gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Podróże z niemowlakiem, czyli kilka dni popod Tatrami

dsc_6918

W tym roku, podobnie jak w poprzednich latach, uczyniliśmy zadość tradycji i zjechaliśmy na kilka październikowo-listopadowych dni na Podhale. Tym razem w trójkę. Wygląda na to, że pobiliśmy własny rekord w zgromadzeniu ilości bagażu. Pakowanie zajęło S. dobre pół godziny, a żeby się zmieścić ze wszystkim konieczne stało się zamontowanie dodatkowego bagażnika na dachu. Chociaż żadne z nas nie brało nart;) Nasza mała dziewczyna była bowiem wyekwipowana nie tylko w wózek, ale również wanienkę do kąpieli, własną torbę z ciuchami, torbę z kaszkami i słoiczkami, worek pieluch oraz torbę z zabawkami. To tylko podstawowe elementy wyposażenia. Mój Tata żartował, że jeszcze chwila, a pojedzie za nami swoim samochodem wioząc… nasze bagaże:)  Wieszczę, że nadejdzie dzień, gdy będziemy musieli kupić TIRa, albo co najmniej przyczepę, by wybrać się gdzieś na dłużej…

Po sześciu godzinach byliśmy na Podhalu. Tym razem nie było mowy o wejściu na szlak, albowiem pogoda tym razem nie rozpieszczała. Musieliśmy się zadowolić spacerami po okolicy. Po obowiązkowej wizycie na cmentarzu i na targowicy, zapakowaliśmy Zuzę w wózku do wagonika kolejki i wjechaliśmy na Gubałówkę. Akurat tego jedynego dnia słońce towarzyszyło nam od rana do wieczora. Nasza dziewczyna przesypia atrakcje turystyczne: spała prawie trzy godziny i nie było jej dane podziwiać tatrzańskiej panoramy. Nic straconego, gdy podrośnie objaśnię jej gdzie Tatry Bielskie, gdzie Zachodnie, a gdzie Wysokie.

dsc_6901

Przez miniony rok zatęskniłam za Tatrami, marzyła mi się chociażby wycieczka na Rusinową. Przez zmieniającą się jak w kalejdoskopie pogodę zostaliśmy jednak popod Reglami. Większość czasu zacinał deszcz ze śniegiem, czasem lekki śnieg, a przy tym krapkę duło, by następnego dnia wyszło słońce, ale w towarzystwie mroźnego powietrza. Witajcie na Podhalu:) Na otarcie łez kupiliśmy kilka par kapci góralskich, urządziliśmy sobie posiady ze znajomymi, odwiedziliśmy moją przyjaciółkę i moją przyszywaną ciotkę, a wszystko to zakąsiliśmy oscypkami i popiliśmy herbatą z sokiem malinowym.

dsc_6866

Po powrocie do domu (Zuza dzielnie zniosła sześciogodzinną podróż autem, choć ostatnie sto kilometrów nie należało do najlepszych w jej wykonaniu) lodówka świeciła pustkami, więc szybko zapełniliśmy ją gołkami i oscypkami. Nazajutrz rano S. dostał do pracy kanapki z oscypkiem. Inaczej być nie mogło.

Tradycyjnie zapraszam Was do obejrzenia garści zdjęć z naszego krótkiego wyjazdu. Tatr na nich mało, ale obiecuję, że za rok się poprawię.

dsc_6895

dsc_6910-2

dsc_6931

dsc_6905

dsc_6903

dsc_6913

dsc_6893

dsc_6879

dsc_6889

dsc_6916

dsc_6922

dsc_6933

dsc_6900

dsc_6928

dsc_6929

dsc_6887

Advertisements


4 Comments

Podróże z niemowlakiem, czyli kilka dni nad Bałtykiem

dsc_6657Molo w Orłowie

dsc_6663

Po tym, jak przez nasz dom przeszła dwutygodniowa “zaraza”, po której Rodzice i S. wyszli od lekarza z receptą na antybiotyk, a ja kupiłam Zuzce inhalator, postanowiliśmy pojechać nad morze. Nic wielkiego, kilka dni nad Bałtykiem. Ale prócz przysłowiowego ładowania akumulatorów i wdychania jodu potraktowaliśmy ten wyjazd jak próbę. Próbę, która polegała na tym, by sprawdzić, jak nasza mała dziewczyna reaguje na dłuższą podróż autem. I jak się czuje spędzając kilka dni i nocy poza domem.

dsc_6645Klif orłowski

Jak każda świeżo upieczona matka, byłam oczywiście pełna obaw. Dzień przed wyjazdem przez moją głowę przewijał się film z Zuz w roli głównej, która tuż za bramkami na autostradzie, zaczyna krzyczeć i płakać w foteliku i nic (nawet chrupki kukurydziane) nie jest w stanie jej uspokoić. Od dziewięciu miesięcy jeżdżę na tylnym siedzeniu, więc wierzcie mi, że mam dobrze opanowany każdy Jej grymas i gest, który świadczy o nadciągającej katastrofie. Zaczyna się niewinnie, od rzucania gryzakami z taką nonszalancją, jakby przymierzała staroświeckie kapelusze, a kończy na wrzasku zagłuszającym radio.

dsc_6716

O dziwo, już w trasie okazało się, że Zuza to całkiem grzeczne dziecko. Oczywiście pomarudziła przed snem, trochę pokrzyczała, ale przespała smacznie ponad połowę drogi. Obudziła się pod pensjonatem w Gdyni Orłowie lekko zdziwiona widząc nowe dekoracje. Kolejne trzy dni, które spędziliśmy nad morzem, były równie udane. Zuzia spała w wózku, ja robiłam zdjęcia i spacerując, zajadaliśmy się z S. wędzonymi rybami.

Codziennie byliśmy zgłodniałymi gośćmi tawerny lub smażalni ryb, gdzie (a jakże!) zamawialiśmy rybę z patelni. Udało nam się również zorganizować spotkania po latach z moimi znajomymi mieszkającymi teraz w Trójmieście. Dosłownie po dwudziestu latach, bo aż tyle się nie widzieliśmy. Jedno z moją szkolną koleżanką Asią, drugie z Piotrem, jednym z moich mentorów z harcerskich czasów.

dsc_6653

Każda piękna historia, ma choćby mały wyłom, tak i tutaj pojawił się pewien zgrzyt w zachowaniu latorośli. Otóż po drugiej dobrze przespanej nocy, Zuzka niespodziewanie obudziła się przed 5. rano i… już nie zasnęła aż do południa. Co oznaczało harce i radosne piski od świtu, gdy za oknem było wciąż ciemno. Jakby na swoje usprawiedliwienie i chęć poprawy, nasza dziewczynka bardzo kulturalnie zachowywała się w różnej maści knajpach, gdzie była sadzana w krzesełkach do karmienia pozwalając nam spokojnie zjeść. Zdaje się, że to również jeden z aspektów socjalizacji niemowlaka.

Suma sumarum Zuza przeszła “próbę”, co oznacza, że możemy planować kolejną wyprawę. I to niebawem. Tymczasem obejrzyjcie garść zdjęć z naszego wyjazdu.

dsc_6746Wyspane dziecko w obiektywie niewyspanego rodzica;)

dsc_6676Kutry na orłowskiej plaży

dsc_6672

dsc_6695W wędzarni przy orłowskim molo

dsc_6652Taka sytuacja… Z cyklu “miej zawsze aparat pod ręką”:)

dsc_6708

dsc_6659

dsc_6636

dsc_6658Domek Żeromskiego w Orłowie

dsc_6698Przekąski na spacer

dsc_6712W pierwszy weekend października fotografowie trójmiejscy mieli pełne ręce roboty:)

dsc_6677

dsc_6725Gdynia z bulwaru nadmorskiego

dsc_6726

dsc_6731Marina w Gdyni

dsc_6681

dsc_6765W Rewie

dsc_6704

dsc_6773dsc_6770

dsc_6783

dsc_6782

dsc_6654

dsc_6637

dsc_6817

dsc_6796W Rewie wieje:)


Leave a comment

Weekendowe wypady: zespół pałacowo-parkowy w Radziejowicach

DSC_6156

Korzystając z minionego długiego weekendu wybraliśmy się na wycieczkę do Radziejowic, gdzie znajduje się zabytkowy zespół pałacowo-parkowy. Radziejowice to mała wieś położona niedaleko Żyrardowa nad rzeczką Pisią Gągoliną (czyż to nie urocza nazwa?), gdzie w XV wieku ród Radziejowskich zbudował swoją siedzibę.

W ciągu zaledwie pół godziny od wyjazdu z domu byliśmy na miejscu. Jak się okazało, w ten świąteczny dzień nie tylko my wpadliśmy na pomysł zwiedzania tego urokliwego miejsca. W alejkach mijaliśmy emerytów, młodych ludzi i rodziców z maleńkimi dziećmi w wózkach. Prócz spacerowania wokół stawu i zabudowań pałacowych zwiedzający mogą również obejrzeć wystawy obrazów (np. największy w Polsce zbiór prac Józefa Chełmońskiego), plenerową galerię rzeźby czy przycupnąć, by napić się kawy lub zjeść obiad w urokliwej kawiarni zwanej “pałacową jadłodajnią”.

Więcej o historii i aktualnych wydarzeniach w tym miejscu możecie przeczytać tutaj: http://palacradziejowice.pl/

Tymczasem zapraszam na subiektywną fotorelację z naszej krótkiej wycieczki.

DSC_6205

DSC_6180

DSC_6198

DSC_6195

DSC_6196

DSC_6189

DSC_6208

DSC_6213

DSC_6210

DSC_6216

DSC_6228

DSC_6209

DSC_6229

DSC_6231

DSC_6235

DSC_6234

DSC_6238

DSC_6239

DSC_6241

DSC_6243

DSC_6246

DSC_6244

DSC_6250

DSC_6256

DSC_6257

DSC_6258

DSC_6263

DSC_6265

DSC_6275

DSC_6266

DSC_6277

DSC_6186-2


2 Comments

Śródziemnomorskie smaki w środku zimy, czyli krzepiąca grecka moussaka

moussaka_01

Kiedyś z podróży tych dalszych i tych bliższych przywoziłam sobie kolczyki. Szkatułki na biżuterię są pełne srebrnych cudeniek z takich miejsc jak Paryż, Londyn, Rzym, Malmö, Algier, Wiedeń, Praga, Bratysława, Madryt czy Stambuł. Są tam też małe wiszące skarby z podróży po Polsce: z Krakowa, Wrocławia, Gdańska, Katowic czy Wigier. Wszystkie one zajmują jedną szufladę w komodzie, a pochodzenie każdej pary mogę wyrecytować obudzona w środku nocy.

Tak było jakiś czas temu.

Jednak od kiedy “wzięło mnie na gotowanie” (patrz: odezwały się geny:)), z podróży przywożę woreczki z przyprawami. Kilka lat temu z Algierii przywiozłam w walizce tamtejsze specjały z przyprawą do kuskusu i laskami cynamonu na czele. A z Grecji przyleciały ze mną mieszanka przypraw do kurczaka i souvlaki. Dzięki przyprawom w kuchni czasem udaje się odtworzyć bliski smak potraw, które kosztowaliśmy w krajach, z których one pochodzą. Napisałam “bliski smak”, ponieważ tylko tamtejsza, lokalna kuchnia smakuje w oryginalny sposób, bo składniki dań dojrzewają w tamtejszym słońcu i tamtejszej glebie. To, co próbujemy odtworzyć pod polskim niebem jest zwykle jakimś echem, niezdarnym odbiciem oryginalnych smaków i zapachów.

Bohaterem dzisiejszego wpisu jest jedno ze sztandarowych dań kuchni greckiej: moussaka. Potrawa tak prosta i pyszna, jak cała grecka kuchnia, w której z niewielu składników Grecy wyczarowują ucztę dla podniebienia. Nie napiszę, że korzystając z tego przepisu możecie zrobić sobie w środku zimy Grecję na talerzu. Napiszę, że możecie zbliżyć się do ideału wyjmując z piekarnika pachnące, aromatyczne danie:)

Gdy zwiedzaliśmy z S. Ateny wzdłuż i wszerz, zdzierając przy tym zelówki w sandałach, trafiliśmy na urokliwą uliczkę, której nazwy już dziś nie pamiętam, lecz na której pełno było niewielkich knajpek. Wszystkie one serwowały specjały kuchni greckiej. I przy wejściu do każdej z knajpek stali kelnerzy-naganiacze przekonujący turystów, że nigdzie nie zjedzą tak dobrych dań, jak właśnie tutaj. Usiedliśmy przy jednym ze stolików w cieniu jakiegoś śródziemnomorskiego drzewa, ja zamówiłam moussakę. Mięso jagnięce otulone pierzynką z duszonych pomidorów, fety, bakłażana z przyprawami i wieńczącego całość beszamelu. Pycha!

Ten smak właśnie dziś staram się odtworzyć, choć będzie to niedoskonała próba. I Was również do tego gorąco zachęcam:)

moussaka_02

moussaka_03

GRECKA MOUSSAKA (MUSAKA)

/porcja dla 4 osób/

500 g mięsa mielonego z indyka (oryginalnie z jagnięciny)

2 średnie bakłażany

1 puszka pomidorów pelati

300 ml pasatty pomidorowej

garść posiekanej natki pietruszki

1 łyżka suszonego oregano

1/2 łyżeczki cukru

szczypta pieprzu cayenne

1/4 łyżeczki cynamonu

1 opakowanie sera typu feta

1 opakowanie mozzarelli

100 ml białego wytrawnego wina

3 duże cebule

3 ząbki czosnku

sól, pieprz

oliwa

na sos beszamelowy:

20 g masła

2 łyżki mąki

250 ml mleka

szczypta gałki muszkatołowej

sól, pieprz

 

Bakłażany kroimy na plastry, solimy i pozostawiamy kwadrans na talerzu, by wytrąciła się goryczka. Po tym czasie spłukujemy plastry pod bieżącą wodą i osuszamy ręcznikiem papierowym. Bakłażany grillujemy po kilka minut na patelni grillowej, odstawiamy na bok.

Cebulę i czosnek drobno siekamy, podsmażamy na oliwie, po czym dodajemy mięso mielone, wlewamy wino i dusimy do miękkości, aż alkohol  odparuje. Następnie do mięsa dodajemy pomidory z puszki (uprzednio rozdrobnione widelcem), pasattę, cukier, oregano, cynamon, pieprz cayenne, natkę pietruszki oraz doprawiamy całość do smaku pieprzem i solą (uważajcie z solą, ponieważ feta jest wystarczająco słona).

Przygotowujemy sos beszamelowy: w garnuszku roztapiamy masło, dodajemy mąkę i cały czas mieszając dolewamy mleko. Następnie dodajemy gałkę muszkatołową oraz pieprz i sól do smaku. Mieszamy całość tak długo, by sos osiągnął jednolitą konsystencję. Odstawiamy.

Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą, na dnie umieszczamy połowę plastrów bakłażana, przykrywamy sosem mięsno-pomidorowym, następnie kładziemy resztę bakłażana i sos. Całość posypujemy kawałkami sera feta oraz mozzarelli. Na wierzchu rozprowadzamy sos beszamelowy.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC i zapiekamy moussakę  ok. 30 minut (do zrumienienia wierzchu).

Smacznego:)

moussaka_04

A na deser druga część zdjęć z Grecji (pierwsza pojawiła się tutaj: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/09/20/wspomnienie-greckich-wakacji-i-tapenada-z-baklazana-suszonych-pomidorow-i-koziego-sera/ )

Greece_01

Greece_02

Greece_03

Greece_04

Greece_05

Greece_06

Greece_07

Greece_08


Leave a comment

Tatry po sezonie, czyli niespieszne wędrówki baby z bulą

Tatry_01112015_01

Jak co roku, na Wszystkich Świętych zjechaliśmy popod Tatry, by odwiedzić groby moich Bliskich. Zanim to jednak nastąpiło, cały wieczór przed porannym wyruszeniem na południe, byliśmy zajęci pakowaniem. Zauważyłam pewną prawidłowość: im większy samochód, tym bardziej pojemny bagażnik i tym większa pokusa zabrania większego bagażu;) I tak, zapakowaliśmy nie tylko ciuchy i buty do chodzenia “po mieście”, laptopy, ale również buty górskie i trekkingowe (bo a nuż skończymy na Drodze pod Reglami), górskie ciuchy, kijki do nordic walking, trochę suchego prowiantu, czekoladę z orzechami (“szczytówkę”), Nikony, “Zwierciadło”, a nawet najnowszą książkę Stasiuka. Tym razem nie zabraliśmy scrabble;) Pojechaliśmy raptem na trzy dni, a zapakowaliśmy się co najmniej jak na tydzień. Już dawno minęły czasy, gdy z łatwością pakowałam się w 60-litrowy plecak wyjeżdżając na dwutygodniowy obóz wędrowny…

Rok temu schodziliśmy z Kasprowego Wierchu wędrując dnem Doliny Gąsienicowej ku Kuźnicom, chwilami w śniegu i po oblodzonych głazach (pisałam o tym tutaj: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/11/05/tatrzanskie-opowiesci/ ).

W tym roku nie szarżowałam, bowiem tego typu wędrówki byłyby nierozsądne i wręcz niebezpieczne biorąc pod uwagę mój stan. Tym razem spacerowaliśmy, bo tak można nazwać powolne wędrówki baby z bulą, w siódmym miesiącu ciąży:) Wierzcie mi, chodzenie po dolinach i górach (choć to drugie określenie to w tym przypadku lekkie nadużycie, biorąc pod uwagę szlaki, na które weszliśmy) w dwupaku wcale nie należy do łatwych zadań. Czasem bywa nawet frustrujące. Trasa z Wierchu Porońca na Rusinową Polanę, którą zwykle robię w 30-35 minut, teraz zajęła mi prawie godzinę. Sunąc krok za krokiem czułam się jak sędziwa emerytka. Jak ktoś, kto na plecach ma tabliczkę z rozbrajającym napisem: “możecie mnie wszyscy wyprzedzać”.

Mój Miły wydaje się nawet zadowolony z takiego obrotu spraw: już nie musi dotrzymywać mi kroku, czy wręcz kłusować za mną. Moje żółwie tempo sprawia, że idąc pod górę, rozmawia przez telefon bez zadyszki i rozsmakowuje się w panoramach. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Jestem pewna, że za rok tę samą trasę na Rusinkę będzie pokonywał z nosidełkiem na plecach i naszym Maleństwem zachwyconym widokami wokół:)

Tatry_01112015_02

Tradycyjnie przed wyjazdem odwiedziliśmy targowicę pod Gubałówką, by zaopatrzyć się w oscypki i bundz. Gdy kończy się redyk i owce schodzą z hal, na straganach co sezon pojawia się jakaś serowa “nowość”. Tzw. chwyt marketingowy. W zeszłym roku o tej porze każda gaździna zza kontuaru kusiła ceprów gołkami z napisem “serek małosolny” i z nieśmiertelnym zawołaniem na ustach: “Chodźcie państwo spróbować serka!”. Dziś furorę robi zalaminowana kartka formatu A4 z nadrukowanym napisem: “Pakujemy hermetycznie”.

Pojawiły się też szklane lady, za którymi dumnie prężą się wszelkiej maści podróbki oscypków, względnie nie mięsane gołki i od czasu do czasu oscypki “właściwe”. Bundzu, bryndzy, żurawiny i marynowanych grzybów też jest spory wybór, a niektóre góralki oferują również masło. Zza szklanych lad (które prawdopodobnie powstały na polecenie Sanepidu) wyzierają sprzedawczynie z kuchennymi nożami w dłoniach, na których ostentacyjnie podtykają pod nos rozkapryszonym turystom sery do spróbowania. Trzeba nie małego talentu i doświadczenia, by nie nadziać się na podróbkę (czasem zamiast sera wędzonego w dymie znad watry można trafić na ser naprędce maczany w herbacianych fusach…).

Dobrze znaleźć się znowu w rodzinnych stronach… Jak z każdego wyjazdu, tak i tym razem uzbierało się trochę zdjęć. Zapraszam na małą fotorelację.

Tatry_01112015_03

Tatry_01112015_04

Tatry_01112015_05

DSC_4869

Tatry_01112015_06

Tatry_01112015_07

Tatry_01112015_08

Tatry_01112015_010

Tatry_01112015_011

Tatry_01112015_012

Tatry_01112015_014

Tatry_01112015_015

DSC_4865

Tatry_01112015_016

Tatry_01112015_017

Tatry_01112015_018

DSC_0154


Leave a comment

Wspomnienie greckich wakacji i tapenada z bakłażana, suszonych pomidorów i koziego sera

poros_ (4)

Ostatnio odwiedzili nas znajomi z Dolnego Śląska, którzy przez jakiś czas mieszkali w Grecji. Nie są to częste spotkania, ale zawsze bardzo miłe i intensywne. Trzy lata temu Ania i Kamil gościli nas w swoim ateńskim domu, a my korzystaliśmy pełnymi garściami z uroków tego śródziemnomorskiego kraju. Kilka dni spędzonych w Grecji pozwoliło nam nacieszyć się słońcem, ciepłym morzem, tamtejszym przyjaznym klimatem i oczywiście zwiedzić Ateny oraz bliższe i dalsze okolice. To był czas, gdy zza winkla dopiero nieśmiało wyzierał grecki kryzys, lecz turystyka nadal kwitła, a i sami Grecy mieli się dobrze.

DSC_0475

Nie sposób nie wspomnieć o tamtejszej śródziemnomorskiej kuchni. Zajadaliśmy się greckimi specjałami: souvlakami, mousaką, grillowanym ser haloumi, pitą prosto z pieca i wieloma innymi pysznościami. Genialny smak greckich pomidorów, oliwek i lokalnej oliwy wciąż mam w swojej “kulinarnej” pamięci. Tam określenie “proste jedzenie” nabiera właściwego znaczenia…

DSC_0476

Dziś zapraszam Was na wegetariańską pastę do chleba zwaną tapenade. Każdy może sobie wyczarować kawałek Grecji w swojej kuchni.

A na deser garść zdjęć z naszego wyjazdu sprzed trzech lat: z Aten, przylądka Sunion, Peloponezu i wyspy Poros. I oczywiście pozdrawiamy serdecznie naszych greckich przewodników: Aneczkę i Kamila :)

tapenade_01

tapenade_02

TAPENADA Z BAKŁAŻANA, SUSZONYCH POMIDORÓW I KOZIEGO SERA

1 mały bakłażan

4-5 plasterków suszonych pomidorów w oliwie

100 g koziego sera

5-6 dużych zielonych oliwek

2 ząbki czosnku

2-3 gałązki oregano

oliwa

pieprz, sól

 

Bakłażana kroimy w plastry, oprószamy solą, pozostawiamy na kwadrans, by puścił soki, które następnie spłukujemy pod bieżącą wodą. Osuszamy bakłażana, przekładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, skrapiamy oliwą i pieczemy ok. 15 minut w temperaturze 200ºC.

W blenderze rozdrabiamy suszone pomidory, kozi ser, oliwki, czosnek i ostudzonego bakłażana pokrojonego na małe kawałki. Podczas blendowania dodajemy łyżkę oliwy (lub więcej w zależności od konsystencji), posiekane oregano oraz pieprz i sól do smaku.

Tapenadę przekładamy do miseczki i używamy do smarowania chleba. Pastę można przechowywać w lodówce max. 3-4 dni.

Smacznego:)

tapenade_03

tapenade_04

tapenade_05

akropol_atenyAkropol

DSC_0013Targ rybny w Atenach

DSC_0017

przyladek sunion_01Przylądek Sunion

przyladek sunion_02

kanal korynckiKanał Koryncki

poros_ (1)

koryntKorynt

poros_ (5)na Wyspie Poros

nafplio_peloponez_01Nafplio na Peloponezie

poros_ (3)na Wyspie Poros

poros_ (2)
DSC_0021

DSC_0029


Leave a comment

Powrót do przeszłości. Pojezierze Brodnickie

Ciche_01

Pojezierze Brodnickie. Ponad sto malowniczych jezior i to zaledwie niecałe 200 km od Warszawy. Nie byłam tam kilkanaście lat, od śmierci Dziadka, który mieszkał w Brodnicy. Te kilka dni spędzonych nad jeziorem, w otoczeniu lasów i przyrody pozwala wyciszyć się i naładować akumulatory.

Pojezierze Brodnickie jest regionem słabo zagospodarowanym pod względem infrastruktury turystycznej. To z pewnością efekt ukształtowania terenu: żeglarze nie mają tam za bardzo czego szukać, bowiem jeziora są niewielkie i na brzegach porośnięte sosnowymi lasami, co nie sprzyja nabieraniu wiatru w żagle. Za to jest to świetny teren dla wędkarzy, początkujących kajakarzy i rowerzystów. Jeśli jesteście znużeni Mazurami, gdzie latem nad wodą jest pełno amatorów kąpieli, i coraz trudniej znaleźć kawałek niezagrodzonego dostępu do linii brzegowej, to Pojezierze Brodnickie jest propozycją dla Was. Wystarczy zapakować samochód i za niecałe trzy godziny jesteśmy na miejscu.

Ciche_02Tamtejsze jeziora, zwłaszcza te mniejsze, to istna mekka dla poszukiwaczy ciszy i wytchnienia (zwłaszcza, że niektóre z jezior są całkowicie objęte zakazem używania silników spalinowych). Woda jest czysta, nawet tuż przy brzegu można zobaczyć “stadka” okoni i innych małych rybek. Nic dziwnego, że można tam spotkać wielu zapalonych wędkarzy. Ornitolodzy-amatorzy bez trudu wypatrzą tutaj dzikie ptactwo: głównie perkozy, pelikany, dzikie kaczki i oczywiście łabędzie rodziny.

Ciche_03

Jeśli najdzie Was ochota na świeżą rybę prosto z patelni, to polecam tutejsze smażalnie ryb. Zwłaszcza “Skarlankę” położoną w miejscowości Gaj-Grzmięca, w samym sercu Brodnickiego Parku Krajobrazowego. Co prawda nie tak łatwo tam dotrzeć, bowiem z głównej drogi między Grzmięcą a Gajem-Grzmięcą trzeba skręcić w leśną dróżkę i jechać po wertepach kilkanaście dobrych minut uważając przy okazji, by nie urwać podwozia. Ale trudy wynagradza nam posiłek na miejscu. Mają tam pysznego sandacza, który podany klasycznie z frytkami i surówką jest doskonałym zwieńczeniem dnia spędzonego na łódce lub kajaku.

Grzmieca_sandaczSandacz serwowany w smażalni ryb “Skarlanka”

Zbiczno_szczupakSzczupak ze smażalni ryb w Zbicznie

Gdy byłam dzieckiem spędzaliśmy tu wakacje. W siermiężnych latach 80-tych Rodzice pakowali namioty, materace, śpiwory, kochery etc. do naszego pomarańczowego dużego fiata i jechaliśmy nad jezioro Ciche, gdzie rozbijaliśmy namioty i biwakowaliśmy w najlepsze. Konserwy i pasztety zabieraliśmy z domu, zaś przetwory dostawaliśmy od Dziadków. Babcia Wanda była niezrównaną gospodynią, dzięki czemu objadaliśmy się domowej roboty ogórkami kiszonymi, piklowanym mięsem i innymi pysznościami. Z sadu Dziadków pochodziły zaś jabłka i gruszki, a spod folii pomidory i ogórki. Do kulinarnego szczęścia wystarczyło, że co kilka dni Tata pojechał po chleb do najbliższej wioski. Pamiętam, że po jeszcze ciepłe mleko od krowy chodziliśmy z Mamą do gospodarza, który doił krowę na naszych oczach.

Dziś moja Ciocia mieszkająca w Brodnicy mówi, że mleko od krowy można dostać w mlekomatach ustawionych w kilku lokalizacjach w mieście:)

Ciche_04Jezioro Ciche

Ciche_010

Ciche_06Skromny piknik na pomoście

Sama Brodnica to urokliwe niewielkie miasto, którego zabytkowe centrum można obejść w niecałą godzinę. Warto zobaczyć ruiny zamku krzyżackiego z XIV wieku, Bramę Chełmińską prowadzącą do Dużego Rynku z górującym nad nim ratuszem, kościół farny czy wreszcie spichlerz z XVII wieku.

Brodnica_Rynek_001Brodnica – kamienice przy Dużym Rynku

 

Brodnica_mury obronneBrodnica – pozostałości murów obronnych i zamku krzyżackiego

Brodnica_Rynek_02Brodnica – Duży Rynek

Brodnica_Rynek_03Fontanny na Dużym Rynku

Brodnica_Rynek_05Pomnik powstańca listopadowego na Dużym Rynku

Teraz, po latach, przywiozłam ze sobą dwie nowości. Torbę pikli domowej roboty autorstwa kuzynki Gosi (ćwikłę, ogórki, gruszki w zalewie) i przepis na pyszne gruntowe ogórki w octowej zalewie. Drugie odkrycie, to kawa zbożowa “Kujawianka”, do której przekonała mnie kuzynka Asia. Kawa ma opakowanie jak sprzed lat, gotuje się ją kilka minut na wolnym ogniu, następnie lekko studzi pod przykrywką, a przed podaniem obowiązkowo doprawia świeżym mlekiem. Piję ją od tygodnia i delektuję się jej smakiem:)

pikle_GochaDomowe przetwory autorstwa mojej kuzynki Gosi

Ciche_07

Ciche_08Operator łódki i wędkarz w jednym:)

Ciche_09