gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Synergia doskonała, czyli brukselka na kapuście curry z pikantnymi pieczonymi ziemniakami

Zostało Wam trochę ziemniaków z niedzielnego obiadu? Macie ochotę na sezonowe produkty? Doskonale! Dziś łączę dwa przepisy, które przetestowałam po zakupie książek Dominiki Wójciak, a mam na myśli Warzywo i Sezonowe warzywo.

Ziemniaki w pikantnej marynacie powędrują do piekarnika, gdzie zyskają atrakcyjną, chrupiącą powierzchowność, a głównym punktem programu na talerzu będzie swojska brukselka na orientalnej nieco kapuście curry. Wciąż trwa sezon na brukselkę, więc nie ważcie się sięgać po mrożonkę, ale pozwólcie, by sprzedawca w warzywniaku wrzucił Wam do lnianej torby hojnym gestem co najmniej ćwierć kilo tego warzywa.

Wiem, brukselka zyskała sobie złą opinię lądując przez dziesięciolecia na talerzach w szkolnych stołówkach lub w jarzynowych zupach. Mnie samą do niedawna odstraszała ta zielona, rozgotowana pulpa na talerzu. Ale pora przywrócić do łask to cenne w mikroelementy i witaminy warzywo. A gotowanie al dente czyni cuda.

Aby obiad był doskonały, na liście zakupów umieśćcie kapustę kiszoną, garść pieczarek, a w spożywczym obierzcie kurs na półkę z orientalnymi produktami, gdzie znajdziecie mleko kokosowe i curry. Tym sposobem w kilka chwil wyczarujecie pyszny wegetariański obiad łączący swojskie i egzotyczne smaki. A sezonowość będzie tutaj przysłowiową wisienką na torcie:)

BRUKSELKA NA KAPUŚCIE CURRY Z PIECZONYMI ZIEMNIAKAMI

/porcja dla 4 osób, na podstawie przepisów z książek Warzywo i Sezonowe warzywo Dominiki Wójciak, Wydawnictwo Pascal/

300 g świeżej brukselki

1 duża cebula

1 ząbek czosnku

1 cm kawałek imbiru

1 łyżeczka przyprawy curry

250 g pieczarek

2 łyżki oleju rzepakowego

1/2 kg kapusty kiszonej, posiekanej

1/2 łyżeczki czerwonej pasty curry

1 puszka mleka kokosowego (400 ml)

1 łyżka posiekanego koperku

sól, pieprz

do podania:

1 kg ziemniaków

3 łyżki oleju rzepakowego

1 łyżeczka miodu

3 ząbki czosnku

1/2 łyżeczki ostrej papryki

1/2 łyżeczki wędzonej papryki

2 łyżki świeżego tymianku

 

Brukselkę myjemy i pozbawiamy zewnętrznych liści (jeśli są zabrudzone). Gotujemy 10 minut w osolonym wrzątku, odcedzamy i przelewamy zimną wodą, by zatrzymać proces gotowania.

Ziemniaki obieramy, zalewamy zimną wodą i gotujemy na półtwardo. Pod koniec gotowania solimy. Odcedzamy, studzimy i przekładamy do żaroodpornej formy. Przygotowujemy marynatę: w miseczce łączymy olej, miód, oba rodzaje papryki, rozgnieciony czosnek i liście tymianku. Ziemniaki polewamy marynatą i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180ºC (termoobieg) przez ok. 25 minut lub do momentu, gdy wierzch się ładnie zrumieni.

Cebulę, czosnek i imbir obieramy i drobno siekamy, podsmażamy 2-3 minuty w rondlu o grubym dnie z rozgrzanym olejem. Dodajemy pastę curry i przyprawę curry, mieszamy. Dorzucamy obrane i posiekane w grube plastry pieczarki, doprawiamy solą i pieprzem. Podsmażamy całość, aż grzyby puszczą sok. Do rondla dolewamy mleko kokosowe, mieszamy całość i dodajemy posiekaną kapustę kiszoną. Dusimy na małym ogniu, co jakiś czas mieszając. Po 20-30 minutach dodajemy brukselkę (większe główki możemy podzielić na pół), mieszamy.

Na talerz wykładamy pieczone ziemniaki z kapustą curry, danie podajemy posypane koperkiem.

Smacznego:)

Advertisements


Leave a comment

Zanim zima dobiegnie końca. Placek buraczano-kakaowy z jogurtową polewą

Od kiedy zaczęła się jesień, Zu nie opuszcza katar. Raz przysłowiowy glut jest mniejszy, innym razem większy, ale towarzyszy nam cały czas. A przy okazji Zu pokasłuje. Średnio raz na półtora miesiąca ciągnę Zu do pediatry. Gdy kaszel znowu się nasilił, zamówiłam wizytę w przychodni.

Tym razem trafiłyśmy do mojej ulubionej lekarki, bo rozsądnej i potrafiącej wysłuchać nieco spanikowaną matkę przedszkolaka. Pani dotkoj (jak mawia Zu) osłuchała i zbadała dziecię, po czym po mojej tyradzie (“od jesieni kaszel nie odpuszcza, boję się, żeby nie skończyło się to zapaleniem oskrzeli albo czymś gorszym…”), zrobiła mi szybki wykład. W skrócie: małe dzieci nie mają rozwiniętych zatok, stąd spływająca wydzielina z nosa powoduje kaszel.

Usłyszałam, że Zu jest w dobrej kondycji, bo w przychodni codziennie pojawiają się zasmarkane maluchy z zapaleniem ucha i innymi infekcjami, które zwykle zaczynają się od niewinnego kataru. Wygląda na to, że spanie na dworze od maleńkości, nawet w mroźne dni (gdy tylko jakość powietrza na to pozwalała) zaprocentowało. Jesienią i zimą opatulaliśmy maleńką Zu i w najlepsze spała w wózku, niemal jak w Skandynawii. A swoją drogą dostałyśmy też skierowanie do alergologa. Teraz czekamy na wyniki pierwszych testów.

Lekarka zaleciła inhalacje i zaproponowała przygotowanie naturalnego lekarstwa przeciw nawracającym infekcjom. To czosnkowy miód: w wyparzonym słoiczku umieszczamy obrane i nacięte ząbki czosnku (ilość w zależności od możliwości jedzącego), które następnie zalewamy miodem. Słoik ustawiamy w ciemnym miejscu. Czosnek zacznie puszczać sok, a po dwóch tygodniach będziemy mieć cudowny specyfik, który dla wzmocnienia odporności możemy codziennie podjadać. Czosnkowy miód możemy dodać do herbaty lub do sałatki jako element dressingu. Mój czosnkowy miodek już się maceruje. Oby zasmakował Zu.

A w międzyczasie, gdy na zewnątrz nie ma smogu, wietrzymy dom i wychodzimy na spacery. I tak, jak do tej pory, inhalator i zapas soli fizjologicznej do inhalacji stanowią stały element naszego mieszkania.

Rano wcinamy owsiankę lub kaszę jaglaną, bo ciepłe śniadania dodają energii na cały dzień. A dodatkowo kasza jaglana pomaga zmniejszyć ilość śluzu. Z kolei do obiadu i kolacji na naszym stole często pojawiają się kiszonki (kwaszona kapusta lub kiszone ogórki). Popołudniu przygotowuję gorący napój na bazie cytryny, imbiru i goździków (Lali, dzięki za inspirację!), który niespiesznie popijamy między posiłkami.

Jedyne czego mnie osobiście brakuje, by zimową porą podnieść odporność organizmu, to… wysypianie się (do syta:)). No cóż, może się uda, gdy Zu nieco podrośnie…

PLACEK BURACZANO-KAKAOWY Z JOGURTOWĄ POLEWĄ

/inspirowane przepisem z książki Warzywo Dominiki Wójciak, Wydawnictwo Pascal, 2015/

3 upieczone średnie buraki

2 łyżki białego octu winnego (użyłam jabłkowego)

2/3 szklanki oleju rzepakowego

3/4 szklanki cukru trzcinowego

2 łyżki miodu rzepakowego

3 średnie jajka

1,5 anki mąki pszennej

2 łyżki mąki ziemniaczanej

2 łyżki kakao

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

szczypta soli

1/2 szklanki jogurtu naturalnego

na polewę:

1/2 szklanki gęstego jogurtu naturalnego

1 łyżka miodu rzepakowego

 

Wszystkie składniki muszą być w temperaturze pokojowej.

Buraki obieramy ze skórki, kroimy na plasterki i miksujemy w misie robota kuchennego na gładkie purée. Następnie dodajemy olej, cukier, miód oraz po jednym jajku. Miksujemy na gładką masę.

Do osobnej miski przesypujemy suche składniki: mąkę przesiewamy przez sito, dodajemy proszek do pieczenia, sodę, kakao i sól. Do masy buraczanej dodajemy na przemian suche składniki i jogurt, delikatnie mieszamy drewnianą łyżką, by całość połączyła się. Masę przelewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia. Ciasto pieczemy ok. 40 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 160ºC (termoobieg).

Upieczone ciasto studzimy na kratce kuchennej, po czym kroimy na kawałki i polewamy jogurtem wymieszanym z miodem.

Smacznego:)


Leave a comment

Ptasia stołówka i kasza jaglana z miodowym jogurtem i konfiturą wiśniową

Choć dopiero połowa lutego, od kilku dni ptaki zaczęły swoje trele. Nad ranem odzywają się kosy, do których dołączają popiskujące sikorki. Czasem powietrze przeszyje skrzekliwy głos sroki goniącej gołębia między gałęziami świerka.

O 7:30 jemy z Zu owsiankę i słyszę, jak mój Tata otwiera drzwi wejściowe i wychodzi na ganek. Wiem, że w ręku trzyma na długim, domowej roboty wysięgniku pojemniczek ze słonecznikiem albo posiekanymi orzechami włoskimi. Wystarczy jeden ruch ręki, by jego zawartość przesypać do karmnika. Tata znika w domu, co jest znakiem dla ptactwa, że czas na śniadanie. Zlatują się sikorki i wróble. Te ostatnie przejęły od sikorek sposób jedzenia. Całkiem sprytnie lądują na zbożowo-tłuszczowych kulkach zawieszonych na gałęziach i kurczowo trzymając się pazurkami dziobią smakołyki.

Ozzy wściekle ujada na niemrawe gołębie, które stołują się w drugim karmniku na tarasie. Ostatnio jeden z nich padł ofiarą drapieżnego krogulca. Zostało tylko trochę piór.

Pan kos i pani kosowa zwykle przylatują razem (dobrana z nich para). Jadają w karmniku, ale częściej wolą żerować na ziemi wydziobując ziarna, które spadły z pojemniczka lub to, co inne ptaki upuściły.

W ostatni weekend podczas spaceru po okolicy usłyszałyśmy dziwny wrzask, po czym z niezagospodarowanej działki poderwały się do lotu dwa ciężkie bażanty. Zawsze, gdy widzę te ptaki przypomina mi się obrazek z dzieciństwa w Zakopanem: wypchany bażant stojący na serwantce u wujostwa. Patrzący szklanymi oczami zbieracz kurzu – powód do niepokoju dla kilkuletniego dziecka:)

A skoro o porannych posiłkach mowa, to dziś mam dla Was niezobowiązującą propozycję śniadaniową. Kaszę jaglaną przygotowaną w najprostszy z możliwych sposobów. Podałam do niej jogurt grecki wymieszany z miodem oraz odrobinę domowej konfitury wiśniowej, której niewielkie zapasy sukcesywnie zjadamy (przepis tutaj:  https://gazdowanie.wordpress.com/2018/09/05/swiecaca-pustkami-spizarnia-i-konfitura-wisniowa-z-kardamonem-i-amaretto/ ).

KASZA JAGLANA Z MIODOWYM JOGURTEM I KONFITURĄ WIŚNIOWĄ

/przepis dla 3 osób/

1/2 szklanki suchej kaszy jaglanej

ok. 1,5 szklanki mleka

1/2 szklanki jogurtu greckiego

1 łyżka miodu

2 łyżki konfitury wiśniowej lub innej ulubionej

garść podprażonych na suchej patelni płatków migdałowych

 

Kaszę umieszczamy na sitku i płuczemy wrzątkiem, by straciła goryczkę. Przekładamy do rondelka i zalewamy mlekiem. Gotujemy do miękkości pod przykryciem na małym ogniu (około 20 minut). Jogurt łączymy z miodem. Ugotowaną kaszę przekładamy do miseczek, dodajemy miodowy jogurt, konfiturę i posypujemy płatkami migdałowymi. Najlepiej smakuje na ciepło.

Smacznego:)


Leave a comment

Kulinarny barter sąsiedzki, czyli sernik limonkowy z pistacjami

Pomiędzy działkami przez cały rok trwa systematyczny przerzut dóbr spożywczych. Niemal jak w filmach o kontrabandzie przez płot przerzucane są jajka od szczęśliwych kur, natka pietruszki, cukinia i pizza. Ostatnio przez ogrodzenie przerzucono sporą siatkę orzechów włoskich. W drugą stronę wędrują zwykle słodkie wypieki, a na początku października nawet kilka fig z domowej uprawy.

To nie opis akcji przemytniczej na wschodnich rubieżach.

To nasz kulinarny barter sąsiedzki. Jedna z naszych Sąsiadek dzieli się z nami tym, co urośnie w jej ogrodzie (bierzemy też od niej pyszne ekologiczne jajka dla Zu), druga Sąsiadka dzwoni średnio raz w miesiącu z pytaniem: Co Państwo powiecie na pizzę dziś wieczorem? Po czym syn Sąsiadki podjeżdża pod naszą bramę punktualnie o 20:00 z ciepłą pizzą z knajpy w Pruszkowie, gdzie co sobotę muzykuje Sąsiad.

Piekę dla Sąsiadów ciasta i biszkopty z owocami, a latem robię im podarki z sezonowych owoców zaczarowanych w domowe konfitury. Przed Wigilią nad płotem pojawiają się paczuszki domowych pierników.

Dobrze mieć fajnych sąsiadów:)

Sernik z dzisiejszego przepisu również powędrował jakiś czas temu “za płot”. Inspiracją do jego upieczenia był przepis z książki Lidla Jeść zdrowiej. Nie miałam pod ręką wszystkich niezbędnych produktów, więc ostatecznie trochę improwizowałam i z oryginału został jedynie twaróg sernikowy, limonki i pistacje:)

SERNIK LIMONKOWY Z PISTACJAMI

na spód:

150 g herbatników pełnoziarnistych

50 g obranych pistacji

50 g masła

na masę sernikową:

1 kg twarogu sernikowego (w wiaderku)

5 łyżek płynnego miodu

2 łyżki cukru brzozowego

4 średnie jajka

sok z 1 limonki

skórka starta z 1 limonki

na wierzch:

1 limonka

1/2 szklanki obranych pistacji

 

Przygotowujemy spód: herbatniki i pistacje miksujemy w robocie kuchennym (do konsystencji piasku), następnie dodajemy masło i ponownie miksujemy do uzyskania jednorodnej masy. Masę przekładamy do żaroodpornej formy wyłożonej papierem do pieczenia. Schładzamy w lodówce przez 1h.

Następnie przygotowujemy masę sernikową: twaróg miksujemy z miodem i cukrem brzozowym dodając w trakcie miksowania po jednym jajku. Gdy masa będzie jednolita, dodajemy sok i skórkę startą z limonki. Masę wylewamy na schłodzony spód, wygładzamy wierzch i pieczemy przez 1h w temperaturze 160ºC (funkcja góra-dół). Po upieczeniu uchylamy drzwiczki piekarnika i pozostawiamy sernik w cieple przez kolejne 15 minut. Następnie studzimy sernik na kratce kuchennej. Przed podaniem sernik dekorujemy plastrami limonki i posiekanymi pistacjami.

Smacznego:)


Leave a comment

Brwinów bez prądu. Obłędnie czekoladowy tort Brooklyn blackout cake

Rok temu o tej porze w naszym domu (i w kilku częściach naszego miasteczka, nie licząc wielu rejonów kraju) zgasło światło. To był czas ulewnych deszczy i wichur zmieniających się w ciągu kilku sekund w trąby powietrzne. Początkowo myśleliśmy, że nie będziemy mieli prądu raptem przez kilka godzin. Po 24h okazało się, że sytuacja jest znacznie bardziej skomplikowana, a panowie z elektrowni nie nadążają z naprawianiem zgłaszanych awarii sieci.

I choć mycie w zimnej wodzie nie stanowiło dla mnie życiowej tragedii (miałam to przećwiczone w zamierzchłych czasach obozów harcerskich;)), to już dla wówczas półtorarocznej Zu było to wyzwanie ponad siły. Bo jak tu kąpać w zimnej wodzie i żywić takiego malucha? Robiliśmy więc wyprawy do rodziny, aby wziąć prysznic i napełnić wrzątkiem liczne termosy.

W desperacji pojechaliśmy napełnić gazem dawno nieużywaną butlę i zmajstrować kocherek.

Wreszcie po 5 dniach (a było to tuż po weekendzie) pojawiła się ekipa z zakładu energetycznego. Panowie zaparkowali obok naszego domu z zamiarem wdrapania się na pobliski słup wysokiego napięcia. Sąsiedzi widząc co się święci spontanicznie zebrali się w grupkę i… zaczęli fachowcom bić brawo. Okazało się, że panowie nie mogli wcześniej zabrać za naprawianie zerwanej linii energetycznej, ponieważ… potrzebowali podpisu jakiegoś urzędnika. A urzędnik w weekend miał przecież wolne. Oto Polska właśnie!

Wieczorem znowu rozbłysło światło na naszej ulicy.

Nie mam wyjścia, dzisiejszy przepis dedykuję panom energetykom, choć mniemam, że usuwanie awarii na Brooklynie zwykle trwa nieco krócej;)

BROOKLYN BLACKOUT CAKE, CZYLI TORT PODWÓJNIE CZEKOLADOWE

/wg przepisu z książki The Hummingbird bakery cookbook, z moimi modyfikacjami/

100 g niesolonego masła o temperaturze pokojowej

200 g cukru pudru

2 jajka

1/4 łyżeczki naturalnego ekstraktu z wanilii

30 g kakao

3/4 łyżeczki proszku do pieczenia

3/4 łyżeczki sody oczyszczonej

szczypta soli

170 g mąki pszennej

160 ml mleka

na krem czekoladowy:

250 g cukru pudru

1 łyżeczka miodu

40 g kakao

180 g mąki kukurydzianej

80 g niesolonego masła

1/2 łyżeczki naturalnego ekstraktu z wanilii

na wierzch:

1/3 tabliczki czekolady gorzkiej

 

Przygotowujemy ciasto: masło i cukier puder miksujemy w robocie kuchennym. Dodajemy po jednym jajku cały czas miksując na jednolitą masę. Następnie do masy dodajemy ekstrakt z wanilii, kakao, proszek do pieczenia wymieszany z sodą oraz szczyptę soli. Miksujemy jeszcze chwilę, by wszystkie składniki dobrze się połączyły. Następnie dodajemy połowę mąki i całość mleka, a pod sam koniec resztę mąki. Miksujemy jeszcze chwilę, aby uzyskać jednolitą masę. Tak przygotowane ciasto przekładamy do trzech form do pieczenia (o ∅ 20 cm) lub jednej dużej formy i pieczemy ok. 25-30 minut w piekarniku nagrzanym do 170ºC (lub ok. 45-50 minut w przypadku jednej dużej formy).

Upieczone blaty ciasta studzimy na kratce kuchennej.

Przygotowujemy krem do przełożenia: cukier, miód, kakao i ok. 400 ml wody umieszczamy w rondelku i podgrzewamy niemal do momentu zagotowania, mieszając co jakiś czas. Mąkę kukurydzianą łączymy z ok. 100 ml wody miksując na dużych obrotach. Masa powinna być klejąca, jeśli jest za sucha dodajemy wody (w sumie max. 200 ml wody). Kukurydziany mix dodajemy po łyżce do masy w rondelku i podgrzewamy na małym ogniu, mieszając co pół minuty. Na koniec dodajemy miód i ekstrakt z wanilii. Mieszamy, a następnie studzimy. Wystudzoną masę przekładamy na 1/2h do lodówki, by nieco stężała. Masą przekładamy upieczone blaty, zostawiając kilka łyżek do posmarowania wierchu i boków ciasta. Na wierzch tortu ścieramy czekoladę.

Tort chłodzimy co najmniej 1/5h przed podaniem.

Smacznego:)


Leave a comment

Ukraińskie smaki #2, czyli medovyk wg Olii Hercules

Poznajcie medovyk (miodownik): ciasto rodem z Ukrainy, które rozpływa się w ustach za sprawą dodanego do ciasta miodu. Orzechy pekan nadają mu nieco egzotycznego sznytu. Miodownik może z powodzeniem wystąpić na rodzinnej imprezie (lub na wielkanocnym stole) w roli tortu. Przekładany masą, oprószony orzechami włoskimi świetnie nadaje się do tej reprezentacyjnej roli.

Czas, by sława miodownika wyszła daleko poza granice rodzimej Ukrainy. Może uda się to za sprawą migrantów zza naszej wschodniej granicy? Póki co promocją tego cuda zajmę się ja. Daję Wam ten przepis na zawsze;)

MIODOWNIK (MEDOVYK)

/wg przepisu z książki Mamushka Olii Hercules, Wydawnictwo Mitchell Beazley, 2015, z moimi modyfikacjami/

na ciasto:

1 kostka masła

2 średnie jajka

160 g cukru pudru trzcinowego

200 ml płynnego miodu

1 łyżeczka sody oczyszczonej

1 łyżeczka białego octu winnego

300 g mąki pszennej

150-200 g orzechów pekan lub orzechów włoskich (i dodatkowo kilka pekanów do dekoracji)

na krem:

500 ml kwaśnej śmietany (użyłam 18%)

100 g cukru pudru

starta skórka i sok z 1/2 cytryny

 

Jajka, masło, cukier i miód mieszamy rózgą w dużej misce umieszczonej w kąpieli wodnej. Gdy masło się rozpuści, zdejmujemy miskę z ognia i miksujemy całość na średnich obrotach do czasu, gdy wszystkie składniki dobrze się połączą. Odstawiamy do ostygnięcia.

Sodę umieszczamy w szklance, dodajemy ocet winny, a gdy się spieni, dodajemy ją do mieszanki maślano-miodowej i miksujemy. Następnie stopniowo dodajemy do niej mąkę i dalej miksujemy.

Tak powstałe ciasto przelewamy do dwóch foremek wyłożonych papierem do pieczenia. Pieczemy ok. 35 minut w temperaturze 180ºC lub do zezłocenia się wierzchu. Upieczonym biszkoptom pozwalamy całkowicie ostygnąć na kratce kuchennej.

W międzyczasie przygotowujemy krem: śmietanę miksujemy w dużej misce, dodajemy cukier, aż krem stanie się puszysty. Pod koniec miksowania dodajemy skórkę i sok z cytryny. Chłodzimy w lodówce przez co najmniej 1/2h.

Ostudzone blaty dzielimy na pół, przekładamy kremem, pozostawiając na wierzch 6-7 łyżek kremu. Na wierzchu rozsmarowujemy pozostały krem, dekorujemy orzechami pekan, a boki pokruszonymi orzechami włoskimi.

Miodownik chłodzimy kilka godzin przed podaniem.

Smacznego:)


2 Comments

Z cyklu leniwe weekendowe śniadania: puszyste racuchy z jabłkami i miodowym twarożkiem

Kiedy już nudzą nam się jajecznice, omlety z pesto, jajka zapiekane w kokilkach, jajka na twardo w sosie curry i wiele innych śniadaniowych pyszności, sięgam do jednej z moich kulinarnych książek i wybieram się na krótkie przeszpiegi. Szukam inspiracji u innych, mądrzejszych w kuchni.

Tak też powstał ten wpis. Sięgnęłam do Rodzinnej kuchni Lidla i w części p.t. Kuchnia babci znalazłam przepis na niemal idealne racuszki z jabłkami. Ciasto na te przysmaki robi się błyskawicznie, a cała reszta, czyli smażenie to już tylko chwila.

W ciągu tych kilkunastu minut zdążycie nakryć do stołu, zaparzyć kawę i umyć rączki Waszemu dziecięciu. Bo dziecię obowiązkowo wcina racuszki za pomocą małych rączek. A jeśli chcecie, by dziecię (i Wy przy okazji) miało zdrowe ząbki poczciwy cukier zastąpcie cukrem brzozowym, czyli ksylitolem, który nie atakuje szkliwa.

PUSZYSTE RACUCHY Z JABŁKAMI I MIODOWYM TWAROŻKIEM

/porcja dla 4 osób, przepis pochodzi z książki Rodzinna kuchnia Lidla, z moimi modyfikacjami/

na racuchy:

2 średnie jabłka

1/2 cytryny

1 łyżka miodu

2 średnie jajka

3 łyżeczki ksylitolu

40 g masła

150 g mąki pszennej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

5 łyżek jogurtu naturalnego, najlepiej domowego lub greckiego

100 ml mleka

olej rzepakowy do smażenia

na twarożek:

100 g dobrego twarogu półtłustego (używam z Głuchowa)

1 łyżeczka miodu

2 łyżki jogurtu naturalnego

 

Twaróg umieszczamy w miseczce, dodajemy miód i jogurt, ucieramy całość, odstawiamy na bok.

Jabłka obieramy ze skórki, kroimy na cienkie plasterki, wyciskamy sok z cytryny i skrapiamy nim jabłka. Odstawiamy na bok.

Do dużej miski wbijamy całe jajka, dodajemy ksylitol, miód i ubijamy całość trzepaczką. W rondelku na małym ogniu rozpuszczamy masło, które następnie odstawiamy do ostudzenia. Gdy masło będzie chłodne dodajemy do masy jajecznej i mieszamy.

Mąkę, proszek do pieczenia przesiewamy przez sitko do masy jajeczno-maślanej. Całość delikatnie mieszamy do uzyskania gładkiej i gęstej konsystencji. Następnie dodajemy jogurt i mleko, mieszamy. Na koniec dodajemy plasterki jabłek i ponownie delikatnie mieszamy.

Na patelni rozgrzewamy odrobinę oleju, który równomiernie rozprowadzamy po powierzchni silikonowym pędzlem. Łyżką lub chochelką nakładamy na rozgrzany tłuszcz niewielkie porcje ciasta. Racuchy smażymy na średnim ogniu z obu stron.

Usmażone racuszki przekładamy na talerz wyłożony kawałkiem ręcznika papierowego (by wchłonął nadmiar tłuszczu), przykrywamy folią aluminiową (by nie wystygły). Racuchy podajemy z miodowym twarożkiem.

Smacznego:)