gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Zrób coś dla Ziemi, czyli makaron w sosie śmietanowym z fenkułem, szpinakiem i suszonymi pomidorami

Coraz częściej myślę o przejściu na wegetariańską dietę. Nie wegańską, bo nie wyobrażam sobie życia bez jajek i miodu, ale wegetariańska coraz bardziej mnie kusi i nęci. Czytam o dewastacji środowiska i gazach cieplarnianych, których straszne ilości produkują przemysłowe hodowle zwierząt. Czytam o cierpieniu brojlerów, które są tak tuczone, że przed ubojem osiągają monstrualną wagę (to tak, jakby pięcioletnie dziecko ważyło 100 kg). Oliwy do ognia dolewają ostatnie afery z nielegalnymi ubojniami zwierząt…

Alarmujące raporty o stanie środowiska naturalnego mówią o tym, że mamy zaledwie 12 lat na reakcję, by ocalić planetę. Politycy są na to głusi, ale każdy z nas może zrobić coś dla Ziemi. Niewiele, ale w skali planety być może dużo.

Powinniśmy zmieniać wszystko, co można, także swoje życie, tak by stało się ono jak najmniej obciążającym przyrodę. Jest dużo możliwości: od ekologicznych źródeł energii do drobiazgów typu nieużywanie torebek foliowych, segregowanie śmieci, mniej mięsa w diecie. Styl życia. Ślad ekologiczny, który zostawiamy na planecie, jest zdecydowanie za duży i to musi się zmienić. A czasu mamy coraz mniej. [prof. Piotr Skubała w wywiadzie da Zwierciadła, nr 1 (2067) ze stycznia 2019 r.]

Wiem, że dieta wegetariańska wymaga suplementacji niektórymi witaminami i mikroelementami i mam świadomość, że trzeba się do niej przygotować i zaplanować. Póki co, zamawiam kolejne książki kulinarne o roślinnej kuchni i w menu przemycam strączki. Przeglądając książki o wege kuchni coraz częściej myślę, że jedząc zdrowiej przy okazji mogłabym zrobić coś dobrego dla naszej planety.

Rodzina już została uprzedzona, że gdy gotuję obiad dla wszystkich, nie znajdą w nim raczej mięsa. I choć nie wszystkim się to podoba, postanowiłam ograniczać jedzenie mięsa. Wyjątkiem jest tutaj Zu, która w przedszkolu jada mięso, a w domu gotuję jej co kilka dni zupy na małej porcji indyka. I dorzucam strączki, co nie jest aż tak trudne, bo toleruje ciecierzycę i soczewicę:)

Idąc tym tropem, przygotowałam wegetariański sos do makaronu. Smaczny i szybki obiad. Spróbujcie. Matka Ziemia będzie Wam wdzięczna:)

MAKARON W SOSIE ŚMIETANOWYM Z FENKUŁEM, SZPINAKIEM I SUSZONYMI POMIDORAMI

/porcja dla 4 osób/

1 opakowanie dowolnego makaronu

200 ml śmietany 30%

fenkuł

2 małe pory (tylko biała część)

3 garście szpinaku baby

3-4 suszone pomidory

2-3 łyżki sera typu parmezan

olej rzepakowy

szczypta gałki muszkatołowej

sól, pieprz

 

Fenkuł i pory drobno kroimy, wrzucamy na dużą patelnię z rozgrzanym olejem. Smażymy 2-3 minuty, a następnie dolewamy 1/2 szklanki wody, przykrywamy pokrywką i dusimy na małym ogniu do miękkości warzyw. Dodajemy szczyptę gałki muszkatołowej oraz sól i pieprz do smaku. Wlewamy śmietankę i krótko zagotowujemy sos.

Gotujemy makaron al dente. Do sosu dodajemy szpinak, dusimy chwilę, a gdy zwiędnie, dorzucamy suszone pomidory pokrojone w paseczki. Na talerze wykładamy makaron, polewamy sosem,  a wierzch posypujemy startym parmezanem.

Smacznego:)

Advertisements


Leave a comment

Warzywne testowanie, czyli buraczane gnocchi z ricottą i twarogiem

Lubię sobie czasem sprawiać małe przyjemności w postaci książek. Bez okazji, dla samej przyjemności czytania. Raz jest to najnowszy w rzeczy samej Pilch (teraz marzę o Twardochu:)), raz Smoleński, innym razem kolejna książka z serii Czarnego o dawnym Zakopanem, a czasem po prostu dużo wysmakowanych zdjęć i przepisów, czyli książka kulinarna.

Ostatnio zrobiłam sobie przyjemność zamawiając Warzywo Dominiki Wójciak. Zupełnie przy okazji, składając zamówienie na inną książkę-prezent dla kogoś z rodziny w internetowej księgarni. Kurier przywiózł książki i nie minęło kilka dni, a przetestowałam już cztery przepisy. Aktualnie eksploruję dział “burak i botwinka”:)

Buraczki pokochałam w zasadzie od czasu, gdy zostałam mamą. Ich dobroczynny wpływ to nie tylko produkcja czerwonych krwinek i zapobieganie anemii, ale również zapobieganie zaparciom u maluchów (i nie tylko).  A to zaledwie skromna część z niesamowitych możliwości tego niepozornego warzywa. Tak więc od pewnego czasu jestem zapaloną orędowniczką i promotorką dań z buraków w domowej kuchni. Nic więc dziwnego, że jako jedno z pierwszych dań z Warzywa jedliśmy buraczane gnocchi z ricottą z chrzanowo-śmietanowym sosem i masłem szałwiowym. A do podania płatki mojego ukochanego grana padano.

Lepiłam i jadłam myśląc “jestem w niebie”;)

BURACZANE GNOCCHI

/przepis pochodzi z książki Dominiki Wójciak Warzywo, Wydawnictwo Pascal, Warszawa 2015, z moimi modyfikacjami/

4 średnie buraki upieczone w skórce

250 g ricotty

100 g twarogu półtłustego

50 g startego grana padano lub parmezanu

1 żółtko

1/4 łyżeczki startej gałki muszkatołowej

1 szklanka mąki pszennej + trochę do podsypania

200 g śmietany 12%

1 łyżka chrzanu (użyłam ze słoika)

1 łyżka soku z cytryny

3 łyżki masła

1 łyżka świeżej lub suszonej szałwii

świeżo starty kolorowy pieprz

sól

 

Buraki obieramy ze skórki i miksujemy na gładkie purée. Ricottę przekładamy na sitko i odsączamy (1h).

Na stolnicę wykładamy buraczane purée, dodajemy ricottę, twaróg, starte na tarce grana padano i żółtko. Doprawiamy gałką muszkatołową, pieprzem i solą. Dokładnie łączymy wszystkie składniki i powoli dodajemy mąkę, ale tylko do momentu,  gdy ciasto da się uformować w kulę i zacznie odchodzić od ręki. Tak przygotowane ciasto przykrywamy czystą ściereczką i odkładamy na 1/2h.

Następnie z ciasta odrywamy kawałki i formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, które obtaczamy w mące i wrzucamy do garnka z wrzącą, osoloną wodą.

W międzyczasie na patelni podgrzewamy masło z dodatkiem szałwii. W osobnej miseczce łączymy śmietanę z chrzanem i sokiem z cytryny oraz szczyptą soli.

Gdy gotujące się kluseczki zaczną wypływać na powierzchnię, wyjmujemy je na talerz łyżką cedzakową, polewamy gorącym masłem szałwiowym i podajemy z sosem śmietanowo-chrzanowym posypane wiórkami grana padano,

Smacznego:)


Leave a comment

Cudownie odnaleziona skarpetka i makaron w sosie śmietanowo-kurkowym z szałwią i grana padano

Rano szybkie śniadanie w towarzystwie Zu, która z upodobaniem wciąga owsiankę z owocami i popija kawą Inką. Bardzo dumna, bo pije z dorosłego kubka, tego w kotki.

Potem toaleta, przebieranie, smarowanie buzi kremem na każdą pogodę i Zu już siedzi w foteliku gotowa do przedszkola. W międzyczasie S. przebiera nogami, co i rusz zerkając na zegarek.

Wciąga powietrze do płuc i wyjmuje z szafki przy zlewie nienapoczętą paczkę wilgotnych chusteczek do czyszczenia wszystkich powierzchni. Przeciera blaty, zagarnia farfocle z kątów na środek kuchennej terakoty. Na kolanach, metodycznie. Kurz i okruchy przyklejają się do mokrej, pieniącej się wciąż powierzchni fizelinowej szmatki.

Ogarniam dom, sprzątam zabawkowe pobojowisko na dywanie, w najmniej oczekiwanym miejscu znajduję zaginioną dwa miesiące temu skarpetkę Zu, płacę rachunek za prąd, wstawiam pranie, myję brudne naczynia. Siadam do laptopa z poczuciem, że mam przed sobą kilka niezakłóconych godzin na ogarnięcie projektowych spraw, ugotowanie zupy dla Zu i kilka innych drobnych rzeczy.

Sprzątnęła całe mieszkanie przed jedenastą, niczym sprawny automat, skupiona, a nawet trochę euforyczna. Od godziny pracuje, z zadziwiającą koncentracją uderzając w miniaturową klawiaturę służbowego tabletu (…).*

Lekarz po badaniu napisał w karcie informacyjnej choroby: odpoczynek i unikanie zbiorowisk ludzkich przez dwa tygodnie. Dobre sobie! Lekarz był mężczyzną i w mojej sytuacji będąc ojcem mógłby sobie pozwolić na to, co eufemistycznie zwie się odpoczynkiem. Matka na chorobowym nie ma taryfy ulgowej. I choć już drugi tydzień pracuję zdalnie, w zasadzie nic się nie zmieniło. Nie tracę tylko czasu na dojazdy. Tracę za to pieniądze na leki.

Ani się obejrzałam, a jest już szesnasta. Dziadkowie przywożą Zu z przedszkola. Stęskniłam się.

Kiedy pracuję w domu, najchętniej gotuję potrawy, które są nieskomplikowane i nie wymagają zbyt dużo czasu, aby je przygotować. Zwykle makaron, do tego prosty i smaczny sos. Zgodnie z zasadą less is more. Taki jest też ten przepis. Kilka chwil przy kuchennej wyspie i mamy obiad w niecałe pół godziny. Polecam nie tylko zapracowanym mamom:)

 

* Wszystkie cytaty pochodzą z książki Natalii Fiedorczuk, Ulga, Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2018

MAKARON W SOSIE ŚMIETANOWO-KURKOWYM Z SZAŁWIĄ I GRANA PADANO

/przepis na 4 porcje/

1 opakowanie makaronu (użyłam świderków)

1 opakowanie śmietany 30%

1 mała cebula

1 szalotka

1 ząbek czosnku

20 dag kurek

kilkanaście listków suszonej szałwii

kawałek grana padano lub innego sera długo dojrzewającego

olej rzepakowy

sól i pieprz do smaku

 

Przygotowujemy sos: szalotkę, cebulę i czosnek obieramy, drobno siekamy i wrzucamy na patelnię z rozgrzanym olejem. Smażymy na średnim ogniu do momentu, aż się zeszklą. Następnie wrzucamy umyte i posiekane na mniejsze kawałki kurki i połowę drobno posiekanych listków szałwii, smażymy do miękkości grzybów. Doprawiamy solą i pieprzem, wlewamy śmietanę i delikatnie podgrzewamy do momentu zagotowania.

W międzyczasie gotujemy al dente makaron. Ugotowany makaron wykładamy na talerze, polewamy sosem, posypujemy startym grana padano i pozostałymi listkami szałwii.

Smacznego:)


2 Comments

Jedz sezonowo, czyli pasta primavera

Sezonowe jedzenie ma to do siebie, że nigdy się nie nudzi. Może tylko pod koniec zimy trochę zaczyna doskwierać nam brak świeżych warzyw i owoców. Prowadzenie kuchni zgodnie z cyklem przyrody otwiera przed smakoszami cały wachlarz doznań podniebienia.

Pod koniec długiej, środkowoeuropejskiej zimy niecierpliwie czekamy na nowalijki. Późną wiosną objadamy się pierwszymi  lokalnymi warzywami, a lato to istny raj kulinarnych doznań, bo przecież stragany uginają się od owoców i warzyw dojrzałych w słońcu. To czas, gdy odstawiamy do lamusa cytrusy i pozostałe owoce południowe, które zanim trafią na nasze stoły, sporą część swego krótkiego życia i tak spędzą w dojrzewalniach.

Jesień to obfitość dyniowatych oraz rodzimych śliwek, gruszek i jabłek. To czas szarlotek i wytrawnych tart. A zima w kuchni? No cóż, kojarzy mi się z korzeniowymi, rozgrzewającymi zupami i… warzywami z mrożonek.

Dzisiejsza propozycja to ekspresowe danie wyłącznie na bazie świeżych produktów. Szparagi w tym przepisie możecie zastąpić podwójną porcją groszku, fasolką szparagową lub bobem. Będzie równie pysznie.

PASTA PRIMAVERA CZYLI MAKARON ZE SZPARAGAMI, CUKINIĄ I GROSZKIEM

/porcja dla 4 osób, na podstawie przepisu z Kukbuk rodzina, nr 2/2018/

400 g makronu (użyłam muszelki gnochi/

1 ząbek czosnku

1/2 pęczka zielonych szparagów

60 g groszku

1 średnia cukinia

2 łyżki  oliwy

60 g mascarpone

100 g grana padano lub innego sera typu parmezan

sól i świeżo mielony pieprz kolorowy

 

Czosnek siekamy, cukinię kroimy w cienkie półplasterki, szparagi pozbawiamy zdrewniałych końcówek i tniemy na kawałki. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy czosnek, cukinię, szparagi i groszek. Podsmażamy na małym ogniu przez ok. 10 minut co jakiś czas mieszając (warzywa powinny pozostać jędrne). Przyprawiamy solą i pieprzem, dodajemy mascarpone i ścieramy połowę grana padano. Mieszamy całość, aż uzyskamy gładki, kremowy sos.

Makaron gotujemy al dente, odcedzamy (pozostawiając ok. 1/3 szklanki wody z gotowania). Makaron wrzucamy do sosu, wlewamy trochę wody z gotowania makaronu. Przekładamy na talerze i posypujemy pozostałym grana padano i świeżo mielonym pieprzem. Podajemy natychmiast.

Smacznego:)


Leave a comment

O dobrym i złym jedzeniu słów kilka. Muszle lumaconi z jarmużem i ricottą w pomidorowym sosie

 

Moja ostatnia wyprawa na zakupy spożywcze nie była już tak beztroska, jak do tej pory. Jestem świeżo po lekturze książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak. A wnioski płynące z tej lektury są raczej niewesołe. Ale zacznijmy od początku.

Od kiedy przeszłam na swoje (czyli od czasów studiów), zawsze czytałam etykiety na produktach. Z początku głównie daty przydatności do spożycia, z czasem coraz więcej: skąd pochodzi dane jedzenie i przede wszystkim jaki ma skład dany produkt. Bycie świadomym konsumentem to również trochę dłuższy czas poświęcony na robienie zakupów, ale nadal jestem przekonana, że warto to robić.  Do tej pory nieco czytałam o przemysłowej produkcji żywności i przyznam, że niektóre praktyki producentów przyprawiały mnie o ciarki na plecach. Gdy skończyłam O dobrym jedzeniu… nabrałam ochoty, by zostać wegetarianką i żywić się jedynie tym, co sama wyhoduję we własnym ogródku (jeśli go w końcu założę).

Jadamy mięso. Okazuje się, że jeśli chcemy kupić drób lub wieprzowinę, które nie są hodowane w sposób przemysłowy, czyli faszerowane hormonami wzrostu, powinniśmy zaopatrywać  się u sprzedawców, którzy kupują mięso bezpośrednio z małych ubojni, a te skupują zwierzęta od hodowców prowadzących gospodarstwa ekologiczne. Przy przemysłowym, pędzonym antybiotykami indyku z ośmiu kilo tuszy wydobędziemy z sześć i pół czystego mięsa (….). Z ekologicznego trzy kilo to świat i ludzie. Jemu masa nie przyrasta jak brojlerom: napędzisz i jazda! A ilu klientów jest w stanie zapłacić za prawdziwie ekologiczny produkt? To zaledwie 2-3% wszystkich mięsożernych klientów… Michalak konstatuje, że zatem może lepiej kupić raz na jakiś czas ekologiczny, czysty produkt (choć kilkakrotnie droższy) niż zjadać niemal codziennie mięso pędzone w sposób przemysłowy, niekorzystny dla naszego zdrowia.

No dobrze, skoro nie mięso, to może ryby? Weźmy te morskie. Wiele gatunków ryb jest zagrożonych wyginięciem (jak chociażby tuńczyk błękitnopłetwy czy okoń nilowy), a na nasze stoły w centralnej Polsce świeża ryba trafia dopiero po kilku dniach (zatem już nie jest świeża…). Czyste mięso mają niestety tylko ryby dziko żyjące lub te z ekologicznych hodowli, które nota bene można policzyć na palcach jednej ręki. Z morskich ryb nawet moje ulubione dorsze są coraz słabsze i mniejsze. Ponoć zasoby ich pożywienia bardzo uszczuplają paszowce, czyli norweskie statki, które poławiają mniejsze rybki na paszę dla łososi norweskich i innych zwierząt fermowych. (…) Odławia się wszystko, jak leci, a inspektorzy nie mogą nawet wejść na pokład jednostek, które zgłaszają do portu, że mają ryby na paszę. WWF Polska alarmuje, że co 20 minut na świecie wymiera jeden gatunek ryby, a aż 30 proc. stworzeń, w tym morskich, jest zagrożonych wyginięciem. W Bałtyku tylko 3 na 10 poławianych komercyjnie gatunków znajduje się na stabilnym poziomie – mimo to połowy wszystkich dziesięciu są kontynuowane.

Nie od dziś wiadomo, że łososie hodowlane również są faszerowane antybiotykami i hormonami, a także mączką rybną. A może warto kupować pstrągi w supermarketach? No cóż… W przemysłowych hodowlach te ryby całe swoje krótkie i smutne życie spędzają w sztucznych zbiornikach wodnych. W ekstensywnych hodowlach skraca się życie ryby do dziewięciu-jedenastu miesięcy, sztucznie wywołuje cykl  rozrodczy. Potem się rybę przekarmia, ledwo ma miejsce, żeby się poruszyć, podobnie jak kurczaki na fermach brojlerów. (…) Taka hodowla w całości odbywa się w kontenerach i betonowych stawach, ryby nie widzą w ogóle świata, tylko karmiarki przejeżdżające nad kontenerem i równo sypiące karmę z antybiotykami i hormonami, od których zwierzęta puchną.

Czytam i jestem coraz bardziej przygnębiona.

OK. Skoro nie mięso i nie rybie mięso, to może przerzućmy się wyłącznie na warzywa i owoce? Tu sytuacja również nie wygląda najlepiej. Wiadomo, że warzywa i owoce (zwłaszcza te egzotyczne) trafiają do Polski jeszcze nie w pełni dojrzałe. Swoją zdatność do konsumpcji osiągają dopiero w dojrzewalniach, w których stwarza się im sztuczne, choć zbliżone do naturalnych warunki. Pisałam o tym tutaj, na przykładzie pomarańczy: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/02/05/o-uprawie-organicznych-pomaranczy-a-na-deser-ciasto-jogurtowo-pomaranczowe/ I nie wierzcie w bzdurne reklamy, które przekonują, że świeże i dojrzałe owoce i warzywa trafiają do nas prosto z krzaczka lub drzewa… A my przyzwyczajani do smaku dyskontowych pomidorów, jabłek czy śliwek powoli zapominamy ich prawdziwą, nie plastikową słodycz, smak i zapach. Bo supermarkety nie chcą karmić ludzi smacznymi produktami, lecz tym, że ważniejsze są dla nich inne cechy niż smak, na przykład wytrzymałość. Dlatego wymuszają selektywną uprawę ze względu na konkretne właściwości. To, że na przykład sklepowe pomidory często bywają niesmaczne, jest głównie kwestią odmiany, bo w tej produkcji nacisk kładzie się na plenność i odporność na  choroby czy wytrzymałość w transporcie.

Lecz z drugiej strony krytykowana produkcja wysokoobszarowa warzyw i owoców podlega rygorystycznej kontroli: te produkty są kontrolowane na obecność pozostałości pestycydów i zawartość azotanów i azotynów. A na targach i bazarkach handlują bardzo różni producenci, którzy mogą sprzedawać coś nie najlepszej jakości nie ze złej woli, lecz z nieświadomości. (…) a im mniejszy obszar mają pod opieką, tym łatwiej o brzemienną w skutkach pomyłkę. Jeśli masz nawóz, w którym substancji aktywnej potrzeba trzydziestu mililitrów na hektar, to jeśli rolnik ma do dyspozycji malutkie pole, bardzo łatwo pomylić się przy dozowaniu takich mikroskopijnych ilości. Dziesięciokrotnie przekroczyć dawkę to żaden problem, wystarczy dać dwie krople więcej. Nieświadomy niczego konsument w żaden sposób tego nie zweryfikuje.

Jak widzicie, lektura tej książki jest nie tylko pouczająca, ale również przygnębiająca. Oczywiście przede wszystkim jest to książka o tytułowym dobrym  jedzeniu, nie zepsutym niecnymi praktykami przemysłu nastawionego głównie na szybki zysk. Ale ja celowo wybrałam te fragmenty, które traktują o “psuciu” jedzenia przez wytwórców. Przyznam, że dzięki lekturze sporo się dowiedziałam  o mechanizmach rządzących tym rynkiem i jestem coraz bardziej świadomym konsumentem. Myślę, że czasem warto zastanowić się przez rutynowym wrzuceniem do koszyka produktu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni od lat. Może warto zwłaszcza wówczas, gdy mamy rodzinę, małe dzieci, którym pragniemy zapewnić to, co najlepsze, włącznie z jedzeniem. W tym kontekście stara zasada mówiąca o tym, że nie należy jeść, a należy się odżywiać nabiera zupełnie nowej perspektywy. A każda zmiana zaczyna się od refleksji. Za nią idzie działanie.

Na koniec zdradzę Wam tylko, że postanowiłam już jakiś czas temu rozpocząć własną ekologiczną parapetową uprawę. Pod kuchennym oknem rosną już kiełki, zioła, szczypiorek i natka pietruszki. W maleńkich doniczkach kiełkują z nasion cukinie. Lada chwila przepikujemy je do gleby. Tylko wyrychtujemy mini ogródek warzywny pod płotem:)

A dziś zostawiam Was z przepisem na makaron z warzywno-serowym nadzieniem. Smacznego. Mimo wszystko.

[Wszystkie cytaty, oprócz fragmentu dot. WWF Polska, pochodzą z książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017]

MUSZLE LUMACONI Z JARMUŻEM I RICOTTĄ W POMIDOROWYM SOSIE

/porcja dla 4 głodnych osób/

1 opakowanie makaronu lumaconi lub conciglioni

1 opakowanie jarmużu (200g)

2 opakowania ricotty (400 g)

1 opakowanie tartej mozzarelli

300 ml pasatty pomidorowej

4 ząbki czosnku

3 średnie cebule (użyłam czerwonych)

1/2 szklanki startego sera grana padano lub innego twardego długo dojrzewającego

2-3 gałązki pomidorków koktajlowych

2 łyżki oregano

olej rzepakowy do smażenia

sól, pieprz do smaku

 

Muszle gotujemy we wrzącej osolonej  wodzie przez ok. 4 minuty (muszą pozostać lekko twarde). Odcedzamy i rozkładamy na talerzu wyłożonym czystą ściereczką.

Jarmuż myjemy i usuwamy twarde łodyżki. Cebulę kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na rozgrzanym oleju przez ok. 5 minut, dodajemy jarmuż i dusimy na średnim ogniu pod przykryciem aż jarmuż zwiędnie i stanie się jasnozielony. Studzimy i przekładamy do miski, do której dodajemy ricottę i grana padano, mieszamy.

Czosnek przeciskamy przez wyciskarkę  do czosnku. Na patelnię wlewamy łyżeczkę oleju, dodajemy oregano i czosnek, wlewamy pasattę i doprawiamy pieprzem i solą. Dusimy na wolnym ogniu przez kwadrans.

Na dnie naczynia żaroodpornego wykładamy przestudzoną pasattę. Muszle nadziewamy mieszanką jarmużu i serów. Posypujemy mozzarellą, na wierzchu kładziemy gałązki pomidorków koktailowych.

Muszle zapiekamy przez ok. 20 minut w temperaturze 180ºC.

Smacznego:


2 Comments

Obiad na mroźny dzień, czyli wołowina z papryką i chilli w sosie pomidorowym z dodatkiem świeżej kolendry

dsc_0310

Nadal mroźno.

Rano, codziennie od wielu miesięcy, przygotowuję na śniadanie kaszę jaglaną na mleku z dodatkiem owoców, orzechów i bakalii. Takie śniadanie nie tylko jest zdrowe i pożywne, ale także wprawia w dobry nastrój. Od kilku dni do jaglanki dodaję łyżeczkę tłoczonego na zimno oleju kokosowego (to patent, o którym przeczytałam w najnowszej książce Liski,  autorki kultowego bloga White Plate). I nagle moja stara dobra jaglanka stała się bardziej aksamitna, delikatnie kokosowa i smaczniejsza.

Nadal mroźno.

Wracamy do domu ze spaceru i chce nam się czegoś rozgrzewającego. Pożywne curry, gęsta zupa pomidorowa z ryżem basmati, makaron zapiekany z warzywami. Albo długo duszona wołowina. Zapraszam.

dsc_0306

dsc_0317

WOŁOWINA Z PAPRYKĄ I CHILLI W SOSIE POMIDOROWYM Z DODATKIEM ŚWIEŻEJ KOLENDRY

/porcja dla 4 osób/

1/2 ligawy wołowej

1 średnia czerwona papryka

1 papryczka chilli

2 średnie cebule

1 ząbek czosnku

500 ml passaty pomidorowej

1 liść laurowy

2 ziarenka ziela angielskiego

kawałek sera grana padano

garść świeżej kolendry

sól

świeżo mielony pieprz

olej rzepakowy

do podania:

makaron rigatoni

 

Cebulę kroimy w piórka lub kosteczkę, czosnek przeciskamy przez praskę, po czym  smażymy je kilka minut na patelni z rozgrzaną łyżką oleju rzepakowego. Następnie dodajemy wołowinę pokrojoną w kawałki lub paseczki. Podlewamy wodą (ok. 1 szklanki), dodajemy liść laurowy, ziele angielskie, pieprz do smaku, posiekaną papryczkę chilli (i ziarenka w zależności od tego jak pikantne danie chcemy), pokrojoną w paseczki paprykę i dusimy na małym ogniu około 2-3h (w zależności od jakości mięsa). Pod koniec duszenia dodajemy sól do smaku.

Gdy wołowina będzie miękka (i jędrna), dodajemy passatę i całość gotujemy na małym ogniu dodatkowe 20-25 minut.

W międzyczasie gotujemy al dente makaron rigatoni.

Makaron wykładamy na talerze, polewamy sosem, posypujemy posiekaną kolendrą i startym serem grana padano.

Smacznego:)

dsc_0327

dsc_0307


2 Comments

Swojska pasta i basta, czyli pappardelle z fenkułem i kiełbasą krakowską

dsc_7013

Na moim blacie kuchennym od kilku tygodni piętrzą się książki kulinarne, a na stole w salonie rośnie stos czasopism, które zaprenumerowałam w zeszłym roku. Jakże byłam naiwna sądząc, że tak, jak do tej pory, będę mogła czytać “Kukbuka” lub “Zwierciadło” od deski do deski… Ostatnio udało mi się przejrzeć i nawet w dużej części przeczytać grudniowy numer tego ostatniego w czasie podróży do rodziny w Brodnicy. Jak to się stało? Bardzo prosto. Nasz mały ssak przespał w foteliku całą 2,5-godzinną podróż.

Zdarza się, że w kartkowanych czasopismach trafiam na genialnie proste przepisy, które z miejsca pragnę przetestować. Tak było i tym razem. W listopadowym numerze “Weranda Country” (rzecz jasna ochoczo zaprenumerowanej w ostatnim trymestrze ciąży:)) w oko wpadł mi przepis na makaron pappardelle z kiełbasą krakowską. Coś dla mięsożernej części rodziny. Pomyślałam: hmm,  ciekawe połączenie, swojska kiełbasa z włoską pastą, porem i koprem włoskim…

Fenkuł starczył nam na dwa obiady, a mięsożercy byli bardzo szczęśliwi.

Spróbujcie tego połączenia:)

dsc_7014

PAPPARDELLE Z FENKUŁEM, POREM I KIEŁBASĄ KRAKOWSKĄ

/porcja dla 4 osób, na podstawie Weranda Country, nr 11 (66) z moimi modyfikacjami/

1 opakowanie makaronu pappardelle

kilkanaście plasterków kiełbasy krakowskiej (cienko pokrojonej)

1 por (tylko biała część)

1/2 bulwy kopru włoskiego + kilka gałązek do dekoracji

200 ml śmietanki 30%

1/4 szklanki wody (w oryginale 1/2 szklanki białego wytrawnego wina)

kawałek oscypka lub sera grana padano

szczypta gałki muszkatołowej

olej rzepakowy

sól

świeżo mielony pieprz kolorowy

 

Łyżkę oleju rozgrzewamy na patelni, wrzucamy na nią pokrojoną w półplasterki kiełbasę. Podsmażamy 4-5 minut aż staną się rumiane, zdejmujemy z patelni. Następnie na tę samą patelnię wlewamy łyżkę oleju i dodajemy pokrojone w cienkie paseczki lub kosteczkę pora i fenkuł. Dodajemy wodę (lub wino), doprawiamy odrobiną soli i pieprzem. Przykrywamy i dusimy na małym ogniu, aż warzywa zmiękną. Następnie dodajemy śmietankę, szczyptę gałki muszkatołowej i dusimy na małym ogniu aż sos zgęstnieje.

Gotujemy makaron al dente, odcedzamy. Pappardelle dodajemy do sosu, podajemy natychmiast ze startym oscypkiem lub serem grana padano i gałązkami fenkułu.

Smacznego:)

dsc_7011