gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

O dobrym i złym jedzeniu słów kilka. Muszle lumaconi z jarmużem i ricottą w pomidorowym sosie

 

Moja ostatnia wyprawa na zakupy spożywcze nie była już tak beztroska, jak do tej pory. Jestem świeżo po lekturze książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak. A wnioski płynące z tej lektury są raczej niewesołe. Ale zacznijmy od początku.

Od kiedy przeszłam na swoje (czyli od czasów studiów), zawsze czytałam etykiety na produktach. Z początku głównie daty przydatności do spożycia, z czasem coraz więcej: skąd pochodzi dane jedzenie i przede wszystkim jaki ma skład dany produkt. Bycie świadomym konsumentem to również trochę dłuższy czas poświęcony na robienie zakupów, ale nadal jestem przekonana, że warto to robić.  Do tej pory nieco czytałam o przemysłowej produkcji żywności i przyznam, że niektóre praktyki producentów przyprawiały mnie o ciarki na plecach. Gdy skończyłam O dobrym jedzeniu… nabrałam ochoty, by zostać wegetarianką i żywić się jedynie tym, co sama wyhoduję we własnym ogródku (jeśli go w końcu założę).

Jadamy mięso. Okazuje się, że jeśli chcemy kupić drób lub wieprzowinę, które nie są hodowane w sposób przemysłowy, czyli faszerowane hormonami wzrostu, powinniśmy zaopatrywać  się u sprzedawców, którzy kupują mięso bezpośrednio z małych ubojni, a te skupują zwierzęta od hodowców prowadzących gospodarstwa ekologiczne. Przy przemysłowym, pędzonym antybiotykami indyku z ośmiu kilo tuszy wydobędziemy z sześć i pół czystego mięsa (….). Z ekologicznego trzy kilo to świat i ludzie. Jemu masa nie przyrasta jak brojlerom: napędzisz i jazda! A ilu klientów jest w stanie zapłacić za prawdziwie ekologiczny produkt? To zaledwie 2-3% wszystkich mięsożernych klientów… Michalak konstatuje, że zatem może lepiej kupić raz na jakiś czas ekologiczny, czysty produkt (choć kilkakrotnie droższy) niż zjadać niemal codziennie mięso pędzone w sposób przemysłowy, niekorzystny dla naszego zdrowia.

No dobrze, skoro nie mięso, to może ryby? Weźmy te morskie. Wiele gatunków ryb jest zagrożonych wyginięciem (jak chociażby tuńczyk błękitnopłetwy czy okoń nilowy), a na nasze stoły w centralnej Polsce świeża ryba trafia dopiero po kilku dniach (zatem już nie jest świeża…). Czyste mięso mają niestety tylko ryby dziko żyjące lub te z ekologicznych hodowli, które nota bene można policzyć na palcach jednej ręki. Z morskich ryb nawet moje ulubione dorsze są coraz słabsze i mniejsze. Ponoć zasoby ich pożywienia bardzo uszczuplają paszowce, czyli norweskie statki, które poławiają mniejsze rybki na paszę dla łososi norweskich i innych zwierząt fermowych. (…) Odławia się wszystko, jak leci, a inspektorzy nie mogą nawet wejść na pokład jednostek, które zgłaszają do portu, że mają ryby na paszę. WWF Polska alarmuje, że co 20 minut na świecie wymiera jeden gatunek ryby, a aż 30 proc. stworzeń, w tym morskich, jest zagrożonych wyginięciem. W Bałtyku tylko 3 na 10 poławianych komercyjnie gatunków znajduje się na stabilnym poziomie – mimo to połowy wszystkich dziesięciu są kontynuowane.

Nie od dziś wiadomo, że łososie hodowlane również są faszerowane antybiotykami i hormonami, a także mączką rybną. A może warto kupować pstrągi w supermarketach? No cóż… W przemysłowych hodowlach te ryby całe swoje krótkie i smutne życie spędzają w sztucznych zbiornikach wodnych. W ekstensywnych hodowlach skraca się życie ryby do dziewięciu-jedenastu miesięcy, sztucznie wywołuje cykl  rozrodczy. Potem się rybę przekarmia, ledwo ma miejsce, żeby się poruszyć, podobnie jak kurczaki na fermach brojlerów. (…) Taka hodowla w całości odbywa się w kontenerach i betonowych stawach, ryby nie widzą w ogóle świata, tylko karmiarki przejeżdżające nad kontenerem i równo sypiące karmę z antybiotykami i hormonami, od których zwierzęta puchną.

Czytam i jestem coraz bardziej przygnębiona.

OK. Skoro nie mięso i nie rybie mięso, to może przerzućmy się wyłącznie na warzywa i owoce? Tu sytuacja również nie wygląda najlepiej. Wiadomo, że warzywa i owoce (zwłaszcza te egzotyczne) trafiają do Polski jeszcze nie w pełni dojrzałe. Swoją zdatność do konsumpcji osiągają dopiero w dojrzewalniach, w których stwarza się im sztuczne, choć zbliżone do naturalnych warunki. Pisałam o tym tutaj, na przykładzie pomarańczy: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/02/05/o-uprawie-organicznych-pomaranczy-a-na-deser-ciasto-jogurtowo-pomaranczowe/ I nie wierzcie w bzdurne reklamy, które przekonują, że świeże i dojrzałe owoce i warzywa trafiają do nas prosto z krzaczka lub drzewa… A my przyzwyczajani do smaku dyskontowych pomidorów, jabłek czy śliwek powoli zapominamy ich prawdziwą, nie plastikową słodycz, smak i zapach. Bo supermarkety nie chcą karmić ludzi smacznymi produktami, lecz tym, że ważniejsze są dla nich inne cechy niż smak, na przykład wytrzymałość. Dlatego wymuszają selektywną uprawę ze względu na konkretne właściwości. To, że na przykład sklepowe pomidory często bywają niesmaczne, jest głównie kwestią odmiany, bo w tej produkcji nacisk kładzie się na plenność i odporność na  choroby czy wytrzymałość w transporcie.

Lecz z drugiej strony krytykowana produkcja wysokoobszarowa warzyw i owoców podlega rygorystycznej kontroli: te produkty są kontrolowane na obecność pozostałości pestycydów i zawartość azotanów i azotynów. A na targach i bazarkach handlują bardzo różni producenci, którzy mogą sprzedawać coś nie najlepszej jakości nie ze złej woli, lecz z nieświadomości. (…) a im mniejszy obszar mają pod opieką, tym łatwiej o brzemienną w skutkach pomyłkę. Jeśli masz nawóz, w którym substancji aktywnej potrzeba trzydziestu mililitrów na hektar, to jeśli rolnik ma do dyspozycji malutkie pole, bardzo łatwo pomylić się przy dozowaniu takich mikroskopijnych ilości. Dziesięciokrotnie przekroczyć dawkę to żaden problem, wystarczy dać dwie krople więcej. Nieświadomy niczego konsument w żaden sposób tego nie zweryfikuje.

Jak widzicie, lektura tej książki jest nie tylko pouczająca, ale również przygnębiająca. Oczywiście przede wszystkim jest to książka o tytułowym dobrym  jedzeniu, nie zepsutym niecnymi praktykami przemysłu nastawionego głównie na szybki zysk. Ale ja celowo wybrałam te fragmenty, które traktują o “psuciu” jedzenia przez wytwórców. Przyznam, że dzięki lekturze sporo się dowiedziałam  o mechanizmach rządzących tym rynkiem i jestem coraz bardziej świadomym konsumentem. Myślę, że czasem warto zastanowić się przez rutynowym wrzuceniem do koszyka produktu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni od lat. Może warto zwłaszcza wówczas, gdy mamy rodzinę, małe dzieci, którym pragniemy zapewnić to, co najlepsze, włącznie z jedzeniem. W tym kontekście stara zasada mówiąca o tym, że nie należy jeść, a należy się odżywiać nabiera zupełnie nowej perspektywy. A każda zmiana zaczyna się od refleksji. Za nią idzie działanie.

Na koniec zdradzę Wam tylko, że postanowiłam już jakiś czas temu rozpocząć własną ekologiczną parapetową uprawę. Pod kuchennym oknem rosną już kiełki, zioła, szczypiorek i natka pietruszki. W maleńkich doniczkach kiełkują z nasion cukinie. Lada chwila przepikujemy je do gleby. Tylko wyrychtujemy mini ogródek warzywny pod płotem:)

A dziś zostawiam Was z przepisem na makaron z warzywno-serowym nadzieniem. Smacznego. Mimo wszystko.

[Wszystkie cytaty, oprócz fragmentu dot. WWF Polska, pochodzą z książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017]

MUSZLE LUMACONI Z JARMUŻEM I RICOTTĄ W POMIDOROWYM SOSIE

/porcja dla 4 głodnych osób/

1 opakowanie makaronu lumaconi lub conciglioni

1 opakowanie jarmużu (200g)

2 opakowania ricotty (400 g)

1 opakowanie tartej mozzarelli

300 ml pasatty pomidorowej

4 ząbki czosnku

3 średnie cebule (użyłam czerwonych)

1/2 szklanki startego sera grana padano lub innego twardego długo dojrzewającego

2-3 gałązki pomidorków koktajlowych

2 łyżki oregano

olej rzepakowy do smażenia

sól, pieprz do smaku

 

Muszle gotujemy we wrzącej osolonej  wodzie przez ok. 4 minuty (muszą pozostać lekko twarde). Odcedzamy i rozkładamy na talerzu wyłożonym czystą ściereczką.

Jarmuż myjemy i usuwamy twarde łodyżki. Cebulę kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na rozgrzanym oleju przez ok. 5 minut, dodajemy jarmuż i dusimy na średnim ogniu pod przykryciem aż jarmuż zwiędnie i stanie się jasnozielony. Studzimy i przekładamy do miski, do której dodajemy ricottę i grana padano, mieszamy.

Czosnek przeciskamy przez wyciskarkę  do czosnku. Na patelnię wlewamy łyżeczkę oleju, dodajemy oregano i czosnek, wlewamy pasattę i doprawiamy pieprzem i solą. Dusimy na wolnym ogniu przez kwadrans.

Na dnie naczynia żaroodpornego wykładamy przestudzoną pasattę. Muszle nadziewamy mieszanką jarmużu i serów. Posypujemy mozzarellą, na wierzchu kładziemy gałązki pomidorków koktailowych.

Muszle zapiekamy przez ok. 20 minut w temperaturze 180ºC.

Smacznego:

Advertisements


Leave a comment

Chodzi za mną przepis, czyli placuszki z ricottą, kokosową nutą i malinami (z cyklu leniwe weekendowe śniadania)

dsc_6559

Ten przepis prześladował mnie od połowy lata. Znalazłam go na http://www.kuchniaagaty.pl. Śniły mi się pankejki z ricottą i sezonowymi owocami, ale jakoś zawsze na niedzielne leniwe śniadanie na naszym stole lądowało coś innego. Albo omlet, albo jajecznica albo, tak jak ostatnio, szakszuka.

Aż w pewne sobotnie popołudnie, gdy S. wrócił z targu obładowany siatkami, a w nich dwiema kobiałkami świeżutkich malin, klamka zapadła. Będą pankejki z ricottą. Placuszki, których do tej pory nie przygotowywałam na śniadanie.

Nazajutrz w ruch poszedł olej kokosowy tłoczony na zimno (najzdrowszy!) i moja największa patelnia. Do oryginalnego przepisu dodałam wiórki kokosowe, by wzmocnić kokosowy smak. Na stole, obok placuszków, wylądowały maliny, domowy jogurt naturalny i pyszny miód z Podhala, który podarował nam mój przyjaciel M. podczas ostatniej wizyty.

Placuszki były naprawdę smaczne, nawet Ozzy niemal połknął swoją skromną psią porcję;)

dsc_6565

PANKEJKI Z RICOTTĄ, KOKOSOWĄ NUTĄ I MALINAMI

/na podstawie http://www.kuchniaagaty.pl z moimi modyfikacjami/

1 szklanka mąki pszennej

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

2 łyżki wiórków kokosowych

1/4 łyżeczki soli

1 łyżka cukru trzcinowego

1 opakowanie ricotty

3/4 szklanki mleka 2%

2 średnie jajka

ziarenka z 1/2 laski wanilii lub 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego

olej kokosowy

do podania:

maliny

płatki kokosowe

jogurt naturalny

miód

 

W misce łączymy suche składniki: mąkę, proszek do pieczenia, wiórki kokosowe i sól. Do drugiej, większej miski wlewamy mleko, dodajemy ricottę, jajka, wanilię i mieszamy całość trzepaczką, po czym dodajemy suche składniki. Mieszamy całość, by składniki połączyły się.

Na patelni rozgrzewamy 1/2 łyżki oleju kokosowego i partiami smażymy placuszki na złoto (z obu stron). Aby smażone partami placki nie wystygły, umieszczamy je na talerzu i owijamy folią aluminiową.

Podajemy z jogurtem, miodem, płatkami kokosowymi i malinami lub innymi sezonowymi owocami.

Smacznego:)

dsc_6567

dsc_6561

dsc_6566


Leave a comment

Kolejne wcielenie cukinii, czyli wytrawna tarta z cukinią, ricottą, fetą i ziołami

dsc_5596

Nie wiedzieć kiedy noce stały się zimne, a poranki rześkie. W ogrodzie niemal do południa trawa jest pokryta poranną rosą, a słońce zachodzi przed 19ą. Jesień nadchodzi… To dobry czas na pieczenie. Jestem od niedawna w jakiejś malignie tartowej: piekę wytrawne tarty i robię słodkie tarty bez pieczenia.

Jakiś czas temu sąsiedzi obdarowali nas młodymi cukiniami i botwinką. Maleńkie buraczki ugotowałam na parze i zmiksowałam dla naszej małej dziewczynki i “przemyciłam” w obiadku z dynią i indykiem w roli głównej. Z cukinią postąpiłam podobnie, ale dziecię odmówiło konsumpcji cukiniowej papki z kropelką oliwy z oliwek. Aby pyszne, ekologiczne warzywa się nie zmarnowały wykorzystałam je w wytrawnej tarcie.

Żałuję, że nie mam sprzętu zwanego julienne, czyli specjalnej obieraczki do warzyw, z której wychodzą piękne, cieniutki wstążki. Ale w ostateczności poradziłam sobie bez tego przyrządu,  choć efekt nie jest aż tak spektakularny. A końcówki cukinii podjadałam na surowo. Jaka szkoda, że sezon na te cuda niebawem dobiegnie końca…

dsc_5609-2

WYTRAWNA TARTA Z CUKINIĄ, RICOTTĄ, FETĄ I ZIOŁAMI

/porcja dla 4 osób/

na kruchy spód:

1,5 szklanki mąki pszennej

1/2 kostki zimnego masła

1 jajko

2 łyżki startego parmezanu

1 łyżeczka soli

1-2 łyżki zimnej wody

na farsz:

1 średnia cukinia

2 duże jajka

1 ząbek czosnku

250 g ricotty

250 g fety

180 g śmietany 18%

180 g jogurtu greckiego light

świeżo mielony pieprz kolorowy

2 łyżeczki ulubionych ziół: np. bazylia, oregano, czosnek niedźwiedzi

sól himalajska

 

Przygotowujemy kruchy spód: na stolnicę wysypujemy mąkę, robimy wgłębienie, dodajemy do niego jajko, parmezan, sól i posiekane masło oraz wodę. Szybko zagniatamy ciasto, wylepiamy nim formę do pieczenia i chowamy do lodówki na co najmniej 1h.

Przygotowujemy farsz: do miski wbijamy jajka, posiekany czosnek, dodajemy pokruszoną fetę i ricottę, dodajemy śmietanę i jogurt. Doprawiamy pieprzem i ziołami.

Cukinię obieramy za pomocą julienne lub kroimy w cienkie i długie paski/wstążki.

Po 1h wyjmujemy formę z ciastem z lodówki, wierzch nakłuwamy widelcem. Pieczemy w temperaturze 180°C przez ok. 15 minut (do zezłocenia). Po upieczeniu spód studzimy na kratce kuchennej.

Na kruchy spód wylewamy masę serowo-jajeczną, a na wierzchu układamy wstążki cukinii. Cukinię możemy posypać mielonym pieprzem i odrobiną soli himalajskiej.

Tak przygotowaną tartę pieczemy przez ok. 40 minut (góra-dół) w piekarniku nagrzanym do temperatury 190°C (aż wierzch tarty się zetnie).

Smacznego:)

dsc_5600

dsc_5593


Leave a comment

O tym, co rośnie za płotem. Wegetariańska tarta z kwiatami cukinii, ricottą i kozim serem

DSC_5959Jedni z naszych sąsiadów mają tuż przy naszym płocie mały ogródek warzywny. Aby dojrzeć co w nim rośnie, trzeba ominąć czereśnię, przejść przez szpaler cisów na naszej działce i zbliżyć się do płotu. Od kilku tygodni krążyłam w okolicy z Zuzą na rękach subtelnie zapuszczając żurawia na przydomowy ogródek sąsiadów.

Po kilku dniach byłam niemal pewna: sąsiedzi hodują cukinię. A wśród baldachimów liści znajdował się obiekt mego pożądania: młode kwiaty cukinii. Przy najbliższej okazji postanowiłam “uśmiechnąć się” do Sąsiadki, z którą niemal codziennie zamieniamy kilka słów (najczęściej rozmawiając o dzieciach i psach:)) i poprosić o kilka kwiatów. Miałam bowiem plan, by w tym sezonie na obiad przygotować nadziewane kwiaty cukinii. Problemem był jednak do tej pory… brak kwiatów:)

DSC_5964Jak postanowiłam, tak też uczyniłam. Sąsiadka nieco zdziwiła się słysząc moje fanaberie (bo kto jada kwiaty zamiast owoców?!!), po czym bez wahania stwierdziła, że może mi urwać z grządki kilka sztuk, choćby zaraz. Odparłam, że z wielką chęcią, najpierw jednak muszę zaopatrzyć się w niezbędne składniki. Po kilku dniach uzbrojona w sery i śmietanę, dałam znać Sąsiadce, że to już czas na zerwanie obiektu mego pożądania. Dostałam kilka kwiatów, tak pięknych i drobnych, że zamiast je zjeść, najchętniej umieściłabym je w szklanej misie z wodą i podziwiała jak… kwiaty w wazonie.

Jednak chęć przetestowania smaku tych cudeniek była silniejsza. Przygotowałam wytrawną tartę z cukinią, ricottą i kozim serem. Efekt był bardzo smaczny: kruchy spód, słony, aksamitny farsz i delikatne kwiaty cukinii wraz ze słodkawymi krążkami młodej cukinii.

Uwielbiam dary lata. Czego chcieć więcej?

DSC_6063

WEGETARIAŃSKA TARTA Z KWIATAMI CUKINII, RICOTTĄ I KOZIM SEREM

/porcja dla 4 osób/

na kruchy spód:

1,5 szklanki mąki pszennej

1/2 kostki zimnego masła

1 żółtko

1 łyżeczka soli

1-2 łyżki zimnej wody

na farsz:

250 g ricotty

250 g sera koziego

2 jajka

180 g jogurtu greckiego light

250 g śmietany 12%

1-2 posiekane dymki

2 ząbki czosnku

2 łyżki posiekanego szczypiorku

1/2 małej cukinii

5-6 kwiatów cukinii

1/4 łyżeczki pieprzu cayenne

sól, pieprz

 

Przygotowujemy kruche ciasto: na stolnicę wysypujemy mąkę, robimy wgłębienie, dodajemy do niego żółtko, sól i posiekane masło oraz wodę. Szybko zagniatamy ciasto, owijamy je w folię i chowamy do lodówki na co najmniej 1h.

Przygotowujemy farsz: w wysokim naczyniu łączymy 125 g ricotty i 125 g sera koziego z jogurtem greckim, śmietaną, jajkami i szczypiorkiem. Dodajemy dymkę, czosnek, szczypiorek i przyprawy. Całość dokładnie mieszamy.

Cukinię kroimy na plasterki. Z kwiatów cukinii usuwamy pręciki znajdujące się w kielichach, a następnie faszerujemy je pozostałym serem kozim i ricottą z dodatkiem odrobiny pieprzu (można dodać kilka posiekanych plasterków czosnku).

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC.

Z lodówki wyjmujemy ciasto, wałkujemy je w kształcie cienkiego placka. Żaroodporną tartę smarujemy masłem i wykładamy ciastem po bokach tworząc wysokie brzegi (aby nie rozlał się farsz). Spód nakłuwamy widelcem i pieczemy ok. 15-20 minut (do zezłocenia się wierzchu).

Przygotowany wcześniej farsz wlewamy na podpieczony spód, na wierzchu układamy faszerowane kwiaty cukinii i plasterki cukinii. Tartę pieczemy ok. 35-40 minut w temperaturze 190ºC (farsz powinien być lekko ścięty).

Smacznego:)

DSC_6071

DSC_6059

DSC_5960

DSC_5958


Leave a comment

Sezonowo. Tarta ze szparagami, ricottą i suszonymi pomidorami

DSC_5467

Na początku maja pojawiają się te importowane. Zwykle przyjeżdżają z Hiszpanii i szczerze mówiąc daleko im do tego właściwego smaku. W połowie maja na rynek trafiają polskie. Białe i zielone, te ostatnie to moje ulubione. Szparagi, bo o nich mowa. Kiedyś synonim luksusu na talerzu i źródło dodatkowego, wakacyjnego zarobku Polaków wyjeżdżających na saksy do Niemiec.

Dziś szparagi można kupić nawet w zwykłej budzie z warzywami. I bardzo dobrze, bo są zdrowe, pełne witamin i mikroelementów. Wśród wielu zalet tego wysmukłego warzywa trzeba wymienić przede wszystkim to, iż wykazują działanie antynowotworowe, dobrze wpływają na rozwój płodu, wspomagają pracę nerek, wzmacniają skórę, włosy i paznokcie, wspierają pracą układu pokarmowego. A przy tym mają bardzo mało kalorii, tylko 18 w 100 gramach:)

Jedzmy więc szparagi, póki sezon na nie trwa. Dzisiaj proponuję podać je w wytrawnej tarcie w towarzystwie suszonych pomidorów i ricotty.

DSC_5477

DSC_5462

TARTA ZE SZPARAGAMI, RICOTTĄ I SUSZONYMI POMIDORAMI

/porcja dla 4 osób/

na kruchy spód:

1,5 szklanki mąki pszennej

1/2 kostki zimnego masła

1 żółtko

1 łyżeczka soli

1-2 łyżki zimnej wody

na farsz:

1 pęczek zielonych szparagów

2 duże jajka

5-6 plasterków suszonych pomidorów w zalewie

1/2 szklanki śmietany 18%

1/2 szklanki jogurtu greckiego light

1 opakowanie ricotty

1/4 szklanki startego sera grana padano

sól, pieprz

łyżka ulubionych ziół (np. bazylia, oregano)

odrobina masła do wysmarowania formy

 

Przygotowujemy kruche ciasto: na stolnicę przesiewamy mąkę, dodajemy pokrojone na kawałeczki masło, żółtko, sól, wodę i szybko zagniatamy ciasto. Owijamy ciasto w folię spożywczą i umieszczamy w lodówce na 1h.

Szparagi myjemy, odrywamy zdrewniałe końcówki i dzielimy każdego szparaga na mniejsze kawałki. Pomidory kroimy w paseczki.

W misce umieszczamy śmietanę, jogurt, oba sery, wbijamy jajka i dodajemy przyprawy i zioła. Całość dokładnie mieszamy.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 190°C. Ciasto wyjmujemy z lodówki, rozwałkowujemy i wylepiamy nim żaroodporną formę wysmarowaną masłem. Podpiekamy spód przez ok. 15 minut lub do zezłocenia wierzchu. Następnie wyjmujemy ciasto z piekarnika, lekko studzimy, po czym wylewamy masę jajeczno-serową. Na wierzchu układamy szparagi i kawałki suszonych pomidorów. Tartę pieczemy ok. 25-30 minut w temperaturze 190°C (termoobieg).

Smacznego:)

DSC_5474

DSC_5466


Leave a comment

Zielono mi, czyli lasagne verde

DSC_5344Jednym ze sztandarowych dań kuchni włoskiej jest lazania. Wśród nich królują dwie damy: lasagne rosso (czyli czerwona, z pomidorami) i lasagne verde (zielona, ze szpinakiem). Przyszła wiosna i nasz organizm domaga się większej ilości zieleniny, a za chwilę nowalijek. Póki co, przez cały rok mamy pod ręką szpinak, bogaty w żelazo, witaminy i antyoksydanty.

Szperam w Sieci i czytam, że szpinak “odkryli” w średniowieczu Arabowie podczas jednej z wypraw do Persji. Znacznie później szpinak trafił do Europy i został na początku swej kariery na starym kontynencie uznany za warzywo lecznicze.

Dzisiejszy przepis to połączenie szpinaku z czterema serami podane właśnie w towarzystwie płatów lazanii i sosu beszamelowego. Zwykle przygotowuję lazanię z mięsem indyczym i sosem pomidorowym, tym razem naszła mnie ochota na wersję wege ze szpinakiem i aż czterema rodzajami sera.

Zieleń rządzi na polu i na talerzu:)

DSC_5340

LAZANIA ZE SZPINAKIEM I CZTEREMA SERAMI POD BESZAMELEM

/porcja dla 4 osób/

10-12 płatów lazanii

2 cebule

3 ząbki czosnku

200 g świeżego szpinaku baby

200 g sera feta

250 g chudego twarogu

125 g tartej mozzarelli

250 g sera ricotta

6-7 średnich suszonych pomidorów w zalewie

sól, pieprz

olej do smażenia

na sos beszamelowy:

1/4 kostki masła

ok. 3/4 szklanki mąki

ok. 1 szklanki mleka

duża szczypta gałki muszkatołowej

pieprz, sól

 

Cebulę i czosnek drobno siekamy i wrzucamy na patelnię z rozgrzanym olejem (łyżka), podsmażamy ok. 3-4 minut, a następnie dodajemy umyty i osuszony szpinak. Całość dusimy do momentu aż szpinak zwiędnie. Przyprawiamy do smaku pieprzem i solą. Odstawiamy.

W dużej misce umieszczamy wszystkie rodzaje sera, przy czym odkładamy na później 1/2 opakowania mozzarelli, sery rozdrabniamy widelcem, dodajemy pokrojone na cienkie plasterki suszone pomidory. Mieszamy całość i przyprawiamy do smaku pieprzem i odrobiną soli (feta jest bardzo słona).

Płaty lazanii obgotowujemy przez ok. 2 minut w osolonej wodzie, odkładamy na półmisek wyłożony czystą i suchą ściereczką.

Przygotowujemy sos beszamelowy: w rondelku na małym ogniu roztapiamy masło, po czym dodajemy mąkę cały czas mieszając. Gdy składniki się połączą dolewamy po trochu mleka i nadal mieszamy. Pod koniec doprawiamy gałką muszkatołową oraz odrobiną pieprzu i soli.

Na dno żaroodpornej formy wykładamy 2 łyżki szpinaku, następnie kilka łyżek mieszanki serów i wygładzamy powierzchnię, którą przykrywamy 3-4 płatami lazanii. Kontynuujemy przekładankę aż do wyczerpania składników, przy czym ostatnią warstwę powinien stanowić makaron. Na wierzchu rozprowadzamy sos beszamelowy i posypujemy pozostałą mozzzarellą.

Lazanię pieczemy w temperaturze 180ºC przez ok. 20 minut lub do zrumienienia wierzchu.

Smacznego:)

DSC_5346

DSC_5343


Leave a comment

Niedzielny obiad w ogrodzie, czyli cannelloni z kurkami, szpinakiem i ricottą

canelloni_kurki_szpinak_ricotta_01

Wygląda na to, że niepostrzeżenie minęły ostatnie tak ciepłe dni, gdy można było celebrować posiłek w ogrodzie bez konieczności opatulania się polarowym kocykiem. Pod koniec sierpnia wynieśliśmy więc stół, krzesła, zastawę i pozostałe utensylia, by zjeść rodzinny niedzielny obiad.

Lubię dania jednogarnkowe z dwóch powodów. Po pierwsze, są one zwykle pełne pysznych składników, a po drugie, po posiłku nie ma zbyt wiele naczyń do mycia:) Wszystko mieści się bowiem w jednym garnku lub formie do zapiekania. Tak jest i tym razem. Dzisiejsza propozycja, to wegetariański obiad w stylu włoskim z polskim akcentem, a wszystko podane w jednym dużym naczyniu. To cannelloni faszerowane kurkami z cebulką, szpinakiem i serem ricotta. Całość zapieczona pod mozzarellą. Wbrew pozorom przygotowanie tej potrawy nie wymaga biegłości kulinarnej. Wystarczy dobra organizacja pracy i niezbędne składniki. Ciepły, słoneczny dzień i ogród nie są elementami niezbędnymi, aczkolwiek podkręcą atmosferę ;)

Przy okazji nie omieszkam wspomnieć o jednym ze składników tego dania, czyli o kurkach. Po okresie suszy, na niektórych bazarkach i targowiskach szczęśliwie znów pojawiły się te pyszne grzyby. Te z lasu smakują wyśmienicie, w przeciwieństwie do tych sprzedawanych w popularnych dyskontach. Te ostatnie są wysuszone, chude i anemiczne. Pochodzą z komercyjnych hodowli grzybów. Jeśli więc szykujecie rodzinny obiad z kurkami w jednej z głównych ról, warto pofatygować się po nie na bazarek.

canelloni_kurki_szpinak_ricotta_02

canelloni_kurki_szpinak_ricotta_03

CANNELLONI Z KURKAMI, SZPINAKIEM I RICOTTĄ ZAPIEKANE POD MOZZARELLĄ

/porcja dla 4 osób/

1/2 opakowania cannelloni

2 szklanki kurek, umytych i oczyszczonych

2 średnie cebule

4 ząbki czosnku

1 opakowanie szpinaku mrożonego (w liściach)

1 opakowanie ricotty (250 g)

kawałek parmezanu

1 duże opakowanie mozzarelli

olej

pieprz, sól

 

Cannelloni gotujemy w osolonej wodzie z dodatkiem łyżki oliwy przez ok. 3 minuty. Odcedzamy i odkładamy na talerz.

Cebulę i czosnek siekamy drobno i podsmażamy na oliwie. Połowę cebuli przekładamy na osobną patelnię i smażymy razem ze szpinakiem doprawiając pieprzem i solą. Drugą połowę smażymy z uprzednio pokrojonymi kurkami. Po usmażeniu odstawiamy obie patelnie, by ich zawartość przestygła.

W dużej misce umieszczamy kurki, szpinak i ricottę, łączymy całość w jedną masę. Doprawiamy połową startego parmezanu oraz do smaku solą i pieprzem.

Mozzarellę kroimy na cienkie plastry.

Cannelloni faszerujemy nadzieniem ze szpinakowo-kurkowym, układamy w żaroodpornym naczyniu i przykrywamy równomiernie mozzarellą. Posypujemy pozostałym parmezanem. Całość zapiekamy ok. 15-20 minut w temperaturze 180°C.

Smacznego:)

canelloni_kurki_szpinak_ricotta_04

canelloni_kurki_szpinak_ricotta_05

canelloni_kurki_szpinak_ricotta_06