gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


5 Comments

Kapryśny marzec i rigatoni z gorgonzolą, gruszką i tymiankiem

Kilka dni temu zapakowałam Zuzę w wózek i poszłam na zakupy połączone ze spacerem. Ubrałam się w kurtkę, czapkę i szalik, zwiedziona tym, że w nocy był lekki przymrozek, a o poranku wiał zimny wiatr. W trakcie spaceru wyszło słońce i temperatura skoczyła do jakichś 12 stopni Celsjusza. Po drodze Zuzka zasnęła, a ja wróciłam do domu ledwo żywa. Z czapką i szalikiem wciśniętym w kieszenie kurtki. Zgrzana i zła. I pomyślałam: Stasiuk znowu miał rację. Pod naszą szerokością geograficzną żyjemy na meteorologicznej huśtawce.

 

I znowu jest marzec. Znowu spływają śniegi, wieje mokry wiatr, duszę wypełnia poczucie daremności. Spod białego i okrągłego wyłazi bure i zgniłe, a wokół tylko monotonny horror przyrody, z którego nie płynie żadna nauka prócz tej, że ze swoją linearną i progresywną wizją egzystencji nie jesteśmy żadną koroną stworzenia, tylko smutną aberracją.

(…)

To jest środkowoeuropejski spleen czterech pór roku, gdy zimne bez przerwy zamienia się w ciepłe, mokre w suche, a jasne w zachmurzone, a potem odwrotnie i tak do samej śmierci, bez żadnej nadziei na odmianę. To jest smutek Słowiańszczyzny, gdzie gdy coś się zaczyna, to zaraz się kończy albo zmienia we własne przeciwieństwo i żadna ostateczność nie jest ostateczna.

(…)

Trzy dni temu było plus piętnaście stopni, a dzisiaj jest minus siedem. Powinniśmy być traktowani jak trochę niepełnosprawni, powinniśmy być częściowo zwolnieni od jakichś podatków albo ktoś powinien fundować nam sanatoria.

(…)

Żeby w ogóle przetrwać, powinniśmy porzucić nasze strony i udać się na poszukiwanie meteorologicznej ziemi obiecanej. Niestety, wszystkie przyzwoite krainy są już zajęte. Dlatego zostaniemy na miejscu i będziemy działać na nerwy bardziej zrównoważonym sąsiadom. Słowiańska histeria, węgierska depresja i rumuńska paranoja to nasze specjalności, to nasze znaki rozpoznawcze i powinniśmy je opatentować. Ba, powinniśmy te stany eksportować do jakichś zrównoważonych i znudzonych krajów, tak jak eksportuje się kokainę, heroinę i amfetaminę.

 

Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

RIGATONI Z GORGONZOLĄ, GRUSZKĄ I TYMIANKIEM

/porcja dla 4 osób/

1 opakowanie makaronu rigatoni (użyłam Barilla)

1 średnia gruszka

250 g sera gorgonzola

2 łyżki jogurtu greckiego

30 g masła

50 ml mleka

1 łyżeczka otartego tymianku

garść łuskanych ziaren słonecznika

 

Gruszkę obieramy, pozbawiamy gniazda nasiennego i kroimy w kostkę. Słonecznik prażymy na suchej patelni do momentu, aż się zezłoci.

Makaron gotujemy al dente w osolonej wodzie. W międzyczasie przygotowujemy sos. W rondelku o grubym dnie rozpuszczamy masło (na małym ogniu), dodajemy gorgonzolę, jogurt i mleko. Mieszamy całość do całkowitego rozpuszczenia i połączenia składników, na koniec dodajemy tymianek i gruszkę.

Ugotowany makaron odcedzamy, polewamy sosem i posypujemy słonecznikiem.

Smacznego:)

Advertisements


Leave a comment

Indyk na diecie, czyli pieczone kotleciki z indyka w sosie porowym

Na naszym stole i w gazetowniku rośnie coraz większa kolekcja czasopism nt. pielęgnacji i wychowania dzieci. Na rynku jest ich sporo, tylko brać i czytać. Zwykle, gdy wsiadam do pociągu i jadę do pracy, wyciągam książkę lub gazetę i zaczynam czytać. Po trzydziestu minutach jestem w Warszawie, a w głowie mam niedokończoną fabułę lub kilka dobrych rad. O tym jak istotne są rytuały w życiu  niemowląt i małych dzieci, o AZS i emolientach czy prawidłowym zbilansowaniu diety malucha.

Jakiś czas temu uśmiałam się czytając w jednym z takich pism porady nt. powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim. Autorka artykułu przekonywała, że prócz czysto pragmatycznych korzyści (dodatkowa pensja pracującej młodej mamy, możliwość oderwania się od pieluch, dbanie o siebie, bo trzeba wyjść do ludzi), są też korzyści emocjonalne z powrotu do pracy. Bo wracamy stęsknione do domu, a tam czeka równie stęsknione nasze dziecko. Bo mamy nowe pomysły i energię, by bawić się z maluchem, w mig zapominając o stresach zawodowych.

Czytałam te odkrywcze zdania i pomyślałam, że pani redaktor musi być niepoprawną optymistką albo sama miała idealne warunki jako matka. I zaczęłam wyliczać obowiązki, które czekają na mnie tego dnia po powrocie z pracy: ugotowanie obiadu, nastawienie i rozwieszenie prania (w tym ostatnim dzielnie pomaga mi Zuzka), rozładowanie zmywarki, odebranie zamówionej karmy dla psa i dziesiątki drobniejszych powinności. Lista obowiązków wydłużyła się, a doba jakby… skurczyła;) Choć muszę redaktorce przyznać rację w jednym: nawet, gdy wracam do domu zmęczona, to uśmiech Zuzy sprawia, że zmęczenie schodzi na dalszy plan. Bo ta mała istotka daje potężny zastrzyk szczęścia i poczucia sensu:)

Od kiedy nasza mała dziewczynka jest z nami, staram się gotować nieskomplikowane potrawy. Taka jest też dzisiejsza propozycja: dietetyczne mięso z indyka z warzywami. Z piekarnika, bez tłuszczu. Myślę, że przypadnie do gustu nie tylko dbającym o linię. Jeśli nie jesteście na diecie, zróbcie do mięsa sos porowy.

PIECZONE KOTLECIKI Z INDYKA Z WARZYWAMI W SOSIE POROWYM

/porcja dla 4 osób/

na kotleciki:

500 g mielonego mięsa z indyka

1 średnia marchew

1 duża cebula

1 por (tylko biała część)

1/2 pęczka natki pietruszki

1 jajko

1/4 łyżeczki papryki ostrej

pieprz, sól

na sos:

1 duży por (tylko biała część)

śmietanka 30%

1 łyżka tymianku

szczypta soli

świeżo mielony pieprz kolorowy

olej rzepakowy

 

Marchew ścieramy na tarce o dużych oczkach. Cebulę i pora kroimy w kosteczkę. Natkę drobno siekamy.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC.

Mięso przekładamy do dużej miski, dodajemy warzywa, wbijamy jajko. Doprawiamy do smaku papryką i pozostałymi przyprawami, łączymy całość i szybko formujemy kulki, które układamy na blasze piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia. Kotleciki pieczemy przez ok. 30 minut w temperaturze 180ºC.

Przygotowujemy sos: pora kroimy w cienkie półplasterki i wrzucamy wraz z tymiankiem na rozgrzaną patelnię z łyżką oleju rzepakowego. Dodajemy szczyptę soli i smażymy ok. 5-6 minut do zezłocenia się pora. Następnie lekko studzimy pora i dodajemy śmietankę podgrzewając całość na małym ogniu. Doprawiamy do smaku świeżo mielonym pieprzem.

Upieczone kotleciki podajemy z sosem oraz ulubioną kaszą i surówką.

Smacznego:)


2 Comments

Na Święta. Domowa pieczeń z piersi indyka z orzeszkami piniowymi, szynką parmeńską i tymiankiem

dsc_0954

(…) odżywianie to zaopatrywanie organizmu w niezbędne składniki odżywcze, których potrzebuje każda komórka, aby mogła żyć, pracować i regenerować się. To podstawa zdrowia, bo zbudowani jesteśmy z 80-100 mld takich żywych cegiełek. To ich stan decyduje o stanie zdrowia. (…) problemy ze zdrowiem zaczynają się na poziomie komórek. Tymczasem badania porównawcze żywności z roku 1908 i z 1978 pokazały, że ilość składników odżywczych zmniejszyła się w ciągu tych lat 0 40-70%. Dlaczego? Używamy nawozów sztucznych, herbicydów, chemii na każdym etapie produkcji, przyspieszamy dojrzewanie owoców, konserwujemy je, prowadzimy ekstremalne hodowle. To wszystko sprawia, że jemy pokarmy, które nie zawierają niezbędnych składników w odpowiednich ilościach i proporcjach, zaburzają procesy metaboliczne oraz równowagę organizmu. *)

Nie przepadam za wędlinami ze sklepu. Zwykle są dla mnie za słone i podejrzanie różowe. Są pompowane wodą, barwnikami, konserwantami i glutaminianem sodu. A to dopiero początek długiej listy niekorzystnych dla zdrowia dodatków.

Dlatego zwykle raz na dwa tygodnie piekę mięso, które sama doprawiam lub faszeruję. Spory filet z piersi indyka pochodzący z pewnego źródła, do tego oliwa, garść ziół i przypraw mogą zadowolić chyba każdego mięsożercę. Ostatnio nie mam czasu na faszerowanie mięsa, dlatego zazwyczaj przygotowuję nieskomplikowaną marynatę. Składa się z oliwy/oleju rzepakowego, musztardy, miodu i sporej ilości suszonych ziół typu rozmaryn, tymianek, oregano. Mięso ląduje na godzinę w piekarniku i w ten sposób po upieczeniu mamy soczystą pieczeń do sałat i kanapek na cały tydzień.

Jednak gdy nadchodzą Święta, staram się przygotować coś ekstra. Coś odświętnego. W ten sposób powstał dzisiejszy przepis. Filet z piersi indyka faszerowany orzeszkami piniowymi, szynką parmeńską i tymiankiem. Odświętnie może też znaczyć zdrowo:)

*) wywiad z dr Grażyną Pająk, dietetyczką, naturoterapetką, endoekolog w nr 3 (2021) “Zwierciadła”, marzec 2015

dsc_0944

DOMOWA PIECZEŃ Z PIERSI INDYKA Z ORZESZKAMI PINIOWYMI, SZYNKĄ PARMEŃSKĄ I TYMIANKIEM

1 filet z piersi indyka (ok. 1 kg)

1/3 szklanki orzeszków piniowych

3-4 plastry szynki parmeńskiej

1 ząbek czosnku

1 łyżka tymianku

2 łyżki natki pietruszki

1 mała kromka chleba lub 1/2 kajzerki

1/2 szklanki mleka

1 jajko

sól, pieprz

1/2 szklanki oleju rzepakowego

1/2 szklanki białego wytrawnego wina

1/2 szklanki wody

nić lub dratwa do związania pieczeni (opcjonalnie rękaw do pieczenia mięsa)

 

Indyka wyjemy, sprawiamy i rozbijamy tłuczkiem na płasko (tak, by można było go następnie zrolować). Mięso nacieramy solą i oprószamy pieprzem. Pieczywo namaczamy przez 10 minut w mleku, następnie odsączamy.

Przygotowujemy farsz: czosnek rozgniatamy, wrzucamy do miski, dodajemy tymianek, drobno posiekaną natkę pietruszki, pieczywo i rozkłócone jajko. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Całość dokładnie mieszamy do połączenia składników.

Na środku indyka rozsmarowujemy farsz, na którym kładziemy plastry szynki i orzeszki pini. Mięso szczelnie zwijamy w roladę i związujemy nicią.

Tak przygotowane mięso wkładamy do naczynia żaroodpornego, podlewamy 1/2 szklanki wody, 1/2 szklanki wina i 1/2 szklanki oleju.

Pieczemy ok. 75 minut w piekarniku rozgrzanym do 220ºC. Co kwadrans polewamy mięso płynem znajdującym się w naczyniu, w którym pieczemy indyka (dzięki temu będzie soczysty po upieczeniu). Pieczeń możemy również upiec w rękawie do pieczenia mięsa, wówczas temperaturę zmniejszamy do 200ºC i pieczemy ok. 55-60 minut.

Smacznego:)


2 Comments

Nie tylko dla gości, czyli wytrawna tarta z kozim serem

dsc_4677

Wytrawna tarta to świetny pomysł na niebanalny obiad, zwłaszcza wówczas, gdy spodziewamy się gości. Kruchy spód możemy przygotować w wersji klasycznej, ale możemy też zaszaleć z dodatkami: wzbogacając kruche ciasto aromatycznymi ziołami lub różnymi rodzajami sera. Jeśli goście nie jadają mięsa, to wybór wegetariańskich dodatków jest ogromny: do farszu dodajemy warzywa, suszone pomidory, sery. Na to obowiązkowo masa jajeczna, chwila pieczenia i mamy pyszny i efektowny obiad.

A jeśli po wizycie zostanie Wam trochę tarty, to z powodzeniem możecie ją zjeść na śniadanie (odgrzewając ją na suchej teflonowej patelni na małym ogniu) albo zabrać na piknik (wersja na zimno, choć raczej nie o tej porze roku:)). Tak czy siak, zachęcam Was do eksperymentowania.

dsc_4687

WYTRAWNA TARTA Z KOZIM SEREM, SUSZONYMI POMIDORAMI I CUKINIĄ

na kruche ciasto:

175 g mąki pszennej

½ kostki zimnego masła

25 g startego sera grana padano

3 łyżki wody

gałązka świeżego tymianku lub 2 łyżki suszonego

¼ łyżeczki soli himalajskiej

na farsz:

7-8 suszonych pomidorów w oleju

1 opakowanie sera feta

1 małe opakowanie rolady koziej

1 mała cukinia

1 mała cebula

2 ząbki czosnku

tymianek otarty z 1/2 gałązki lub 1 łyżeczka suszonego tymianku

2 średnie jajka

200 ml śmietany 18%

100 ml jogurtu greckiego typu light

sól i pieprz

oliwa

 

Mąkę i sól przesiewamy na stolnicę, dodajemy masło, starty ser, suszony tymianek i wodę. Zagniatamy ciasto, owijamy w folię spożywczą i odkładamy do lodówki na 1h.

Cebulę drobno siekamy, cukinię kroimy w półplasterki i podsmażamy je na oliwie 5-6 minut (aby cukinia pozostała jędrna).

W misce ubijamy jajka ze śmietaną, jogurtem greckim i posiekanym drobno czosnkiem. Przyprawiamy do smaku pieprzem (nie solimy, gdyż feta jest wystarczająco słona). Odstawiamy.

Ciasto wyjmujemy z lodówki, formę do pieczenia smarujemy odrobiną masła i wykładamy na nią ciasto. Widelcem nakłuwamy ciasto, które następnie wkładamy do piekarnika rozgrzanego do temperatury 190ºC. Pieczemy ok. 15 minut, aż nabierze złocistej barwy. Studzimy na kuchennej kratce.

W międzyczasie pomidory kroimy w paseczki, fetę rozdrabniamy i łączymy z roladą kozią. Sery wraz z pomidorami i podsmażoną cukinią przekładamy do miski. Dodajemy tymianek i pieprz do smaku.

Na podpieczony spód tarty układamy mieszankę serów, cukinii i pomidorów. Całość zalewamy masą jajeczną i wstawiamy na ok. 25-30 minut do piekarnika nagrzanego go temperatury 190ºC, aż farsz się zetnie i będzie złocisty.

Smacznego:)

dsc_4694


Leave a comment

Francuski rarytas, czyli domowy konfitowany czosnek

dsc_6278

Czosnkowy rarytas??? Z naszego zwykłego, pospolitego czosnku? Otóż tak, czosnek konserwowany w oliwie uchodzi we Francji za rarytas. U nas też może, czemu nie? Ale zacznijmy od początku.

dsc_6288

Lekcja 1. Wprowadzenie.

Czosnek pochodzi z Azji Centralnej. Około 5 tys. lat temu ludzkość zaczęła go uprawiać.

Pod względem uprawy występują dwie odmiany czosnku: jare (wiosenne) i ozime (zimowe). Te ostatnie mają m.in. następujące nazwy: Arkus, Harnaś, Huzar, Orlik, Zawrat.  Jare to Jarus i Cyryl.

Lekcja 2. Właściwości zdrowotne.

Czosnek często jest nazywany naturalnym antybiotykiem. Nie bez kozery, bowiem ma nadzwyczajne właściwości lecznicze. Działa bakteriobójczo, ma dobroczynny wpływ na układ pokarmowy, obniża ciśnienie krwi i działa przeciwmiażdżycowo. Czosnek to źródło prozdrowotnych pierwiastków, takich jak potas, magnez, wapń, żelazo, a zawartość selenu i manganu powoduje, że spożywanie czosnku przyczynia się do profilaktyki antynowotworowej. Najzdrowszy jest surowy, bo wówczas nie traci wszystkich swoich właściwości.

Lekcja 3. Chińska podróbka.

W sprzedaży można często spotkać czosnek z Chin. Nie kupujmy go, ponieważ jest uprawiany przy pomocy antybiotyków i chemii, często zawiera grzyby i pleśnie, nierzadko jest genetycznie modyfikowany. Jak rozpoznać czosnek made in China? Jest znacznie tańszy od polskiego. Jest też dużo większy od rodzimych odmian, ma mniej intensywny zapach i słodkawy smak, jest mało aromatyczny. Gdy długo leży nie usycha, lecz gnije i pleśnieje. Konsumpcja chińskiego czosnku może prowadzić m.in. do alergii i grzybic.

Lekcja 4. Zajęcia praktyczne.

Otwieramy zeszyciki i zapisujemy przepis na konfitowany czosnek. Po jego upieczeniu możemy dodawać go do makaronu (świetny z chilli, natką pietruszki i oliwą), kanapek (jako składnik past do chleba), sosów sałatkowych, czy do śledzi (jako zalewa).

dsc_6283

KONFITOWANY CZOSNEK

/na podstawie http://www.palcelizac.gazeta.pl/

4 główki polskiego czosnku

1 szklanka oliwy dobrej jakości

3/4 łyżeczki soli

5-6 ziarenek pieprzu kolorowego

2 gałązki świeżego tymianku lub 1,5 łyżki suszonego

liść laurowy

 

Czosnek obieramy z łupinek. Piekarnik nagrzewamy do temperatury 150°C. Wszystkie składniki wkładamy do żaroodpornego naczynia, tak aby czosnek był pokryty oliwą. Przykrywamy naczynie folią aluminiową i pieczemy, aż czosnek ładnie się przyrumieni (około 45-50 minut). Wyjmujemy, studzimy, przekładamy do słoika. Na powierzchni oliwy układamy wycięte z folii kuchennej kółeczka, szczelnie zamykamy słoiki. Przechowujemy w lodówce do 2 tygodni.

Smacznego:)

dsc_6289

dsc_6287


Leave a comment

Z cyklu leniwe weekendowe śniadania: diabelskie jaja

deviled eggs_j_01

Matka zastawia stół wstrząsającą liczbą talerzy, talerzyków, słoików, słoiczków, koszem z pieczywem i drugim – z owocami. Jest nabiał w wielu odsłonach, od twarożku i twardej goudy, przez pleśniowe brie i ostrego rokpola, po oscypka i coś zielonego (ser bazyliowy?); są konfitury z malin, wiśnie w syropie, przecier z jabłek, miód lipowy i inny jeszcze, niemal czarny (gryczany?, spadziowy?); są jaja na twardo, obok nich specjalne kieliszki na wysokich nóżkach, podobne do zwariowanych muchomorów z kapeluszami wywróconymi na nice.*

Do takiego obrazka dołóżmy coś na ciepło, np. omleta, jajka zapiekane z suszonymi pomidorami lub jajecznicę: tak mniej więcej wygląda nasz góralski stół w sobotnie i niedzielne poranki. Od kilku tygodni w weekendy nie pojawiają się bardziej czasochłonne dania z jajami w roli głównej typu szakszuka, ponieważ okoliczności rodzinne nie bardzo nam pozwalają. Czytaj: nasza mała Zuzka nie pozwala nam zbyt długo celebrować śniadania, bowiem domaga się uwagi. Czytaj: noszenia na rękach.

Jednak jajka pod jakąkolwiek mniej skomplikowaną postacią w weekend MUSZĄ być. Co i rusz wymyślam jakieś danie lub eksploruję książkę Jodi Liano “Eggs” (pisałam o niej tutaj: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/08/10/moje-nowe-zdobycze-ksiazkowe-i-panini-z-jajkami-wedlina-serem-brie-i-rukola/ ).

I na stole lądują proste jajeczne potrawy. Takie jak dzisiejsza propozycja: diabelskie jaja. Ich nazwa wzięła się niewątpliwie z zawartości pieprzu cayenne, którego w tym przypadku nie należy żałować przygotowując nadzienie.

Jako jajeczny adwokat diabła, zapraszam Was na śniadanie;)

* Ignacy Karpowicz “Ości”, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2013

deviled eggs_02

DIABELSKIE JAJA

/porcja dla 4 osób. Na podstawie książki Eggs Jodi Liano/

8 jajek

1/4 szklanki majonezu

1 łyżeczka musztardy francuskiej (pełnoziarnistej)

1 szalotka, drobno posiekana

1 średni ogórek kiszony, drobno posiekany (w oryginale 5 korniszonków)

1/2 łyżeczki pieprzu cayenne

1,5 łyżeczki tymianku (w oryginale świeżego)

sól himalajska do smaku

 

Jaja gotujemy na twardo. Po ugotowaniu przelewamy je zimną wodą, a następnie obieramy ze skorupki. Te czynności zwykle przygotowuję dzień wcześniej wieczorem i wkładam jajka na noc do lodówki.

Jajka kroimy na pół i wydrążamy żółtka, które umieszczamy w miseczce i rozdrabniamy widelcem. Do miseczki dodajemy szalotkę, ogórki, łyżeczkę tymianku, pieprz kajeński, a następnie majonez i musztardę. Mieszamy wszystkie składniki, aż się dokładnie połączą. Solimy do smaku. Masę nakładamy na łyżeczkę i umieszczamy w połówkach jajek, posypujemy pozostałym tymiankiem i przekładamy na talerz. Wielbiciele ekstremalnie ostrych potraw mogą posypać jajka dodatkową szczyptą pieprzu cayenne;)

Smacznego:)

deviled eggs_j_03


Leave a comment

Z cyklu: leniwe weekendowe śniadania, czyli omlet z kurkami, rukolą i prażonymi pestkami dyni

omlet_kurki_rukola_01

Kapryśna pogoda i przenikliwy chłód o poranku powoli przegania nas w weekendy z tarasu do jadalni. Możemy co prawda opatulić się w polarowe koce, a na stopy naciągnąć grube skarpety, ale taki strój raczej nie byłby wygodny przy stole, gdy trzeba kroić, smarować i konsumować. Okolicznym sikorkom, srokom  i sójkom nie przeszkadza jednak poranny chłód i nadal przylatują się kąpać w ogromnej podstawce pod kwiaty wypełnionej wodą.

Sezon na kurki nadal trwa. Tym razem wykorzystałam je w śniadaniowym przepisie. Kurki podsmażamy z cebulką i dodajemy odrobinę posiekanego, świeżego tymianku lub inne ulubione zioła. Aby zaoszczędzić cennego porannego czasu, warto przygotować kurki dzień wcześniej. Ja wykorzystałam te, które zostały mi z risotta z poprzedniego dnia (nie zużyłam wszystkich). Całość dopełniają zielone listki rukoli i zrumienione pestki dyni. Ach, te weekendy…;)

omlet_kurki_rukola_02

OMLET Z KURKAMI, RUKOLĄ I PRAŻONYMI PESTKAMI DYNI

/porcja dla 2 osób/

4 jajka

garść kurek, umytych i oczyszczonych

1/2 małej cebuli

1/2 łyżeczki świeżego lub suszonego tymianku

garść rukoli

garść pestek dyni

pieprz

sól

łyżka oliwy

łyżeczka masła

 

Kurki i cebulę siekamy drobno, podsmażamy na oliwie, odstawiamy na bok. Pestki dyni podprażamy na suchej patelni.

Jajka rozbijamy i rozkłócamy w garnuszku z dodatkiem pieprzu i soli oraz drobno posiekanego tymianku. Dodajemy kurki z cebulką, mieszamy całość. Na patelni rozgrzewamy masło i wlewamy masę jajeczno-kurkową. Smażymy do ścięcia się jajek.

Omlet dzielimy na pół, przekładamy na talerze, posypujemy rukolą i pestkami dyni.

Smacznego:)

omlet_kurki_rukola_03omlet_kurki_rukola_04