy wyczarowują ucztę dla podniebienia. Nie napiszę, że korzystając z tego przepisu możecie zrobić sobie w środku zimy Grecję na talerzu. Napiszę, że możecie zbliżyć się do ideału wyjmując z piekarnika pachnące, aromatyczne danie:)

Gdy zwiedzaliśmy z S. Ateny wzdłuż i wszerz, zdzierając przy tym zelówki w sandałach, trafiliśmy na urokliwą uliczkę, której nazwy już dziś nie pamiętam, lecz na której pełno było niewielkich knajpek. Wszystkie one serwowały specjały kuchni greckiej. I przy wejściu do każdej z knajpek stali kelnerzy-naganiacze przekonujący turystów, że nigdzie nie zjedzą tak dobrych dań, jak właśnie tutaj. Usiedliśmy przy jednym ze stolików w cieniu jakiegoś śródziemnomorskiego drzewa, ja zamówiłam moussakę. Mięso jagnięce otulone pierzynką z duszonych pomidorów, fety, bakłażana z przyprawami i wieńczącego całość beszamelu. Pycha!

Ten smak właśnie dziś staram się odtworzyć, choć będzie to niedoskonała próba. I Was również do tego gorąco zachęcam:)

moussaka_02

moussaka_03

GRECKA MOUSSAKA (MUSAKA)

/porcja dla 4 osób/

500 g mięsa mielonego z indyka (oryginalnie z jagnięciny)

2 średnie bakłażany

1 puszka pomidorów pelati

300 ml pasatty pomidorowej

garść posiekanej natki pietruszki

1 łyżka suszonego oregano

1/2 łyżeczki cukru

szczypta pieprzu cayenne

1/4 łyżeczki cynamonu

1 opakowanie sera typu feta

1 opakowanie mozzarelli

100 ml białego wytrawnego wina

3 duże cebule

3 ząbki czosnku

sól, pieprz

oliwa

na sos beszamelowy:

20 g masła

2 łyżki mąki

250 ml mleka

szczypta gałki muszkatołowej

sól, pieprz

 

Bakłażany kroimy na plastry, solimy i pozostawiamy kwadrans na talerzu, by wytrąciła się goryczka. Po tym czasie spłukujemy plastry pod bieżącą wodą i osuszamy ręcznikiem papierowym. Bakłażany grillujemy po kilka minut na patelni grillowej, odstawiamy na bok.

Cebulę i czosnek drobno siekamy, podsmażamy na oliwie, po czym dodajemy mięso mielone, wlewamy wino i dusimy do miękkości, aż alkohol  odparuje. Następnie do mięsa dodajemy pomidory z puszki (uprzednio rozdrobnione widelcem), pasattę, cukier, oregano, cynamon, pieprz cayenne, natkę pietruszki oraz doprawiamy całość do smaku pieprzem i solą (uważajcie z solą, ponieważ feta jest wystarczająco słona).

Przygotowujemy sos beszamelowy: w garnuszku roztapiamy masło, dodajemy mąkę i cały czas mieszając dolewamy mleko. Następnie dodajemy gałkę muszkatołową oraz pieprz i sól do smaku. Mieszamy całość tak długo, by sos osiągnął jednolitą konsystencję. Odstawiamy.

Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą, na dnie umieszczamy połowę plastrów bakłażana, przykrywamy sosem mięsno-pomidorowym, następnie kładziemy resztę bakłażana i sos. Całość posypujemy kawałkami sera feta oraz mozzarelli. Na wierzchu rozprowadzamy sos beszamelowy.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC i zapiekamy moussakę  ok. 30 minut (do zrumienienia wierzchu).

Smacznego:)

moussaka_04

A na deser druga część zdjęć z Grecji (pierwsza pojawiła się tutaj: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/09/20/wspomnienie-greckich-wakacji-i-tapenada-z-baklazana-suszonych-pomidorow-i-koziego-sera/ )

Greece_01

Greece_02

Greece_03

Greece_04

Greece_05

Greece_06

Greece_07

Greece_08


Leave a comment

Tatry po sezonie, czyli niespieszne wędrówki baby z bulą

Tatry_01112015_01

Jak co roku, na Wszystkich Świętych zjechaliśmy popod Tatry, by odwiedzić groby moich Bliskich. Zanim to jednak nastąpiło, cały wieczór przed porannym wyruszeniem na południe, byliśmy zajęci pakowaniem. Zauważyłam pewną prawidłowość: im większy samochód, tym bardziej pojemny bagażnik i tym większa pokusa zabrania większego bagażu;) I tak, zapakowaliśmy nie tylko ciuchy i buty do chodzenia “po mieście”, laptopy, ale również buty górskie i trekkingowe (bo a nuż skończymy na Drodze pod Reglami), górskie ciuchy, kijki do nordic walking, trochę suchego prowiantu, czekoladę z orzechami (“szczytówkę”), Nikony, “Zwierciadło”, a nawet najnowszą książkę Stasiuka. Tym razem nie zabraliśmy scrabble;) Pojechaliśmy raptem na trzy dni, a zapakowaliśmy się co najmniej jak na tydzień. Już dawno minęły czasy, gdy z łatwością pakowałam się w 60-litrowy plecak wyjeżdżając na dwutygodniowy obóz wędrowny…

Rok temu schodziliśmy z Kasprowego Wierchu wędrując dnem Doliny Gąsienicowej ku Kuźnicom, chwilami w śniegu i po oblodzonych głazach (pisałam o tym tutaj: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/11/05/tatrzanskie-opowiesci/ ).

W tym roku nie szarżowałam, bowiem tego typu wędrówki byłyby nierozsądne i wręcz niebezpieczne biorąc pod uwagę mój stan. Tym razem spacerowaliśmy, bo tak można nazwać powolne wędrówki baby z bulą, w siódmym miesiącu ciąży:) Wierzcie mi, chodzenie po dolinach i górach (choć to drugie określenie to w tym przypadku lekkie nadużycie, biorąc pod uwagę szlaki, na które weszliśmy) w dwupaku wcale nie należy do łatwych zadań. Czasem bywa nawet frustrujące. Trasa z Wierchu Porońca na Rusinową Polanę, którą zwykle robię w 30-35 minut, teraz zajęła mi prawie godzinę. Sunąc krok za krokiem czułam się jak sędziwa emerytka. Jak ktoś, kto na plecach ma tabliczkę z rozbrajającym napisem: “możecie mnie wszyscy wyprzedzać”.

Mój Miły wydaje się nawet zadowolony z takiego obrotu spraw: już nie musi dotrzymywać mi kroku, czy wręcz kłusować za mną. Moje żółwie tempo sprawia, że idąc pod górę, rozmawia przez telefon bez zadyszki i rozsmakowuje się w panoramach. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jestem pewna, że za rok tę samą trasę na Rusinkę będzie pokonywał z nosidełkiem na plecach i naszym Maleństwem zachwyconym widokami wokół:)

Tatry_01112015_02

Tradycyjnie przed wyjazdem odwiedziliśmy targowicę pod Gubałówką, by zaopatrzyć się w oscypki i bundz. Gdy kończy się redyk i owce schodzą z hal, na straganach co sezon pojawia się jakaś serowa “nowość”. Tzw. chwyt marketingowy. W zeszłym roku o tej porze każda gaździna zza kontuaru kusiła ceprów gołkami z napisem “serek małosolny” i z nieśmiertelnym zawołaniem na ustach: “Chodźcie państwo spróbować serka!”. Dziś furorę robi zalaminowana kartka formatu A4 z nadrukowanym napisem: “Pakujemy hermetycznie”.

Pojawiły się też szklane lady, za którymi dumnie prężą się wszelkiej maści podróbki oscypków, względnie nie mięsane gołki i od czasu do czasu oscypki “właściwe”. Bundzu, bryndzy, żurawiny i marynowanych grzybów też jest spory wybór, a niektóre góralki oferują również masło. Zza szklanych lad (które prawdopodobnie powstały na polecenie Sanepidu) wyzierają sprzedawczynie z kuchennymi nożami w dłoniach, na których ostentacyjnie podtykają pod nos rozkapryszonym turystom sery do spróbowania. Trzeba nie małego talentu i doświadczenia, by nie nadziać się na podróbkę (czasem zamiast sera wędzonego w dymie znad watry można trafić na ser naprędce maczany w herbacianych fusach…).

Dobrze znaleźć się znowu w rodzinnych stronach… Jak z każdego wyjazdu, tak i tym razem uzbierało się trochę zdjęć. Zapraszam na małą fotorelację.

Tatry_01112015_03

Tatry_01112015_04

Tatry_01112015_05

DSC_4869

Tatry_01112015_06

Tatry_01112015_07

Tatry_01112015_08

Tatry_01112015_010

Tatry_01112015_011

Tatry_01112015_012

Tatry_01112015_014

Tatry_01112015_015

DSC_4865

Tatry_01112015_016

Tatry_01112015_017

Tatry_01112015_018

DSC_0154


Leave a comment

Wspomnienie greckich wakacji i tapenada z bakłażana, suszonych pomidorów i koziego sera

poros_ (4)

Ostatnio odwiedzili nas znajomi z Dolnego Śląska, którzy przez jakiś czas mieszkali w Grecji. Nie są to częste spotkania, ale zawsze bardzo miłe i intensywne. Trzy lata temu Ania i Kamil gościli nas w swoim ateńskim domu, a my korzystaliśmy pełnymi garściami z uroków tego śródziemnomorskiego kraju. Kilka dni spędzonych w Grecji pozwoliło nam nacieszyć się słońcem, ciepłym morzem, tamtejszym przyjaznym klimatem i oczywiście zwiedzić Ateny oraz bliższe i dalsze okolice. To był czas, gdy zza winkla dopiero nieśmiało wyzierał grecki kryzys, lecz turystyka nadal kwitła, a i sami Grecy mieli się dobrze.

DSC_0475

Nie sposób nie wspomnieć o tamtejszej śródziemnomorskiej kuchni. Zajadaliśmy się greckimi specjałami: souvlakami, mousaką, grillowanym ser haloumi, pitą prosto z pieca i wieloma innymi pysznościami. Genialny smak greckich pomidorów, oliwek i lokalnej oliwy wciąż mam w swojej “kulinarnej” pamięci. Tam określenie “proste jedzenie” nabiera właściwego znaczenia…

DSC_0476

Dziś zapraszam Was na wegetariańską pastę do chleba zwaną tapenade. Każdy może sobie wyczarować kawałek Grecji w swojej kuchni.

A na deser garść zdjęć z naszego wyjazdu sprzed trzech lat: z Aten, przylądka Sunion, Peloponezu i wyspy Poros. I oczywiście pozdrawiamy serdecznie naszych greckich przewodników: Aneczkę i Kamila :)

tapenade_01

tapenade_02

TAPENADA Z BAKŁAŻANA, SUSZONYCH POMIDORÓW I KOZIEGO SERA

1 mały bakłażan

4-5 plasterków suszonych pomidorów w oliwie

100 g koziego sera

5-6 dużych zielonych oliwek

2 ząbki czosnku

2-3 gałązki oregano

oliwa

pieprz, sól

 

Bakłażana kroimy w plastry, oprószamy solą, pozostawiamy na kwadrans, by puścił soki, które następnie spłukujemy pod bieżącą wodą. Osuszamy bakłażana, przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, skrapiamy oliwą i pieczemy ok. 15 minut w temperaturze 200ºC.

W blenderze rozdrabiamy suszone pomidory, kozi ser, oliwki, czosnek i ostudzonego bakłażana pokrojonego na małe kawałki. Podczas blendowania dodajemy łyżkę oliwy (lub więcej w zależności od konsystencji), posiekane oregano oraz pieprz i sól do smaku.

Tapenadę przekładamy do miseczki i używamy do smarowania chleba. Pastę można przechowywać w lodówce max. 3-4 dni.

Smacznego:)

tapenade_03

tapenade_04

tapenade_05

akropol_atenyAkropol

DSC_0013Targ rybny w Atenach

DSC_0017

przyladek sunion_01Przylądek Sunion

przyladek sunion_02

kanal korynckiKanał Koryncki

poros_ (1)

koryntKorynt

poros_ (5)na Wyspie Poros

nafplio_peloponez_01Nafplio na Peloponezie

poros_ (3)na Wyspie Poros

poros_ (2)
DSC_0021

DSC_0029