gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Algierska szakszuka i konkurs Kukbuka

Algerian shakshuka_01

Algerian shakshuka_02Internetowe wydanie Kukbuka wywołało do tablicy moją kulinarną pamięć.

Na hasło: ugotujcie coś, co przypomina wam najwspanialsze wakacje albo krótki wypad w nieznane na śniadanie przyrządziłam szakszukę na sposób algierski. O szakszuce pisałam już na blogu: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/07/05/szakszuka-z-kukbuka/, podobnie o mojej podróży w nieznane, czyli do Algierii: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/07/12/kuskus-na-sposob-algierski/

Kiedy myślę o tym afrykańskim kraju, który jest głęboko osadzony w kulturze śródziemnomorskiej, to w temacie kulinariów do głowy przychodzą mi trzy rzeczy: kuskus, daktyle i bagietki. Kuskus jada się w każdym z krajów Maghrebu, daktyle to jeden z flagowych towarów eksportowych Algierii, a pszenna, chrupiąca bagietka to… pozostałość po dominacji kolonialnej Francuzów. I Algieria jest takim właśnie tyglem, nie tylko w kwesti kulinariów.

Jeśli chcecie posłuchać drugiej części mojej algierskiej opowieści, to zapraszam do lektury. Tradycyjnie dorzucam garść zdjęć z tamtego czasu. I przepis na szakszukę na sposób algierski: z papryką i piekielnie ostrą harissą.

Gardaia (6)    Ghardaïa

okolice Biskryokolice Biskry

14 marca 2011 r.
Drugi dzień w Algierii, a konkretnie w Tizi-Ouzou, sercu berberyjskiej Kabylii. Jestem pod wrażeniem tego, co ma tutaj do zaoferowania przyroda, lecz bardziej (pozytywnie) zadziwiają mnie ludzie, tutejsi mieszkańcy. Hasło, które ukułam po kilku spotkaniach z tubylcami, a które brzmi „Kabylczycy są bardziej gościnni niż Czeczeni” mówi samo za siebie. Prócz gościnności, „serca na dłoni” i wcale nie nachalnej chęci dowiedzenia się kim jesteś, skąd pochodzisz, co robisz, są bardzo radośni, spontaniczni i żywiołowi. Gdyby ten kraj nie był politycznie w tym miejscu, gdzie jest i w tym skomplikowanym układzie, w którym znajduje się obecnie, byłby niewątpliwie rajem – obok Egiptu, Maroka i Tunezji – dla turystów z bogatej Północy. Klimat rewelacyjny, ludzie gościnni, przyroda bardzo różnorodna. Zaledwie niecałe 50 km od Tizi-Ouozu rozciąga się pasmo górskie Djurdziura (odnoga Atlasu) chwilami do złudzenia przypominające granie Tatr Zachodnich.

Nawet dzisiejsza nieplanowana wizyta na posterunku policji z początku wyglądająca groźnie, pod koniec okazała się miłą pogawędką z tajniakiem – oficerem policji algierskiej. Trafiłam tam z moją nową kabylską koleżanką Mayą (studentką anglistyki na Uniwersytecie w Tizi-Ouzou).

Zaczęło się prozaicznie: na skrzyżowaniu wypatrzyłam na jednej z ulic słup, na którym uwite gniazdo miał… polski bocian! Tak się wzruszyłam (sic!), że nie mogłam się oprzeć uwiecznieniu tego swojskiego widoku na gościnnej afrykańskiej ziemi:) Wyciągnęłam aparat, pstryknęłam i… w tym momencie usłyszałam policyjny gwizdek. Policjantka kierująca ruchem na skrzyżowaniu gestykulowała i dawała mi sygnały dźwiękowe, by natychmiast podejść do niej. Maya wpadła w panikę, ja też w ułamku sekundy wyobrażając sobie jak odbierają mi moją ukochaną lustrzankę… za robienie zdjęć pod komisariatem policji (co sobie obie uświadomiłyśmy po usłyszeniu feralnego gwizdka…). Nagle jak spod ziemi obok nas wyrósł tajniak, który zaprowadził nas do jednego z pomieszczeń komisariatu. Po drodze zrobiłyśmy z Mayą furorę wśród zgromadzonej na komisariacie gawiedzi: miałam nieodparte wrażenie, że każdy chce nas zobaczyć i dowiedzieć się co tu robimy.

Posadzili mnie na krześle, kazali włączyć aparat i pokazać wszystkie zdjęcia klatka po klatce. Nie było ich wiele, a na końcu okazało się, że mam jakieś 5-6 zdjęć z Polski, na których uwieczniłam moich rodziców, brata i psa. Te ostatnie wzbudziły zainteresowanie policjantów i uśmiech na twarzach. Miałam ich w kieszeni! Potem dla formalności pokazałam paszport, obejrzeli moją algierska wizę, zapytali skąd jestem i co robię, a na końcu policjant uprzejmie ostrzegł, abym na przyszłość nie robiła zdjęć „w takich newralgicznych miejsca”. Wyprowadził nas z Mayą na ulicę, zatrzymaliśmy się przy ogrodzeniu komisariatu i nasz „przyjaciel tajniak” wspaniałomyślnie powiedział do mnie: „Teraz możesz zrobić zdjęcie bocianowi, proszę” (!). Podziękowałam po kabylsku mówiąc “Thanemirth”, pożegnaliśmy się, a my z Mayą ochłonąwszy po niespodziewanym stresie ruszyłyśmy na dalsze zwiedzanie miasta. Kiedy dotarłyśmy do Ojców na obiad i opowiedziałyśmy jaka przygoda nas spotkała, wzbudziłyśmy tym ogólny śmiech i żartobliwe komentarze.

Bejaia Béjaïa

Alger Qasbah_02Qasbah w Algierze

21 marca 2011 r.

(…) Dojeżdżamy do klasztoru w Tibhirine. To stąd islamscy fundamentaliści uprowadzili w Boże Narodzenie 1996 r. siedmiu trapistów. Nikt nie wie co działo się z mnichami przez niemal dwa miesiące po uprowadzeniu. Aż do momentu, gdy ktoś podrzucił pod furtę klasztoru worek, w którym były odcięte głowy trapistów…
Jeden z trapistów, Christian, prowadził w tych krwawych czasach dziennik, który zachował się po jego śmierci. Zaczyna się tak: „Jeśli zdarzy się pewnego dnia – a może to stać się nawet dzisiaj – że padnę ofiarą terroru, który zdaje się ogarniać wszystkich obcokrajowców żyjących w Algierii, pragnę, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętały, że oddaję życie Bogu i temu krajowi. Uwierzcie, że jedyny Mistrz wszelkiego życia nie jest obcy nawet tak brutalnej śmierci. Módlcie się za mnie, niegodnego, tej wielkiej ofiary.[…] Moje życie nie jest bardziej cenne niż jakiekolwiek inne. Ale nie jest też mniej cenne”.

Po klasztorze i obejściu z gospodarstwem oprowadzał nas Francuz opiekujący się posesją. Opowiadał nam o tym, czym zajmowali się mnisi. Byli samowystarczalni: uprawiali ziemię, zajmowali się pszczelarstwem, a jeden z nich – brat Luc będący jednocześnie lekarzem – prowadził dla miejscowej ludności bezpłatną przychodnię. Posesję zaadoptowano na klasztor bodaj w latach trzydziestych ubiegłego wieku: wcześniej była tu winnica prowadzona przez francuskiego kolonizatora. Gdy przechodziliśmy z jednego do drugiego pomieszczenia czułam w sobie jakiś niepokój: te miejsca wyglądały tak, jakby zakonnicy opuścili je tylko na chwilę i niedługo mieli tu ponownie wrócić. Powrócić z długiej podróży…
Obok klasztoru, na terenie ogrodu znajduje się maleńki cmentarz, gdzie zostały pochowane szczątki trapistów (reszty ciał nigdy nie odnaleziono).

Droga z Tizi-Ouzou przez Algier do Ghardaï zajęła nam 14 godzin. 800 km. Algierczycy jeżdżą jak wariaci.

Gardaia (4)Mali mieszkańcy Ghardaïa

  23 marca 2011 r.

Na liczniku od początku naszej wyprawy mamy 815 km. Jedziemy na północ do Ouargli.

Zatankowaliśmy cały bak za 700 dinarów (litr benzyny kosztuje w całym kraju 22,60 dinarów). Za to uda nam się przejechać ok. 600 km. Nieprawdopodobne! Benzyna tutaj jest tańsza niż mleko i woda mineralna! Zatem za jakieś 5 euro pokonujemy bagatela 600 km (sic!).

Gardaia (1)Mozabickie dziewczęta w Ghardaïa

Gardaia (5)Mozabici w zabytkowej części Ghardaïa

26 marca 2011 r.

W każdym mężczyźnie jest pewien uroczy pierwiastek chłopięcy. Innymi słowy, w każdym mężczyźnie jest coś z chłopca. Trzeba tylko sprzyjających warunków, by ów chłopiec się uaktywnił.

W jaki sposób przejść przez algierską ulicę bez używania przejścia dla pieszych typu „zebra”? Pozdrowić kierowcę i wtargnąć przed auto powodując, że kierowca raptownie zahamuje. Przy czym ów kierowca nie zatrąbi na nas, ani nie przeklnie siarczyście. Taki zwyczaj:)

OuarglaMężczyźni w mieście Ouargla na Saharze. Południowa Algieria

Tizi-OuzouMężczyzna spotkany w Tizi-Ouzou

Algerian shakshuka_03SZAKSZUKA NA SPOSÓB ALGIERSKI

4 jajka

2 duże pomidory

1/2 czerwonej papryki

1/2 żółtej papryki

1 cebula

2-3 ząbki czosnku

kilka ziaren kminu rzymskiego

szczypta kurkumy

łyżeczka harissy

garść posiekanej natki pietruszki

oliwa

sól i pieprz

Pomidory obieramy ze skórki, kroimy w kostkę, paprykę kroimy w paski. Cebulę i czosnek drobno siekamy.

Na patelni rozgrzewamy oliwę i podsmażamy 2-3 minuty cebulę i czosnek, następnie dodajemy pomidory i paprykę. Dusimy ok. 5 minut, aż warzywa puszczą sok. Dodajemy kmin rzymski i kurkumę, a następnie w pomidorowo-paprykowej masie robimy cztery wgłębienia, w które wbijamy jajka, które solimy i pieprzymy do smaku. Patelnię przykrywamy pokrywką i dusimy na małym ogniu ok. 5-7 minut aż białko jajek zetnie się do pożądanej przez nas konsystencji.

Patelnię zdejmujemy z ognia i posypujemy szakszukę natką pietruszki oraz dodajemy harissę.

Smacznego:)

Algerian shakshuka_04

Algerian shakshuka_05

Algerian shakshuka_07Tradycyjna biżuteria kabylska

Algerian shakshuka_06

Gardaia (2)

Advertisements


Leave a comment

Rekonwalescent w domu, czyli prozdrowotna zupa krem z soczewicą, pomidorami i fenkułem

zupa prozdrowotna_ 01

zupa prozdrowotna_ 02Mam w domu rekonwalescenta, który powinien przez najbliższych kilka dni jadać posiłki w postaci płynnej i półpłynnej. Jak łatwo się domyślić, na pierwszy ogień poszły zupy. Jedliśmy już pomidorową z ryżem, przyszedł czas na zupę z soczewicą, pomidorami i fenkułem z dodatkiem mleka kokosowego.

Przepis znalazłam na stronie gotujzdrowo.com i od razu stała się moim “zupnym hitem”. Jak twierdzi autor przepisu, ma ona właściwości rozgrzewające (szczególnie dobrze wpływa na układ moczowy) i podkręcające metabolizm. Ta zupa jest idealna w zimowe dni, szczególnie dla osób wychłodzonych, często łapiących infekcje.

Dodatki w postaci fenkuła, mleka kokosowego i czarnego sezamu mogą wydawać się dla niektórych z Was zaskakujące, ale uwierzcie mi, świetnie dopełniają całości i zupa ma naprawdę rewelacyjny smak. No i jest zdrowa, oczywiście bez glutaminianu sodu!:)

zupa prozdrowotna_ 03

PROZDROWOTNA ZUPA KREM Z SOCZEWICĄ, POMIDORAMI I FENKUŁEM

1 puszka pomidorów w puszce (całych, bez skórki)
1/2 fenkuła (kopru włoskiego)
1 marchew
1/3 brokuła
1 mała puszka mleka kokosowego
3 -4 szklanki wody
2-3 cm kawałek świeżego imbiru
3-4 ząbki czosnku
kilka nasion kolendry
1 łyżka curry
szczypta kurkumy
kilka ziaren kminu rzymskiego (opcjonalnie)
1/2 szklanki czerwonej soczewicy
sól morska i pieprz do smaku
łyżeczka cukru trzcinowego
szczypta chilli
cytryna

 

Cebulę kroimy w kostkę, imbir i czosnek w drobną kosteczkę. Brokuł myjemy i dzielimy na małe koszyczki, marchewkę i fenkuł kroimy w cienkie plasterki.

Do garnka wlewamy olej ryżowy, na którym na małym ogniu obsmażamy przez chwilę imbir, cebulę i czosnek. Następnie dodajemy curry, kmin rzymski, kolendrę, pomidory, soczewicę i marchew. Wlewamy mleko kokosowe i wodę, doprawiamy solą, kurkumą i gotujemy aż soczewica będzie miękka (ok. 15 minut). Doprawiamy cukrem i pieprzem do smaku oraz szczyptą chilli.

W tym samym czasie na suchej patelni podprażamy sezam (ok. 5-6 minut), co jakiś czas potrząsając patelnią.

Do gotującej zupy dodajemy fenkuł i brokuła, gotujemy ok. 10 minut, aby brokuł pozostał jędrny. Zupę zdejmujemy z ognia i miksujemy blenderem na krem (dla ozdoby pozostawiając kilka koszyczków brokułu).

Zupę wlewamy na talerz i posypujemy podprażonym sezamem (opcjonalnie), dodajemy odrobinę soku z cytryny.

Smacznego:)

zupa prozdrowotna_04

zupa prozdrowotna_06

zupa prozdrowotna_07

zupa prozdrowotna_08


1 Comment

Upiecz sobie coś zdrowego. Bezglutenowy marchwiak z kokosową nutą

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_00

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_000Zwykle zaczyna się tak: myślisz “cukier mi spada”, mówisz “muszę zjeść coś słodkiego”, po czym Twoje myśli galopują w kierunku ciacha na mące pszennej, które w składzie niechybnie ma dużo cukru, sporo polepszaczy, stabilizatorów i substancji konserwujących. Bo takie ciasto jest od zaraz dostępne w cukierni tuż obok. Od ręki. Bez wysiłku.

Przed świętami Bożego Narodzenia pojechałam po chleb do piekarni oddalonej od mojego rodzinnego domu o jakieś 3 km. Piekarnia ma sklep firmowy, który jest zaopatrzony w kilkanaście (jeśli  nie kilkadziesiąt) gatunków pieczywa. Muszę przyznać, że chleb stamtąd jest całkiem niezły, zwłaszcza jeśli mamy ochotę na ciemne pieczywo z dodatkami. Kolejka do kasy była spora, więc zaczęłam uważnie przyglądać się napisom na opakowaniach ciast wypiekanych na miejscu. O zgrozo, na opakowaniu “szarlotki domowej” na etykiecie rozmiarów 3 cm x 3 cm znalazłam niemalże 30 składników! Prócz mąki, cukru, proszku do pieczenia i jabłek w składzie były ingrediencje, które brzmiały złowrogo: polepszacze, aromaty identyczne z naturalnymi, substancje konserwujące z literką “E” oraz inne, bliżej  nieznane mi składniki.

Ten incydent utwierdził mnie w przekonaniu, że jeśli mam trzymać się zasady, że słodkie jemy tylko w weekendy, to własnoręczne upieczenie ciasta w sobotę jest najlepszym z możliwych sposobów na jej realizację. Przynajmniej wiem, jakich składników użyję, jakiego pochodzenia i że ciasto nie będzie nafaszerowane chemią i przesłodzone. Przy okazji taki wypiek może mieć w składzie zdrowe produkty, takie jak niskokaloryczne marchew i dynię, bezglutenowe mąki, miód oraz orzechy i migdały.

Wysłuchawszy tej edukacyjnej pogadanki spróbujcie upiec sobie coś zdrowego. Co powiecie na marchwiaka bez glutenu, z dodatkiem orzechów, miodu, dyni i kokosa?:)

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_02MARCHWIAK BEZGLUTENOWY Z DYNIOWO-KOKOSOWĄ NUTĄ

4 średnie marchewki

1/2 szklanki musu z pieczonej dyni

250 g mąki ryżowej

50 g mąki ziemniaczanej

50 g mielonych migdałów

1 łyżeczka cynamonu

1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

1/4 łyżeczki soli himalajskiej

50 g orzechów włoskich

50 g wiórków kokosowych

3 jajka

125 ml miodu

125 ml oleju roślinnego

1/3 tabliczki gorzkiej czekolady

 

Marchew obieramy i ścieramy na tarce o małym oczku. W misce łączymy startą marchew z musem z dyni, wbijamy jajko, mieszamy do połączenia składników.

Do drugiej miski wsypujemy mąkę ryżową i ziemniaczaną, mielone migdały, cynamon, sodę, proszek do pieczenia, sól. Mieszamy wszystkie składniki, a następnie dodajemy do nich posiekane orzechy, wiórki kokosowe i posiekaną czekoladę.

W trzeciej (dużej) misce ubijamy pozostałe dwa jajka na puszystą masę. Dodajemy do nich miód oraz olej i ponownie miksujemy. Do tej masy dodajemy marchew z dynią, mieszamy do połączenia składników. Następnie dodajemy suche składniki z drugiej miski i mieszamy całość (krótko) do połączenia się wszystkich składników.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC. Ciasto przekładamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 40 minut w temperaturze 180ºC.

Z marchwiakiem dobrze współgra łatwa polewa: opakowanie serka naturalnego (jogurtowego) Piątnica miksujemy z łyżką cukru pudru trzcinowego z sokiem z 1/2 pomarańczy. Polewą smarujemy ciasto po ostygnięciu.

Smacznego:)

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_03P.S. Inspiracją do upieczenia tego ciasta (prócz rzeczonej wizyty w piekarni:)) był przepis znaleziony na http://www.kwestiasmaku.com.

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_05

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_06

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_04

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_07

marchwiak_dynia_kokos_orzech_bezglutenu_01

 


Leave a comment

Przegląd lodówki, czyli pizza na pszenno-kukurydzianym spodzie

pizza_pszenn_kukur_01Ależ wczoraj było światło! Słońce zalewało salon, na jego drodze stanęły tylko firanki, które zadziałały jak ogromny softbox. Idealne warunki do robienia zdjęć.

A mnie znowu naszła ochota na pizzę własnej roboty, przy okazji zrobiłam mały remanent w lodówce. Tym razem spód pizzy przygotowałam z mąki pszennej z dodatkiem mąki kukurydzianej. Dzięki temu ciasto jest delikatniejsze i bardziej puszyste.

Na wierzchu pizzy wylądowały składniki, które po otwarciu drzwi lodówki głośno krzyczały “weź mnie!!! zjedź mnie!!!”;) Brokuł, papryka, oliwki, mozzarella, kiełbasa z indyka. Smacznie i szybko, w sam raz na zwyczajny posiłek w środku tygodnia. Przy takich warunkach oświetleniowych nie obyło się oczywiście bez małej sesji zdjęciowej. Zapraszam na kulinarno-fotograficzne efekty.

pizza_pszenn_kukur_02

pizza_pszenn_kukur_03

PIZZA NA PSZENNO-KUKURYDZIANYM SPODZIE

/porcja dla 4 głodnych osób/

na spód pizzy:

2 szklanki mąki pszennej

1 szklanka mąki kukurydzianej

1/4 opakowania świeżych drożdży (25 g)

4 łyżki oliwy

2/3 szklanki letniej wody

1 łyżeczka cukru

1 łyżeczka soli

na wierzch:

1/2 opakowania pasatty pomidorowej

2-3 ząbki czosnku

1 łyżeczka suszonego oregano

kilka listków bazylii

1 czerwona papryka

1/3 brokułu

1 cebula

kilka plasterków kiełbasy krakowskiej suchej z indyka

kilkanaście oliwek

kulka mozzarelli lub opakowanie mini mozzarelli

sól, pieprz do smaku

rukola do przybrania

 

Przygotowujemy spód pizzy: w dużej misce rozkruszamy drożdże, dodajemy cukier i letnią wodę, mieszamy, po czym przykrywamy suchą ściereczką i odstawiamy na 10-15 minut, by drożdże “ruszyły”.

Przygotowujemy sos pomidorowy: czosnek drobno siekamy i dodajemy do pasatty pomidorowej. Następnie dodajemy oregano, posiekaną bazylię oraz sól i pieprz do smaku.

Po 10-15 minutach do roztworu drożdżowego dodajemy oba rodzaje mąki, sól, oliwę i wyrabiamy gładkie, elastyczne ciasto. W razie konieczności, gdy ciasto jest zbyt twarde dodajemy odrobinę wody lub dodatkową łyżkę oliwy. Ciasto zostawiamy w misce, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 1h.

W czasie, gdy ciasto wyrasta, gotujemy brokuła w osolonej wodzie, odcedzamy, studzimy. Cebulę, paprykę i mozzarellę kroimy w plasterki.

Piekarnik nagrzewamy do 220°C.

Po godzinie wyjmujemy ciasto z miski, rozwałkowujemy je (lub formujemy rękoma) na duży placek albo kilka mniejszych i kładziemy na rozgrzaną blachę uprzednio wysmarowaną oliwą.  Na wierzchu rozsmarowujemy sos pomidorowy, a następnie układamy cebulę, kiełbasę, brokuła, paprykę, oliwki i mozzarellę.

Pizzę pieczemy w temperaturze 220°C przez ok. 15 minut, do zrumienienia brzegów.

Przed podaniem pizzę przybieramy umytymi i wysuszonymi listkami rukoli.

Smacznego:)

pizza_pszenn_kukur_04

pizza_pszenn_kukur_05

pizza_pszenn_kukur_06

 


Leave a comment

Proust, magdalenki i głupawe skojarzenia

magdalenki_01

magdalenki_02Dawno temu w szkole średniej uczyliśmy się na lekcji polskiego, że Marcel Proust wielkim pisarzem był. Napisał siedmiotomową powieść zatytułowaną “W poszukiwaniu straconego czasu”, która została uznana za arcydzieło światowej literatury. Nikt z nas nie odważył się jednak przeczytać choćby pierwszego tomu tegoż opasłego dzieła. Wszystkim chyba wystarczała informacja, że pan Proust zaczął swój powieściowy wywód od reminiscencji wywołanej przez smak magdalenki. Małego, pysznego ciastka zamoczonego w herbacie.

Osobiście jestem pozbawiona ambicji literackich, więc moje pierwsze tête-à-tête z magdalenkami zaczęłam od… kupienia silikonowej foremki do pieczenia tych ciastek. Namówiona zresztą przez Olę, która zamawiała taką formę dla siebie i swojego chłopca. Dzięki, Olu! Gdyby nie Ty, jeszcze długo nie byłabym fanką magdalenek;)

Skoro miałam foremkę, należało zatem znaleźć przepis, by plan wcielić w życie. Na ratunek przybyła mi Rachel Khoo i jej “Mała paryska kuchnia”. Przepisy z tej książki testowałam już na blogu, znajdziecie je tu: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/10/04/z-cyklu-francuska-klasyka-kulinarna-gratin-dauphinois/ i tu: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/11/10/z-cyklu-francuska-klasyka-kulinarna-kurczak-z-pieczarkami-w-sosie-z-bialego-wina/

W wersji Rachel magdalenki nadziewa się dodatkowo malinami, ja nie mając pod ręką mrożonych owoców poprzestałam na dodatku w postaci nadzienia cytrynowego. Myślę, że latem wrócę do oryginalnej wersji.

Upiekłam rzeczone magdalenki i zaczęłam mieć dziwne skojarzenia, zdecydowanie nie w stylu Prousta. Otóż z wyglądu przypominały mi… redykołki. Małe oscypki, które bacowie wręczali dzieciom jako podarki podczas redyku. To pierwsze skojarzenie.

Drugie było natomiast takie: nadziewam magdalenki kremem cytrynowym i czuję się… jak weterynarz:) Ze szprycą cukierniczą w ręku, precyzyjnie i bezlitośnie wbijając krem w jeszcze ciepłe ciasto, wyglądałam jak zwierzęcy doktor robiący zastrzyk chomikowi;) Wybaczcie te głupawe skojarzenia, ale to było silniejsze ode mnie…

W każdym razie, nieskromnie powiem, że moje pierwsze w życiu magdalenki wyszły obłędne w smaku. W środku puszyste i rozpływające się w ustach. Znakomite do popołudniowej herbaty. Magdalenki koniecznie trzeba jeść prosto z pieca, jeszcze ciepłe.

Natomiast krem cytrynowy po schłodzeniu stał się aksamitny i genialnie przełamał smak słodkich ciastek. Ciasto na magdalenki należy przygotować dzień wcześniej, niech spędzi noc w lodówce. Podobnie należy obejść się z kremem cytrynowym.

Te małe pyszne ciasteczka okazały się również niezwykle fotogeniczne, a podczas sesji towarzyszyła im Hania i jej piękne dłonie.

magdalenki_03

MAGDALENKI Z KREMEM CYTRYNOWYM

/porcja na ok. 30 szt./

3 jajka

80 g cukru (w oryginale 130 g)

200 g mąki pszennej

10 g proszku do pieczenia

skórka starta z jednej niewoskowanej, sparzonej cytryny

20 g miodu

60 ml mleka

200 g masła, roztopionego i ostudzonego

cukier puder do posypania

na krem cytrynowy:

drobno starta skórka i sok z 1 niewoskowanej, sparzonej cytryny

szczypta soli

30 g cukru (w oryginale 40 g)

50 g masła

2 żółtka

 

Jajka ubijamy z cukrem na jasną, puszystą masę. Mąkę i proszek do pieczenia wsypujemy do osobnej miski i dodajemy skórkę z cytryny. Miód łączymy z mlekiem i ostudzonym masłem, dodajemy masę jajeczną i wlewamy do miski z mąką. Mieszamy całość do uzyskania gładkiej konsystencji. Miskę przykrywamy folią i wstawiamy na noc do lodówki.

Przygotowujemy krem cytrynowy: skórkę i sok z cytryny, cukier oraz masło umieszczamy w rondelku i podgrzewamy na bardzo małym ogniu. Kiedy masa roztopi się, rondelek zdejmujemy z ognia. W osobnej misce ubijamy mikserem żółtka, a następnie łączymy ją z masą w rondelku. Całość ubijamy trzepaczką. Rondelek stawiamy na małym ogniu, cały czas ubijając (aby żółtka nie ścięły się), co powinno trwać ok. 10 minut. Po tym czasie krem powinien zgęstnieć. Gdy na jego powierzchni pojawią się bąbelki, zdejmujemy rondelek z ognia i przecieramy krem przez sitko do miski. Studzimy i umieszczamy krem w lodówce na całą noc lub przynajmniej na 1h.

Nazajutrz pieczemy magdalenki: piekarnik nagrzewamy do temperatury 190ºC. Kremem cytrynowym nadziewamy szprycę lub rękaw cukierniczy. Do foremki na magdalenki wkładamy po czubatej łyżce ciasta, pieczemy 5 minut, po czym wyłączamy piekarnik na 1 minutę. Następnie zmniejszamy temperaturę do 160ºC i pieczemy kolejne 5 minut. Magdalenki wyjmujemy z pieca, kładziemy na kratce i przekładamy je z foremki na talerz. W czasie, gdy stygną nadziewamy każdą magdalenkę kremem cytrynowym. Posypujemy cukrem pudrem i od razu podajemy. Jeszcze ciepłe smakują nieziemsko.

Smacznego:)

magdalenki_04

magdalenki_05

magdalenki_06

magdalenki_07A tu dla odmiany łapka Stasia:)

magdalenki_08

magdalenki_09


Leave a comment

Ryż basmati zapiekany z warzywami

ryz zapiekany z warzywami_01

ryz zapiekany z warzywami_02Czas na danie z wyglądu mało atrakcyjne, ale bardzo pożywne i pełne warzyw.

Większość składników tej potrawy ma niski indeks glikemiczny: ryż basmati, cukinia, bakłażan. Oznacza to, że po ich zjedzeniu poziom cukru we krwi wzrasta stosunkowo wolno, a co za tym idzie insulina nie jest “wyrzucana” przez organizm w błyskawicznym tempie. Ma to niebagatelne znaczenie w przypadku osób chorujących na cukrzycę czy stosujących dietę.

Spójrzmy na to, co jemy nie tylko z punktu widzenia czysto estetycznego czy smakowego, ale również prozdrowotnego. Dzisiejsza propozycja to ryż zapiekany z warzywami i serem feta, z dodatkiem ziół. Jeśli na Waszych parapetach rośnie w cieplarnianych warunkach bazylia czy oregano, koniecznie uskubcie kilka listków – potrawa nabierze aromatu.

W sezonie zimowym do połączenia składników używamy pasatty pomidorowej, w lecie i jesienią najlepiej użyć dojrzałych, aromatycznych pomidorów. Danie jest sycące, więc z powodzeniem może być ciepłą obiadokolacją.

ryz zapiekany z warzywami_03

RYŻ BASMATI ZAPIEKANY Z WARZYWAMI

1 torebka ryżu basmati

1 cukinia

1/2 bakłażana

1/3 opakowania sera typu feta

1 cebula

2 ząbki czosnku

oliwa

250 ml pasatty pomidorowej (przecieru pomidorowego) lub 3-4 duże pomidory

garść posiekanych świeżych ziół (bazylia, oregano) lub 1 łyżeczka ziół prowansalskich

szczypta cukru

pieprz, sól do smaku

 

Ryż gotujemy w lekko osolonej wodzie, odcedzamy i przekładamy do miseczki.

Cukinię kroimy na cienkie półplasterki, bakłażana na kawałki (po uprzednim pokrojeniu na plastry, posoleniu i spłukaniu soli po ok. 15 minutach, tak jak w tym przepisie: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/08/20/ratatouille/ ).

Cebulę i czosnek obieramy, siekamy, wrzucamy na patelnię z łyżką oliwy i podsmażamy 2-3 minuty (do zrumienienia). Dodajemy cukinię i bakłażana, podlewamy łyżką wody i dusimy ok. 10 minut pod przykryciem. Następnie dodajemy pasattę, szczyptę cukru, pieprz i sól do smaku. Chwilę podgrzewamy i dorzucamy zioła. Odstawiamy do ostudzenia.

W jednej misce łączymy ryż, mieszankę pomidorowo-warzywną i ser feta. Całość przekładamy do naczynia żaroodpornego wysmarowanego oliwą i zapiekamy ok. 15 minut w temperaturze 180ºC.

Smacznego:)

ryz zapiekany z warzywami_04

ryz zapiekany z warzywami_05

ryz zapiekany z warzywami_06

ryz zapiekany z warzywami_07

 


Leave a comment

Czas zmierzyć się z traumą z dzieciństwa, czyli muszle zapiekane ze szpinakiem, kozim serem i mozzarellą

muszle_szpinak_ser kozi_szusz pomid_01

Wiem, że nie wszyscy przepadają za szpinakiem. Zwłaszcza ci, którzy mieli wątpliwą przyjemność spotkania z nim w przedszkolu lub zerówce:) Wówczas szpinak miał zwykle postać rozgotowanej, zielonej papki, niemal bez grama soli i pieprzu.

Ale czas stanąć w twarzą w twarz z tą traumą z dzieciństwa.

Proponuję danie rodem z kuchni włoskiej, w którym pierwsze skrzypce gra dziś szpinak. Co istotne, dobrze przyprawiony, z cebulką i czosnkiem. W towarzystwie śródziemnomorskich dodatków: suszonych pomidorów, mozzarelli i twardego, długo dojrzewającego sera. Zdrowym dodatkiem jest tu kozi ser, który w ostateczności możecie zastąpić serem typu feta. Dodatkowym plusem jest czas przygotowania: w sumie zajmie Wam to maksymalnie 40 minut łącznie z czasem przeznaczonym na zapiekanie.

Przekonałam Was do szpinaku?:)

muszle_szpinak_ser kozi_szusz pomid_03MUSZLE ZAPIEKANE ZE SZPINAKIEM, KOZIM SEREM I MOZZARELLĄ
/porcja dla 2 osób/
15-18 muszli makaronowych (conciglione)
1/2 opakowania mrożonego szpinaku (liście)
1 rolada kozia (lub twarożek)
1 kula mozzarelli
3-4 suszone pomidory
3 ząbki czosnku
1 mała cebula
2-3 łyżki startego parmezanu lub grana padano
pieprz
sól
olej ryżowy

 

W osolonej wodzie gotujemy 3-4 minuty muszle makaronowe (powinny być al dente, czyli półtwarde). Odcedzamy i przekładamy na talerz, aby przestygły.

Cebulę i czosnek siekamy drobno, wrzucamy na patelnię, dodajemy olej ryżowy i podsmażamy chwilę. Następnie dodajemy na patelnię szpinak i dusimy, aż będzie miękki (ok. 15 minut).

Roladę kozią i suszone pomidory kroimy na kawałki, odkładamy do miseczki. Mozzarellę kroimy w cienkie plasterki.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC.

Przestudzony szpinak łączymy w misce z serem kozim, połową mozzarelli i pomidorami, przyprawiamy solą i pieprzem do smaku. Tak przygotowanym farszem nadziewamy muszle makaronowe. Umieszczamy muszle w naczyniu żaroodpornym (delikatnie wysmarowanym olejem ryżowym), posypujemy parmezanem/grana padano i przykrywamy pozostałymi plasterkami mozzarelli. Całość zapiekamy w temperaturze 180ºC przez ok. 15 minut.

Smacznego:)

muszle_szpinak_ser kozi_szusz pomid_05

muszle_szpinak_ser kozi_szusz pomid_04