gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

O dobrym i złym jedzeniu słów kilka. Muszle lumaconi z jarmużem i ricottą w pomidorowym sosie

 

Moja ostatnia wyprawa na zakupy spożywcze nie była już tak beztroska, jak do tej pory. Jestem świeżo po lekturze książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak. A wnioski płynące z tej lektury są raczej niewesołe. Ale zacznijmy od początku.

Od kiedy przeszłam na swoje (czyli od czasów studiów), zawsze czytałam etykiety na produktach. Z początku głównie daty przydatności do spożycia, z czasem coraz więcej: skąd pochodzi dane jedzenie i przede wszystkim jaki ma skład dany produkt. Bycie świadomym konsumentem to również trochę dłuższy czas poświęcony na robienie zakupów, ale nadal jestem przekonana, że warto to robić.  Do tej pory nieco czytałam o przemysłowej produkcji żywności i przyznam, że niektóre praktyki producentów przyprawiały mnie o ciarki na plecach. Gdy skończyłam O dobrym jedzeniu… nabrałam ochoty, by zostać wegetarianką i żywić się jedynie tym, co sama wyhoduję we własnym ogródku (jeśli go w końcu założę).

Jadamy mięso. Okazuje się, że jeśli chcemy kupić drób lub wieprzowinę, które nie są hodowane w sposób przemysłowy, czyli faszerowane hormonami wzrostu, powinniśmy zaopatrywać  się u sprzedawców, którzy kupują mięso bezpośrednio z małych ubojni, a te skupują zwierzęta od hodowców prowadzących gospodarstwa ekologiczne. Przy przemysłowym, pędzonym antybiotykami indyku z ośmiu kilo tuszy wydobędziemy z sześć i pół czystego mięsa (….). Z ekologicznego trzy kilo to świat i ludzie. Jemu masa nie przyrasta jak brojlerom: napędzisz i jazda! A ilu klientów jest w stanie zapłacić za prawdziwie ekologiczny produkt? To zaledwie 2-3% wszystkich mięsożernych klientów… Michalak konstatuje, że zatem może lepiej kupić raz na jakiś czas ekologiczny, czysty produkt (choć kilkakrotnie droższy) niż zjadać niemal codziennie mięso pędzone w sposób przemysłowy, niekorzystny dla naszego zdrowia.

No dobrze, skoro nie mięso, to może ryby? Weźmy te morskie. Wiele gatunków ryb jest zagrożonych wyginięciem (jak chociażby tuńczyk błękitnopłetwy czy okoń nilowy), a na nasze stoły w centralnej Polsce świeża ryba trafia dopiero po kilku dniach (zatem już nie jest świeża…). Czyste mięso mają niestety tylko ryby dziko żyjące lub te z ekologicznych hodowli, które nota bene można policzyć na palcach jednej ręki. Z morskich ryb nawet moje ulubione dorsze są coraz słabsze i mniejsze. Ponoć zasoby ich pożywienia bardzo uszczuplają paszowce, czyli norweskie statki, które poławiają mniejsze rybki na paszę dla łososi norweskich i innych zwierząt fermowych. (…) Odławia się wszystko, jak leci, a inspektorzy nie mogą nawet wejść na pokład jednostek, które zgłaszają do portu, że mają ryby na paszę. WWF Polska alarmuje, że co 20 minut na świecie wymiera jeden gatunek ryby, a aż 30 proc. stworzeń, w tym morskich, jest zagrożonych wyginięciem. W Bałtyku tylko 3 na 10 poławianych komercyjnie gatunków znajduje się na stabilnym poziomie – mimo to połowy wszystkich dziesięciu są kontynuowane.

Nie od dziś wiadomo, że łososie hodowlane również są faszerowane antybiotykami i hormonami, a także mączką rybną. A może warto kupować pstrągi w supermarketach? No cóż… W przemysłowych hodowlach te ryby całe swoje krótkie i smutne życie spędzają w sztucznych zbiornikach wodnych. W ekstensywnych hodowlach skraca się życie ryby do dziewięciu-jedenastu miesięcy, sztucznie wywołuje cykl  rozrodczy. Potem się rybę przekarmia, ledwo ma miejsce, żeby się poruszyć, podobnie jak kurczaki na fermach brojlerów. (…) Taka hodowla w całości odbywa się w kontenerach i betonowych stawach, ryby nie widzą w ogóle świata, tylko karmiarki przejeżdżające nad kontenerem i równo sypiące karmę z antybiotykami i hormonami, od których zwierzęta puchną.

Czytam i jestem coraz bardziej przygnębiona.

OK. Skoro nie mięso i nie rybie mięso, to może przerzućmy się wyłącznie na warzywa i owoce? Tu sytuacja również nie wygląda najlepiej. Wiadomo, że warzywa i owoce (zwłaszcza te egzotyczne) trafiają do Polski jeszcze nie w pełni dojrzałe. Swoją zdatność do konsumpcji osiągają dopiero w dojrzewalniach, w których stwarza się im sztuczne, choć zbliżone do naturalnych warunki. Pisałam o tym tutaj, na przykładzie pomarańczy: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/02/05/o-uprawie-organicznych-pomaranczy-a-na-deser-ciasto-jogurtowo-pomaranczowe/ I nie wierzcie w bzdurne reklamy, które przekonują, że świeże i dojrzałe owoce i warzywa trafiają do nas prosto z krzaczka lub drzewa… A my przyzwyczajani do smaku dyskontowych pomidorów, jabłek czy śliwek powoli zapominamy ich prawdziwą, nie plastikową słodycz, smak i zapach. Bo supermarkety nie chcą karmić ludzi smacznymi produktami, lecz tym, że ważniejsze są dla nich inne cechy niż smak, na przykład wytrzymałość. Dlatego wymuszają selektywną uprawę ze względu na konkretne właściwości. To, że na przykład sklepowe pomidory często bywają niesmaczne, jest głównie kwestią odmiany, bo w tej produkcji nacisk kładzie się na plenność i odporność na  choroby czy wytrzymałość w transporcie.

Lecz z drugiej strony krytykowana produkcja wysokoobszarowa warzyw i owoców podlega rygorystycznej kontroli: te produkty są kontrolowane na obecność pozostałości pestycydów i zawartość azotanów i azotynów. A na targach i bazarkach handlują bardzo różni producenci, którzy mogą sprzedawać coś nie najlepszej jakości nie ze złej woli, lecz z nieświadomości. (…) a im mniejszy obszar mają pod opieką, tym łatwiej o brzemienną w skutkach pomyłkę. Jeśli masz nawóz, w którym substancji aktywnej potrzeba trzydziestu mililitrów na hektar, to jeśli rolnik ma do dyspozycji malutkie pole, bardzo łatwo pomylić się przy dozowaniu takich mikroskopijnych ilości. Dziesięciokrotnie przekroczyć dawkę to żaden problem, wystarczy dać dwie krople więcej. Nieświadomy niczego konsument w żaden sposób tego nie zweryfikuje.

Jak widzicie, lektura tej książki jest nie tylko pouczająca, ale również przygnębiająca. Oczywiście przede wszystkim jest to książka o tytułowym dobrym  jedzeniu, nie zepsutym niecnymi praktykami przemysłu nastawionego głównie na szybki zysk. Ale ja celowo wybrałam te fragmenty, które traktują o “psuciu” jedzenia przez wytwórców. Przyznam, że dzięki lekturze sporo się dowiedziałam  o mechanizmach rządzących tym rynkiem i jestem coraz bardziej świadomym konsumentem. Myślę, że czasem warto zastanowić się przez rutynowym wrzuceniem do koszyka produktu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni od lat. Może warto zwłaszcza wówczas, gdy mamy rodzinę, małe dzieci, którym pragniemy zapewnić to, co najlepsze, włącznie z jedzeniem. W tym kontekście stara zasada mówiąca o tym, że nie należy jeść, a należy się odżywiać nabiera zupełnie nowej perspektywy. A każda zmiana zaczyna się od refleksji. Za nią idzie działanie.

Na koniec zdradzę Wam tylko, że postanowiłam już jakiś czas temu rozpocząć własną ekologiczną parapetową uprawę. Pod kuchennym oknem rosną już kiełki, zioła, szczypiorek i natka pietruszki. W maleńkich doniczkach kiełkują z nasion cukinie. Lada chwila przepikujemy je do gleby. Tylko wyrychtujemy mini ogródek warzywny pod płotem:)

A dziś zostawiam Was z przepisem na makaron z warzywno-serowym nadzieniem. Smacznego. Mimo wszystko.

[Wszystkie cytaty, oprócz fragmentu dot. WWF Polska, pochodzą z książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017]

MUSZLE LUMACONI Z JARMUŻEM I RICOTTĄ W POMIDOROWYM SOSIE

/porcja dla 4 głodnych osób/

1 opakowanie makaronu lumaconi lub conciglioni

1 opakowanie jarmużu (200g)

2 opakowania ricotty (400 g)

1 opakowanie tartej mozzarelli

300 ml pasatty pomidorowej

4 ząbki czosnku

3 średnie cebule (użyłam czerwonych)

1/2 szklanki startego sera grana padano lub innego twardego długo dojrzewającego

2-3 gałązki pomidorków koktajlowych

2 łyżki oregano

olej rzepakowy do smażenia

sól, pieprz do smaku

 

Muszle gotujemy we wrzącej osolonej  wodzie przez ok. 4 minuty (muszą pozostać lekko twarde). Odcedzamy i rozkładamy na talerzu wyłożonym czystą ściereczką.

Jarmuż myjemy i usuwamy twarde łodyżki. Cebulę kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na rozgrzanym oleju przez ok. 5 minut, dodajemy jarmuż i dusimy na średnim ogniu pod przykryciem aż jarmuż zwiędnie i stanie się jasnozielony. Studzimy i przekładamy do miski, do której dodajemy ricottę i grana padano, mieszamy.

Czosnek przeciskamy przez wyciskarkę  do czosnku. Na patelnię wlewamy łyżeczkę oleju, dodajemy oregano i czosnek, wlewamy pasattę i doprawiamy pieprzem i solą. Dusimy na wolnym ogniu przez kwadrans.

Na dnie naczynia żaroodpornego wykładamy przestudzoną pasattę. Muszle nadziewamy mieszanką jarmużu i serów. Posypujemy mozzarellą, na wierzchu kładziemy gałązki pomidorków koktailowych.

Muszle zapiekamy przez ok. 20 minut w temperaturze 180ºC.

Smacznego:


Leave a comment

Pulpety z fasoli w warzywnym sosie i nieco spóźniona recenzja książki

dsc_7442

Miała swoją premierę jesienią 2016 roku, a ja dostałam ją w prezencie na gwiazdkę.

Mowa o Na zdrowie, najnowszej książce Elizy Mórawskiej, czyli Liski – autorki bloga White Plate. Przyznam, że mam wszystkie jej dotychczasowe książki kulinarne i choć nie wszystkie eksploatuję w równym stopniu, to lubię je czasem przeglądać. Ostatnio tylko wtedy, gdy Zuza śpi, a ja ogarnę najpotrzebniejsze sprawy w naszym domu. Lubię niespiesznie kartkować książki napisane przez Liskę, bo są autentyczne, z nieprzekombinowanymi przepisami i z charakterystycznymi zdjęciami. Te zdjęcia są nieprzestylizowane i chyba takie, jak ich autorka: naturalne.

Wizualnie Na zdrowie zachwyca. Książka jest wydrukowana z najwyższą starannością: gruby, matowy papier, porządne szycie, kapitałka z lnu i zakładka-wstążka, które tak lubię w książkach. Wydawnictwo podzielono na rozdziały: “Praktyczne rady”, “Mniej typowe urządzenia kuchenne, które być może ci się spodobają”, “Spiżarnia”, “Moje śniadania”, “Lekkie obiady”, “Gotowanie dla alergika”, “Desery”.

Autorka niczego nie narzuca, nie wygłasza tyrad typu “jedz tak, jak ja i moja rodzina, a będziesz cieszył się zdrowiem”. Przecież nikt tego nie lubi. Przeciwnie, Mórawska pokazuje i pisze o przykładach ze swojego życia: jakie odżywianie zdecydowanie jej nie służyło i co zmieniła, by zwyczajnie poczuć się lepiej. I żyć zdrowiej. Dla mnie jest uosobieniem osoby żyjącej według filozofii Slow life. I gotującej slow food:) I to chyba najlepszy sposób na to, by inni spróbowali podążyć tym śladem i choć odrobinę postarać się zmienić sposób przygotowywania posiłków. A wierzcie mi, nawet w tak bardzo zabieganych czasach, jak nasze, jest to możliwe.

W książce znajdziemy pomysły na niebanalne sałatki (świetne do zabrania do pracy), pyszne hummusy, pożywne zupy czy nawet tak proste, lecz pyszne dania jak leczo czy faszerowane warzywa. Bardzo dobrym pomysłem jest rozdział o gotowaniu dla alergika. Jestem pewna, że nie tylko zrozpaczone matki będą z niego korzystać. Znajdziemy w nim np. przepis na pizzę na bezglutenowym spodzie, różne rodzaje mięsnych dań czy wariacji nt. potraw warzywnych.

Książka jest pełna pięknych zdjęć, które zachęcają do samodzielnego zdrowego gotowania. Są tutaj też zdjęcia Liski krzątającej się wokół kuchennego stołu inie tylko. Bije z nich spokój i pogoda ducha. No i last but not least: już wiemy jak wygląda Pan Inżynier;)

Dzisiaj na tapecie z tejże książki przedstawiam Wam przepis na wegetariańskie pulpety. Kiedy przeczytałam, że to pyszne pulpety, które nie udają mięsnych, bo są po prostu tak smaczne, że mogą po prostu być pulpetami z fasoli i duszonych grzybów, natychmiast zapragnęłam je zrobić. I nie zawiodłam się:)

dsc_7449

PULPETY Z FASOLI I PIECZAREK W WARZYWNYM SOSIE wg książki Na zdrowie Elizy Mórawskiej, z moimi niewielkimi modyfikacjami

/porcja dla 4-5 osób/

na pulpety:

400 g ugotowanej białej fasoli

300 g pieczarek, pokrojonych w plasterki

1 duża cebula, posiekana

1 jajko

3 łyżki płatków owsianych

1 łyżka musztardy, np. Dijon (choć Liska poleca bardziej słodkawą, np. miodową)

opcjonalnie 1/2 łyżeczki cynamonu (ja zrezygnowałam z tej słodkiej nuty)

garść ulubionych świeżych ziół (np. oregano, tymianek)

sól i pieprz do smaku

olej rzepakowy

na sos:

1 szklanka pasatty pomidorowej

1 puszka pomidorów z puszki

300 g włoszczyzny (waga po obraniu) pokrojonej w słupki: marchew, pietruszka, por, seler

3 łyżki oliwy z oliwek

3 łyżki świeżych, posiekanych listków bazylii

1 łyżeczka otartego oregano

1 łyżeczka miodu

1/2 łyżeczki cynamonu

sól i pieprz do smaku

dodatkowo:

makaron, np. pełnoziarniste tagliatelle

grana padano lub parmezan

 

Przygotowujemy pulpety: fasolę miksujemy w blenderze/robocie kuchennym, aż będzie miała małe grudki (nie na krem). Pieczarki z cebulą smażymy ok. 5-6 minut na oliwie. Następnie łączymy fasolę z pieczarkami, mieszamy łyżką, dodajemy cynamon, musztardę płatki i jajko. Masę wkładamy na 1h do lodówki, dzięki temu będzie bardziej zwarta i pulpety nie będą się rozpadać podczas smażenia. Jeśli jednak uznamy, że słabo się kleją, możemy dodać do masy łyżkę mąki.

Po 1 h wyjmujemy masę z lodówki, formujemy niewielkie pulpety i smażymy je na patelni z olejem po kilka minut z każdej strony. Następnie wykładamy usmażone pulpety na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym.

W międzyczasie przygotowujemy sos: w garnku rozgrzewamy oliwę,podsmażamy cebulę i czosnek,dodajemy warzywa, a po ok. 5 minutach dodajemy pomidory i 3/4 szklanki wody. Doprawiamy solą, pieprzem i cynamonem. Miksujemy całość.

Liska radzi, by przed podaniem na stół, sos dodać do pulpetów i pozwolić im poleżeć w nim kilka minut.

Makaron gotujemy al dente i podajemy z sosem i pupleptami, wierzch posypujemy tartym serem.

Smacznego:)

dsc_7440

dsc_7476dsc_7453dsc_7461dsc_7458


Leave a comment

Wesołych Świąt!

Na scynście, na zdrowie

by sie syćkim wiedło

podomy Wom dzisik

starodawne jodło

 

Kapustecka z becki

moskole jarcane

zaroz Wom podadzom

babecki kochane

dsc_7210


Leave a comment

Książki na gwiazdkę dla kulinarnych pasjonatów A.D. 2016

dsc_7160

Zarówno rok temu o tej porze, jak i dwa lata wstecz polecałam Wam na blogu kilka pozycji książkowych, które dostałam w prezencie lub kupiłam. Wszystkie dotyczyły przepisów kulinarnych (o tutaj:  https://gazdowanie.wordpress.com/2014/12/17/ksiazki-na-gwiazdke-dla-kulinarnych-pasjonatow/ oraz https://gazdowanie.wordpress.com/2015/12/16/ksiazki-na-gwiazdke-dla-kulinarnych-pasjonatow-a-d-2015/ ).

Niechaj i w tym roku stanie się zadość tradycji: oto kilka książek, w tym nowości wydawniczych, na które każdy chef we własnej kuchni powinien zwrócić uwagę. Zaczynamy!

dsc_7166

Razem w kuchni, Zosia Cudny, Dom Wydawniczy Rebis, Warszawa 2016

To już druga książka w dorobku autorki popularnego bloga Makecookingeasier.pl, tym razem poświęcona gotowaniu z i dla dzieci.

Od kiedy sama zostałam mamą, jeszcze większą uwagę zwracam na to co jem i co serwuję najbliższym. Już dziś drżę na myśl, że kiedy nasza córeczka podrośnie i pójdzie do przedszkola będzie faszerowana słodkimi produktami typu danonki, które niewiele mają wspólnego ze zdrową przekąską. Myślę, że od najmłodszych lat bardzo ważne jest pokazywanie dziecku, że można się zdrowo i jednocześnie smacznie odżywiać. I takiej kulinarnej przyszłości chciałabym dla Zuzki.

Zosia Cudny pisze we wstępie do swojej najnowszej książki: Nawyki żywieniowe kształtują się od najwcześniejszych lat, a my jako rodzice powinniśmy zdawać sobie sprawę, że całkiem sporo od nas zależy. Im więcej będziemy pokazywać dziecku różnych możliwości kulinarnych, tym lepiej będzie sobie w przyszłości radzić z codziennym przygotowywaniem posiłków.

Książka jest podzielona na rozdziały tematyczne, m.in.: Śniadanie, Zupa to podstawa, Czas na piknik, Moje urodzinki, Czas dla mamy!

Dwa lata temu recenzując pierwszą książkę tej Autorki pisałam, że to “pochwała życia rodzinnego i spokojnego, sielskiego życia z dala od stolicy”. Przeglądając drugą książkę odnoszę podobne wrażenie, w końcu ta pozycja to nie tylko przepisy stworzone do gotowania wspólnie z dziećmi, ale również dowód na to, że można cieszyć się wspólnymi posiłkami, czasem spędzanym razem w kuchni i celebrowaniem życia rodzinnego. Do tego piękne zdjęcia, staranne wydanie (na kredowym papierze, z solidną kapitałką i wstążką-zakładką). Polecam.

dsc_7168

Kuchnia polska (słodka) według Pawła Małeckiego (Lidl, 2016)

Kolejna książka wydana przez popularną sieć dyskontów spożywczych. Pamiętam, że gdy Lidl wypuszczał swoją pierwszą książkę (Pascal kontra Okrasa) byłam nieco sceptyczna myśląc co ciekawego może mieć do zaoferowania sieciówka spożywcza. Tymczasem okazało się, że z roku na rok, każda pozycja wydawana przez Lidla jest coraz bardziej dopracowana i wysmakowana pod każdym  względem: przepisów, stylizacji i zdjęć.

Ta pozycja to pean na cześć kuchni polskiej “na słodko”. Mistrz cukiernictwa Paweł Małecki zaprosił gości, którzy podzielili się nie tylko swoimi przepisami (zwykle wyniesionymi z rodzinnego domu), ale również swoją filozofią i podejściem do rodzimej kuchni. I tak, w książce możemy znaleźć przepisy Piotra Kucharskiego, Ani Włodarczyk czy Kingi Paruzel. Znane przepisy na polskie słodkie specjały, nierzadko w nowej, nieco zmodyfikowanej odsłonie, nieprzekombinowana stylizacja i ładne zdjęcia.

dsc_7171

Dzień dobry. Śniadania z Małgosią Mintą, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016

Ta pozycja miała swoją premierę latem tego roku. Jak  wskazuje nazwa, jest to bogaty zbiór przepisów na śniadania. Nie tylko na te leniwe weekendowe, ale również te codzienne, jedzone na jednej nodze przy kuchennej wyspie. Na słodko i na wytrawnie. Prosto i wyrafinowanie.

Znajdziemy tu przepisy na twarożki, jajecznice, kasze, kanapki, granole, ale również bardziej czasochłonne bliny, placki czy drożdżówki. W rozdziale Na wynos Minta proponuje bajgle, pity, muffiny, tapiokę czy batoniki. W rozdziale Na leniwie miłośnicy spędzania w łóżku (i częściowo w kuchni;)) znajdą – jakżeby inaczej – przepis na szakszukę,  placuszki, naleśniki, gofry czy brioszki. Pycha!

Kilka przepisów już przetestowałam. Z powodzeniem i ze smakiem. I cieszę się, że tyle jeszcze przepisów z tej książki mam do przetestowania. I to chyba jest najlepsza recenzja tej książki. Szczerze polecam.

dsc_7172

Mamushka. Recipes from Ukraine & beyond, Olia Hercules, Mitchell Beazley, 2015

Tak, wiem, ta książka wyszła w 2015 r., a ja dostałam ją w zeszłym roku na gwiazdkę od przyjaciółki mieszkającej w Anglii. Ale do tej pory nie zdążyłam napisać o niej, a warto. Książka jest po angielsku, ale nazwy rozdziałów i potraw wydrukowano również po ukraińsku. Wnikliwy polski czytelnik znajdzie tu swojsko brzmiące nazwy: piryżki, kwaszena kapusta, kefir, kompot, borszcz.

Olia Hercules, Ukrainka mieszkająca w Wielkiej Brytanii trochę namieszała tą książką na tamtejszym kulinarnym poletku i rynku wydawniczym. Współczesna angielska kuchnia, tak obficie czerpiąca z tradycji kulinarnych swoich byłych kolonii (wystarczy wspomnieć kuchnię indyjską) nagle zetknęła się ze słowiańskimi smakami wymieszanymi z akcentami z byłych republik ZSRR (Armenii, Mołdawii, Uzbekistanu czy Osetii). Mieszanka wybuchowa. I powiew świeżości.

A w warstwie wydawniczej bezpretensjonalne zdjęcia ukraińskich kobiet przy pracy w kuchni, proste stylizacje potraw, rodzinne biesiady. Z wielu fotografii w tej książce aż kipi życie i coś, co chyba można nazwać szczęściem. To te chwile spędzane przy stole w otoczeniu bliskich, gdzie obficie zastawiony stół jest tylko pretekstem do spotkania.


Leave a comment

Pewnej słonecznej niedzieli w Powsinku

Od kiedy zostałam mamą coraz chętniej fotografuję dzieci. Dziś zapraszam na jeden z tych wybitnie niekulinarnych postów. Nazwijmy go roboczo Niemowlaki i starszaki.

Miłego oglądania!

DSC_5837

DSC_5902

DSC_5808-2

DSC_5851

DSC_5883

DSC_5933-0

DSC_5940

DSC_5838

DSC_5923

DSC_5863

DSC_5918-0

DSC_5927

DSC_5879-0

DSC_5875

DSC_5896


2 Comments

Chusty, śpioszki i kropelki. Ciasto marchewkowe z Hummingbird bakery

DSC_5083

Jak wiecie, od połowy stycznia przechodzę intensywną edukację w temacie “macierzyństwo”. To istny temat-rzeka. W ciągu ostatnich tygodni wyedukowałam się nie tylko w kwestiach szczepień i rodzajów smoczków dla maluchów. Okazuje się, że do tej pory nie dostrzegałam większej różnicy między śpioszkami a pajacykiem czy body. Już wiem co to kolka jelitowa i jakie kropelki pomagają, by się nie pojawiała. Wiem też co to aspirator do noska. Kiedyś widząc na ulicy kobietę z dzieckiem w chuście byłam przekonana, że istnieje tylko jeden rodzaj tego nosidła. Dziś już wiem, że są chusty elastyczne, tkane i kółkowe. I że dziecko można również nosić w nosidełku: ergonomicznym lub mei-tai. Jednak chyba najbardziej zdumiał mnie fakt, że gdy matka jest przeziębiona (co mi się ostatnio przytrafiło) nie powinna odstawiać maleństwa od piersi, ponieważ w jej pokarmie zawarte są przeciwciała, które chronią niemowlę przed zachorowaniem. Natura bywa niesamowita…

DSC_5394

Dziwię się też sobie, swoim reakcjom. Jestem typem śpiocha, który ma dosyć głęboki sen i zwykle kładzie się spać w okolicach północy. Co oznacza problem z porannym wstawaniem. Od kiedy pamiętam, wstając na uczelnię czy do pracy, zawsze “wyrywałam” dodatkowe 5 czy 10 minut drzemki i nigdy nie byłam wstanie podnieść się po pierwszym dzwonku budzika. Bywało, że przez to spóźniałam się na zajęcia i do pracy. Dziś śpię jak mysz pod miotłą i każdy dźwięk wydawany przez sen przez Zuzę od razu mnie budzi. Nauczyłam się spać na raty i wstawać bez marudzenia, by ją w środku nocy przewinąć. Doprawdy, nie poznaję siebie… Oczywiście jest to okupione cieniami pod oczami i “dosypianiem” podczas karmienia.

Dziś już wiem, że gdy pojawia się dziecko, przestrzeń życiowa świeżo upieczonej mamy nagle kurczy się do mikroskopijnych rozmiarów. Przez pierwsze miesiące terytorium zakreślone jest bardzo wąskimi ramami: dom, ogród, trasa spaceru, sklep spożywczy, apteka, drogeria z pieluchami, czasem najbliższa IKEA.

Zuza jest typem dziecka dosyć absorbującego, które domaga się uwagi i bliskości. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć sytuacje, gdy położona w swoim łóżeczku pozwoliła mi na przeprowadzenie w całości porannej toalety czy zjedzenie śniadania przy stole (ostatnio jem na stojąco i na czas przy blacie kuchennym. Jest szybciej). W zasadzie, gdyby nie to, że pomagają mi Rodzice przy bawieniu i usypianiu (mamy to szczęście, że mieszkają piętro niżej) nie byłoby mowy o ugotowaniu czegokolwiek od A do Z, nie wspominając o fotografowaniu i blogowaniu. Cóż, podobno taka karma młodej mamy…

Swoją drogą, ten, kto ukuł w kodeksie pracy termin urlop macierzyński, musiał być albo nie w pełni władz umysłowych albo nie miał własnych dzieci. Urlop z definicji to odpoczynek, chillout i wytchnienie. Tymczasem rok spędzony w domu z niemowlakiem to nie tylko wspaniałe chwile, gdy wzajemnie się poznajecie, obserwujesz jak Twoje dziecko z dnia na dzień robi postępy, a Ty z każdym dniem coraz bardziej je kochasz. Ten rok to również ciężka, codzienna praca, czasem chwile zwątpienia okupione niewyspaniem i chronicznym zmęczeniem. I poczucie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Ale macie teraz siebie nawzajem i to się liczy najbardziej.

DSC_5368

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam?

Teraz karnie i bez marudzenia proponuję Wam, abyście wypróbowali przepis na pyszne ciasto marchewkowe, które dzięki kilku nieskomplikowanym zabiegom można nawet nazwać tortem. Za tort “robiło” podczas niedawnych urodzin S. Krem do dekoracji z przepisu zastąpiłam własnym patentem na bazie mascarpone. Oryginalny przepis na ciasto pochodzi z książki The Hummingbird bakery, którą dostałam w zeszłym roku w prezencie od mojej przyjaciółki Kamy.

DSC_5096

CIASTO MARCHEWKOWE Z ORZECHAMI WŁOSKIMI

/wg przepisu z książki The Hummingbird bakery, z moimi modyfikacjami/

250 g drobnego cukru trzcinowego (w oryginale 300 g)

3 jajka

300 ml oleju słonecznikowego (zastąpiłam rzepakowym “Kujawskim”)

300 g mąki pszennej

1 łyżeczka sody

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżeczka cynamonu plus extra do dekoracji

1/2 łyżeczki mielonego imbiru

1/2 łyżeczki soli

1/4 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego

300 g marchwi, startej na tarce o dużych oczkach

100 g posiekanych orzechów włoskich

na krem:

1 opakowanie serka mascarpone

3 łyżki cukru pudru

1/4 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego

kilka migdałów i połówek orzechów włoskich

 

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 170ºC.

Cukier trzcinowy, jajka i olej umieszczamy w misce i miksujemy do uzyskania jasnej masy. Następnie, cały czas miksując, dodajemy po trochu mąki wymieszanej z sodą i proszkiem do pieczenia oraz cynamonem, imbirem, solą i ekstraktem waniliowym.

Następnie dodajemy marchew oraz orzechy, mieszamy całość, by masa się dobrze połączyła.

Tak przygotowane ciasto przelewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez ok. 50 minut w temperaturze 170ºC (pod koniec pieczenia warto wykonać tzw. test suchego patyczka czy ciasto jest dobrze upieczone).

Po upieczeniu wyjmujemy ciasto i zostawiamy na kratce kuchennej, by ostygło.

Przygotowujemy krem: mascarpone miksujemy z cukrem pudrem i ekstraktem waniliowym. Ostudzone ciasto kroimy wzdłuż na pół, 1/3 kremu smarujemy połowę ciasta, przykrywamy górną częścią. Na wierzchu rozsmarowujemy pozostały krem, dekorujemy migdałami i orzechami.

Smacznego:)

DSC_5091


4 Comments

O tym, jak pachnie nowe życie i o prostych kulinarnych tęsknotach. A na deser łatwe muffiny bananowo-cynamonowe

muffiny_banan-cynamon_01

Od ponad tygodnia mój rytm dnia i nocy reguluje mały skarb, który waży 3,5 kg i ma 53 cm wzrostu. Powoli aklimatyzujemy się w domu, poznajemy się i przyzwyczajamy do siebie i do codziennych rytuałów. W wieku mojej małej córeczki nie są to zbyt skomplikowane rytuały. Spanie, jedzenie, robienie kupki, znowu spanie, jedzenie i tak w kółko. Mała jest cudowna i krucha. Mogłabym godzinami wpatrywać się w nią, bo miny i grymasy, które robi są jedyne w swoim rodzaju. I jeszcze te małe stópki, na punkcie których można dostać bzika;)

Zapach noworodka to jeden z najcudowniejszych zapachów, jakie można sobie wyobrazić. To zapach delikatnej skóry, zapach mleka, czasem z nutą najdelikatniejszego płynu do prania niemowlęcych ubrań. Niektórym może się wydawać dziwne to, co za chwilę napiszę, ale szukam porównań i odnajduję je w tym, co jest mi dobrze znane. Noworodek pachnie podobnie jak… kilkutygodniowe szczenię oddzielone od suki. Pachnie nowym, nieskazitelnym życiem…

DSC_5058

DSC_5078Po kilkunastu dniach milczenia wracam do prowadzenia bloga. Szczęśliwie w ostatnim trymestrze ciąży trochę gotowałam i fotografowałam wypróbowując nowe przepisy. Jest zatem materiał na kilka kolejnych wpisów.

Po porodzie, w szpitalu będąc na przymusowej lekkostrawnej diecie, marzyłam o domowym jedzeniu. O razowym chlebie (zamiast kleiku bez smaku i pszennej do bólu weki), twarogu z Głuchowa z miodem rzepakowym (zamiast paskudnej szynki wieprzowej) i hummusie (zamiast kawałeczka masła i liścia sałaty dodawanych do śniadania i kolacji).

Po przyjeździe z Małą do domu nie minęły 3 dni i zrobiłam upragniony hummus, upiekłam rybę w ziołach i ugotowałam zdrową zupę. Z rozpędu nastawiłam domowy jogurt i rozsiałam kiełki na kanapki. Tęsknoty zostały zażegnane, a ja… poczułam się bardzo zmęczona;)

Dziś wygrzebałam z katalogu “Food photography” zdjęcia muffinów bananowo-cynamonowych z dodatkiem maślanki. Przepis na nie jest dziecinnie prosty i pochodzi z książki The Hummingbird bakery cookbook, którą dostałam w zeszłym roku od mojej przyjaciółki Kamili. Ich przygotowanie nie wymaga zbyt dużo czasu i zaangażowania. Można je upiec między jednym a drugim karmieniem na żądanie. Coś w sam raz dla kobiety w połogu;)

muffiny_banan-cynamon_02

MUFFINY BANANOWO-CYNAMONOWE

/wg przepisu z książki The Hummingbird bakery cookbook/

350 g mąki pszennej

3/4 łyżeczki soli

1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

2 łyżeczki mielonego cynamonu plus ekstra do posypania muffinów po upieczeniu

130 g drobnego cukru (w oryginale 160 g)

375 ml maślanki

1 jajko

1/2 łyżeczki ekstraktu z prawdziwej wanilli

70 g masła, roztopionego

400 g bardzo dojrzałych bananów, pokrojonych na małe kawałki

 

Nagrzewamy piekarnik do 170ºC.

W dużej misce umieszczamy przesianą mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę i cynamon. Mieszamy.

Do drugiej miski przelewamy maślankę, dodajemy jajko, ekstrakt waniliowy i miksujemy na jednolitą masę. Powoli dodajemy do niej sypkie składniki. Następnie wlewamy masło, a na koniec dodajemy banany.

Tak przygotowane ciasto przelewamy do foremek na muffinki (do 2/3 wysokości), oprószamy odrobiną cukru i cynamonu. Muffiny pieczemy przez ok. 20-25 minut w temperaturze 170ºC.

Smacznego:)

muffiny_banan-cynamon_03

muffiny_banan-cynamon_04

muffiny_banan-cynamon_05