gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

O dobrym i złym jedzeniu słów kilka. Muszle lumaconi z jarmużem i ricottą w pomidorowym sosie

 

Moja ostatnia wyprawa na zakupy spożywcze nie była już tak beztroska, jak do tej pory. Jestem świeżo po lekturze książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak. A wnioski płynące z tej lektury są raczej niewesołe. Ale zacznijmy od początku.

Od kiedy przeszłam na swoje (czyli od czasów studiów), zawsze czytałam etykiety na produktach. Z początku głównie daty przydatności do spożycia, z czasem coraz więcej: skąd pochodzi dane jedzenie i przede wszystkim jaki ma skład dany produkt. Bycie świadomym konsumentem to również trochę dłuższy czas poświęcony na robienie zakupów, ale nadal jestem przekonana, że warto to robić.  Do tej pory nieco czytałam o przemysłowej produkcji żywności i przyznam, że niektóre praktyki producentów przyprawiały mnie o ciarki na plecach. Gdy skończyłam O dobrym jedzeniu… nabrałam ochoty, by zostać wegetarianką i żywić się jedynie tym, co sama wyhoduję we własnym ogródku (jeśli go w końcu założę).

Jadamy mięso. Okazuje się, że jeśli chcemy kupić drób lub wieprzowinę, które nie są hodowane w sposób przemysłowy, czyli faszerowane hormonami wzrostu, powinniśmy zaopatrywać  się u sprzedawców, którzy kupują mięso bezpośrednio z małych ubojni, a te skupują zwierzęta od hodowców prowadzących gospodarstwa ekologiczne. Przy przemysłowym, pędzonym antybiotykami indyku z ośmiu kilo tuszy wydobędziemy z sześć i pół czystego mięsa (….). Z ekologicznego trzy kilo to świat i ludzie. Jemu masa nie przyrasta jak brojlerom: napędzisz i jazda! A ilu klientów jest w stanie zapłacić za prawdziwie ekologiczny produkt? To zaledwie 2-3% wszystkich mięsożernych klientów… Michalak konstatuje, że zatem może lepiej kupić raz na jakiś czas ekologiczny, czysty produkt (choć kilkakrotnie droższy) niż zjadać niemal codziennie mięso pędzone w sposób przemysłowy, niekorzystny dla naszego zdrowia.

No dobrze, skoro nie mięso, to może ryby? Weźmy te morskie. Wiele gatunków ryb jest zagrożonych wyginięciem (jak chociażby tuńczyk błękitnopłetwy czy okoń nilowy), a na nasze stoły w centralnej Polsce świeża ryba trafia dopiero po kilku dniach (zatem już nie jest świeża…). Czyste mięso mają niestety tylko ryby dziko żyjące lub te z ekologicznych hodowli, które nota bene można policzyć na palcach jednej ręki. Z morskich ryb nawet moje ulubione dorsze są coraz słabsze i mniejsze. Ponoć zasoby ich pożywienia bardzo uszczuplają paszowce, czyli norweskie statki, które poławiają mniejsze rybki na paszę dla łososi norweskich i innych zwierząt fermowych. (…) Odławia się wszystko, jak leci, a inspektorzy nie mogą nawet wejść na pokład jednostek, które zgłaszają do portu, że mają ryby na paszę. WWF Polska alarmuje, że co 20 minut na świecie wymiera jeden gatunek ryby, a aż 30 proc. stworzeń, w tym morskich, jest zagrożonych wyginięciem. W Bałtyku tylko 3 na 10 poławianych komercyjnie gatunków znajduje się na stabilnym poziomie – mimo to połowy wszystkich dziesięciu są kontynuowane.

Nie od dziś wiadomo, że łososie hodowlane również są faszerowane antybiotykami i hormonami, a także mączką rybną. A może warto kupować pstrągi w supermarketach? No cóż… W przemysłowych hodowlach te ryby całe swoje krótkie i smutne życie spędzają w sztucznych zbiornikach wodnych. W ekstensywnych hodowlach skraca się życie ryby do dziewięciu-jedenastu miesięcy, sztucznie wywołuje cykl  rozrodczy. Potem się rybę przekarmia, ledwo ma miejsce, żeby się poruszyć, podobnie jak kurczaki na fermach brojlerów. (…) Taka hodowla w całości odbywa się w kontenerach i betonowych stawach, ryby nie widzą w ogóle świata, tylko karmiarki przejeżdżające nad kontenerem i równo sypiące karmę z antybiotykami i hormonami, od których zwierzęta puchną.

Czytam i jestem coraz bardziej przygnębiona.

OK. Skoro nie mięso i nie rybie mięso, to może przerzućmy się wyłącznie na warzywa i owoce? Tu sytuacja również nie wygląda najlepiej. Wiadomo, że warzywa i owoce (zwłaszcza te egzotyczne) trafiają do Polski jeszcze nie w pełni dojrzałe. Swoją zdatność do konsumpcji osiągają dopiero w dojrzewalniach, w których stwarza się im sztuczne, choć zbliżone do naturalnych warunki. Pisałam o tym tutaj, na przykładzie pomarańczy: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/02/05/o-uprawie-organicznych-pomaranczy-a-na-deser-ciasto-jogurtowo-pomaranczowe/ I nie wierzcie w bzdurne reklamy, które przekonują, że świeże i dojrzałe owoce i warzywa trafiają do nas prosto z krzaczka lub drzewa… A my przyzwyczajani do smaku dyskontowych pomidorów, jabłek czy śliwek powoli zapominamy ich prawdziwą, nie plastikową słodycz, smak i zapach. Bo supermarkety nie chcą karmić ludzi smacznymi produktami, lecz tym, że ważniejsze są dla nich inne cechy niż smak, na przykład wytrzymałość. Dlatego wymuszają selektywną uprawę ze względu na konkretne właściwości. To, że na przykład sklepowe pomidory często bywają niesmaczne, jest głównie kwestią odmiany, bo w tej produkcji nacisk kładzie się na plenność i odporność na  choroby czy wytrzymałość w transporcie.

Lecz z drugiej strony krytykowana produkcja wysokoobszarowa warzyw i owoców podlega rygorystycznej kontroli: te produkty są kontrolowane na obecność pozostałości pestycydów i zawartość azotanów i azotynów. A na targach i bazarkach handlują bardzo różni producenci, którzy mogą sprzedawać coś nie najlepszej jakości nie ze złej woli, lecz z nieświadomości. (…) a im mniejszy obszar mają pod opieką, tym łatwiej o brzemienną w skutkach pomyłkę. Jeśli masz nawóz, w którym substancji aktywnej potrzeba trzydziestu mililitrów na hektar, to jeśli rolnik ma do dyspozycji malutkie pole, bardzo łatwo pomylić się przy dozowaniu takich mikroskopijnych ilości. Dziesięciokrotnie przekroczyć dawkę to żaden problem, wystarczy dać dwie krople więcej. Nieświadomy niczego konsument w żaden sposób tego nie zweryfikuje.

Jak widzicie, lektura tej książki jest nie tylko pouczająca, ale również przygnębiająca. Oczywiście przede wszystkim jest to książka o tytułowym dobrym  jedzeniu, nie zepsutym niecnymi praktykami przemysłu nastawionego głównie na szybki zysk. Ale ja celowo wybrałam te fragmenty, które traktują o “psuciu” jedzenia przez wytwórców. Przyznam, że dzięki lekturze sporo się dowiedziałam  o mechanizmach rządzących tym rynkiem i jestem coraz bardziej świadomym konsumentem. Myślę, że czasem warto zastanowić się przez rutynowym wrzuceniem do koszyka produktu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni od lat. Może warto zwłaszcza wówczas, gdy mamy rodzinę, małe dzieci, którym pragniemy zapewnić to, co najlepsze, włącznie z jedzeniem. W tym kontekście stara zasada mówiąca o tym, że nie należy jeść, a należy się odżywiać nabiera zupełnie nowej perspektywy. A każda zmiana zaczyna się od refleksji. Za nią idzie działanie.

Na koniec zdradzę Wam tylko, że postanowiłam już jakiś czas temu rozpocząć własną ekologiczną parapetową uprawę. Pod kuchennym oknem rosną już kiełki, zioła, szczypiorek i natka pietruszki. W maleńkich doniczkach kiełkują z nasion cukinie. Lada chwila przepikujemy je do gleby. Tylko wyrychtujemy mini ogródek warzywny pod płotem:)

A dziś zostawiam Was z przepisem na makaron z warzywno-serowym nadzieniem. Smacznego. Mimo wszystko.

[Wszystkie cytaty, oprócz fragmentu dot. WWF Polska, pochodzą z książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017]

MUSZLE LUMACONI Z JARMUŻEM I RICOTTĄ W POMIDOROWYM SOSIE

/porcja dla 4 głodnych osób/

1 opakowanie makaronu lumaconi lub conciglioni

1 opakowanie jarmużu (200g)

2 opakowania ricotty (400 g)

1 opakowanie tartej mozzarelli

300 ml pasatty pomidorowej

4 ząbki czosnku

3 średnie cebule (użyłam czerwonych)

1/2 szklanki startego sera grana padano lub innego twardego długo dojrzewającego

2-3 gałązki pomidorków koktajlowych

2 łyżki oregano

olej rzepakowy do smażenia

sól, pieprz do smaku

 

Muszle gotujemy we wrzącej osolonej  wodzie przez ok. 4 minuty (muszą pozostać lekko twarde). Odcedzamy i rozkładamy na talerzu wyłożonym czystą ściereczką.

Jarmuż myjemy i usuwamy twarde łodyżki. Cebulę kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na rozgrzanym oleju przez ok. 5 minut, dodajemy jarmuż i dusimy na średnim ogniu pod przykryciem aż jarmuż zwiędnie i stanie się jasnozielony. Studzimy i przekładamy do miski, do której dodajemy ricottę i grana padano, mieszamy.

Czosnek przeciskamy przez wyciskarkę  do czosnku. Na patelnię wlewamy łyżeczkę oleju, dodajemy oregano i czosnek, wlewamy pasattę i doprawiamy pieprzem i solą. Dusimy na wolnym ogniu przez kwadrans.

Na dnie naczynia żaroodpornego wykładamy przestudzoną pasattę. Muszle nadziewamy mieszanką jarmużu i serów. Posypujemy mozzarellą, na wierzchu kładziemy gałązki pomidorków koktailowych.

Muszle zapiekamy przez ok. 20 minut w temperaturze 180ºC.

Smacznego:


Leave a comment

Ale pasztet! Wegetariański pasztet z fasoli, suszonych pomidorów i natki pietruszki

Nie pytajcie mnie czy potrafię upiec pasztet. Nigdy nie próbowałam, choć za każdym razem, gdy składamy wizytę wujkowi Felkowi po cichutku knuję, by porwać się na taki wytrawny wypiek. Bo wujek Felek jest mistrzem kulinarnym w swym jednoosobowym gospodarstwie domowym. Dziś na emeryturze, od kilku lat wdowiec, przy okazji naszych wizyt raczy nas specjałami domowej roboty i potrafi o tym porywająco opowiadać. O tym, jak robi grzybki w zalewie, jak klei i mrozi pierogi, jakie wychodzą mu ogóreczki kiszone. I wreszcie, jak starannie wybiera składniki do świątecznego pasztetu, a potem kręci przez maszynkę do mięsa i ładuje do foremek, a te wjeżdżają z impetem do piekarnika. I, co mnie wcale nie dziwi, efekt jest znakomity, zajadamy się tym pasztetem biesiadując i rozmawiając przy stole.

Nie upiekłam jak dotąd pasztetu. Nużą mnie te wszystkie czynności związane z przygotowaniem kilku rodzajów mięsa, a potem niekończące się przepuszczanie przez maszynkę… Horror! Poszłam na skróty i upiekłam pasztet wegetariański. Proporcje składników wystarczają na jedną klasyczną blaszkę. Nie licząc namaczania fasoli przez całą noc, a później jej gotowania, cała operacja trwała nieco ponad godzinę. A efekt smaczny i etycznie czysty jak łza.

WEGETARIAŃSKI PASZTET Z FASOLI, SUSZONYCH POMIDORÓW I NATKI PIETRUSZKI

/wg przepisu z magazynu Weranda Country, nr 4 (71)/2017, z moimi niewielkimi modyfikacjami/

2,5 szklanki drobnej białej fasoli

1/2 średniego selera

1 mała pietruszka

2 średnie czerwone cebule

7-8 suszonych pomidorów w zalewie

4 średnie jajka

2 ząbki czosnku

1/2 pęczka natki pietruszki

sól himalajska

pieprz kolorowy świeżo mielony

1 płaska łyżeczka ulubionych ziół, np. oregano, tymianku

olej rzepakowy lub oliwa z oliwek

 

Fasolę przekładamy do garnka, zalewamy świeżą wodą i namaczamy przez całą noc. Następnie gotujemy ją do miękkości.

Pietruszkę i selera ścieramy na tarce o dużym oczku. Czosnek wyciskamy przez wyciskarkę, cebulę drobno siekamy, podsmażamy na oleju/oliwie, następnie dodajemy starte selera i pietruszkę i smażymy 3-4 minuty na średnim ogniu. Następnie do blendera przekładamy 2 szklanki fasoli, dodajemy posmażone warzywa i czosnek, posiekane plasterki pomidorów i posiekaną  natkę. Miksujemy całość na jednolitą masę. Doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Dodajemy pozostałą fasolę, wbijamy jajka, mieszamy drewnianą łyżką i przekładamy do formy do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej oliwą i wysypanej bułką tartą.

Pasztet pieczemy około 50 minut w temperaturze 180ºC (termoobieg). Pasztet wyjmujemy z foremki i kroimy, gdy całkowicie ostygnie.

Smacznego:)


Leave a comment

Indyk na diecie, czyli pieczone kotleciki z indyka w sosie porowym

Na naszym stole i w gazetowniku rośnie coraz większa kolekcja czasopism nt. pielęgnacji i wychowania dzieci. Na rynku jest ich sporo, tylko brać i czytać. Zwykle, gdy wsiadam do pociągu i jadę do pracy, wyciągam książkę lub gazetę i zaczynam czytać. Po trzydziestu minutach jestem w Warszawie, a w głowie mam niedokończoną fabułę lub kilka dobrych rad. O tym jak istotne są rytuały w życiu  niemowląt i małych dzieci, o AZS i emolientach czy prawidłowym zbilansowaniu diety malucha.

Jakiś czas temu uśmiałam się czytając w jednym z takich pism porady nt. powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim. Autorka artykułu przekonywała, że prócz czysto pragmatycznych korzyści (dodatkowa pensja pracującej młodej mamy, możliwość oderwania się od pieluch, dbanie o siebie, bo trzeba wyjść do ludzi), są też korzyści emocjonalne z powrotu do pracy. Bo wracamy stęsknione do domu, a tam czeka równie stęsknione nasze dziecko. Bo mamy nowe pomysły i energię, by bawić się z maluchem, w mig zapominając o stresach zawodowych.

Czytałam te odkrywcze zdania i pomyślałam, że pani redaktor musi być niepoprawną optymistką albo sama miała idealne warunki jako matka. I zaczęłam wyliczać obowiązki, które czekają na mnie tego dnia po powrocie z pracy: ugotowanie obiadu, nastawienie i rozwieszenie prania (w tym ostatnim dzielnie pomaga mi Zuzka), rozładowanie zmywarki, odebranie zamówionej karmy dla psa i dziesiątki drobniejszych powinności. Lista obowiązków wydłużyła się, a doba jakby… skurczyła;) Choć muszę redaktorce przyznać rację w jednym: nawet, gdy wracam do domu zmęczona, to uśmiech Zuzy sprawia, że zmęczenie schodzi na dalszy plan. Bo ta mała istotka daje potężny zastrzyk szczęścia i poczucia sensu:)

Od kiedy nasza mała dziewczynka jest z nami, staram się gotować nieskomplikowane potrawy. Taka jest też dzisiejsza propozycja: dietetyczne mięso z indyka z warzywami. Z piekarnika, bez tłuszczu. Myślę, że przypadnie do gustu nie tylko dbającym o linię. Jeśli nie jesteście na diecie, zróbcie do mięsa sos porowy.

PIECZONE KOTLECIKI Z INDYKA Z WARZYWAMI W SOSIE POROWYM

/porcja dla 4 osób/

na kotleciki:

500 g mielonego mięsa z indyka

1 średnia marchew

1 duża cebula

1 por (tylko biała część)

1/2 pęczka natki pietruszki

1 jajko

1/4 łyżeczki papryki ostrej

pieprz, sól

na sos:

1 duży por (tylko biała część)

śmietanka 30%

1 łyżka tymianku

szczypta soli

świeżo mielony pieprz kolorowy

olej rzepakowy

 

Marchew ścieramy na tarce o dużych oczkach. Cebulę i pora kroimy w kosteczkę. Natkę drobno siekamy.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC.

Mięso przekładamy do dużej miski, dodajemy warzywa, wbijamy jajko. Doprawiamy do smaku papryką i pozostałymi przyprawami, łączymy całość i szybko formujemy kulki, które układamy na blasze piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia. Kotleciki pieczemy przez ok. 30 minut w temperaturze 180ºC.

Przygotowujemy sos: pora kroimy w cienkie półplasterki i wrzucamy wraz z tymiankiem na rozgrzaną patelnię z łyżką oleju rzepakowego. Dodajemy szczyptę soli i smażymy ok. 5-6 minut do zezłocenia się pora. Następnie lekko studzimy pora i dodajemy śmietankę podgrzewając całość na małym ogniu. Doprawiamy do smaku świeżo mielonym pieprzem.

Upieczone kotleciki podajemy z sosem oraz ulubioną kaszą i surówką.

Smacznego:)


Leave a comment

Obiad dla wegetarian. Lazania z czerwoną soczewicą i warzywami

dsc_7071

Mężczyźni w naszym domu są typowymi mięsożercami, nad czym boleję, ponieważ sama mogłabym jeść mięso od wielkiego dzwonu. Ale gotując kilka razy w tygodniu dla wszystkich członków rodziny, chcąc nie chcąc, muszę uwzględniać preferencje kulinarne męskiej części. Czasem jednak udaje mi się przemycić warzywa i ugotować danie wegetariańskie, które “udaje” swój mięsny odpowiednik.

Tak się stało w przypadku dzisiejszej propozycji: zamiast mielonego mięsa w sosie pomidorowym (które jest typowe dla lazanie rosso) przygotowałam czerwoną soczewicę w sosie pomidorowym z ziołami. Do tego dołożyłam sporo warzyw. Całość udawała lazanię z mięsem.

Czy z powodzeniem, oceńcie sami.

dsc_6849

WEGETARIAŃSKA LAZANIA Z CZERWONĄ SOCZEWICĄ I WARZYWAMI

/porcja dla 4 głodnych osób/

12 płatów makaronu typu lazania

1 szklanka czerwonej soczewicy

1,5 szklanki pasatty pomidorowej

6-7 pieczarek

1/2 kalafiora ugotowanego na parze, podzielonego na różyczki

1/2 szklanki sera typu feta pokrojonego w kosteczkę

1 mała cukinia

1 szklanka tartej mozzarelli

1 duża cebula

2-3 ząbki czosnku

kilka listków bazylii

1 łyżeczka suszonego oregano

olej rzepakowy

sos beszamelowy wg tego przepisu: https://gazdowanie.wordpress.com/2016/04/14/zielono-mi-czyli-lasagne-verde/

 

Płaty lazanii obgotowujemy przez ok. 2 minut w osolonej wodzie, odkładamy na półmisek wyłożony czystą i suchą ściereczką.

Pieczarki kroimy w plasterki i podsmażamy na suchej patelni. Przekładamy na talerz. Na patelnię wlewamy 1 łyżkę oleju i podsmażamy cukinię pokrojoną w półplasterki (cukinia powinna pozostać jędrna).

Cebulę i czosnek siekamy, podsmażamy na oleju aż się zezłocą. Soczewicę płuczemy na sitku i dodajemy do cebuli i czosnku, doprawiamy oregano i posiekaną bazylią, wlewamy pasattę i gotujemy ok. 10 minut na małym ogniu. Odkładamy.

Przygotowujemy farsz: Do dużej miski przekładamy ugotowaną soczewicę z dodatkami, pieczarki, cukinię, fetę, kalafiora ostrożnie mieszamy całość.

Na dno żaroodpornej formy wykładamy 3-4 łyżki farszu, który przykrywamy 3-4 płatami lazanii, a następnie znowu kładziemy kilka łyżek farszu. Kontynuujemy przekładankę aż do wyczerpania składników, przy czym ostatnią warstwę powinien stanowić makaron. Na wierzchu rozprowadzamy sos beszamelowy i posypujemy tartą mozzzarellą.

Lazanię pieczemy w temperaturze 180ºC przez ok. 20 minut lub do zrumienienia wierzchu.

Smacznego:)

dsc_6845

dsc_7073


Leave a comment

Z cyklu: kuchnia góralska. Placek po zbójnicku

placek_po_zbojnicku_01

Każda szanująca się karczma góralska ma w swoim menu placek po zbójnicku. Jak wiadomo, jest to zwykle placek ziemniaczany polany solidną ilością sosu przyrządzonego z mięsa wołowego z dodatkami. Ktoś, kto wymyślił to danie, widocznie był przekonany, że koledzy Janosika, zbójnicy i harnasie często jadali mięso. Być może.

Tradycyjna kuchnia góralska jest bowiem niezwykle uboga i głównie jarska (co wynikało z biedy i nieurodzajnej podhalańskiej gleby). Jak pisał w 1914 r. Walery Staszel,  (…) nadzwyczaj ubogą jest spiżarnia góralki na naszym Podhalu. (…) Twarde warunki klimatyczne i ubóstwo kamiennej gleby czyni pożywienie zaiste po spartańsku jednostajnym. (…) Jesienią, w czasie kopania ziemniaków w polu, z dala od domu i w zimie, podczas dni krótkich, punkt ciężkości starań gospodyni góralki około codziennego pożywienia spoczywa na śniadaniu. Pierwotny sposób śniadania polegał na spożywaniu ziemniaków, klusek z omastą lub mlekiem kwaśnym, rzadziej słodkim.*)

Dziś proponuję przyrządzenie popisowego dania góralskiej kuchni rodem z Krupówek w zaciszu domowym. Składnikiem sosu jest mięso wołowe, które wymaga długiego duszenia, warto więc zabrać się za jego przyrządzanie już po śniadaniu. W czasie kiedy będziecie się oddawać innym obowiązkom, sos będzie powolutku pyrkał na małym ogniu, by po 3-4 godzinach wołowina stała się cudownie krucha.

Nie zawadzi, gdy przy nakrywaniu do stołu zaśpiewacie jedną z góralskich przyśpiewek:) Na przykład tę:

Łopusiańskie baby

gruli nawarzyły,

chciały je odcedzić –

brzuchy poparzyły!

 

*) korzystałam z książki Zdzisławy Zegadłówny Kuchnia góralska

placek_po_zbojnicku_02

PLACEK PO ZBÓJNICKU

/porcja dla 4 osób/

na placki ziemniaczane:

ok. 1,5 kg ziemniaków

ok. 1 szklanki mąki pszennej

2 jajka

pieprz, sól

na sos wołowy:

40-50 dag chudej wołowiny (użyłam ligawy)

3-4 średnie cebule

2 ząbki czosnku

1/2 czerwonej papryki

1 mały ogórek kiszony

2 liście laurowe

2 ziarenka ziela angielskiego

1/2 łyżeczki suszonego czosnku niedźwiedziego

olej ryżowy

ok. 3 szklanek wody

pieprz, sól

 

Przygotowujemy sos: wołowinę myjemy, suszymy i kroimy w niewielkie kostki. Posypujemy pieprzem. Cebulę obieramy i kroimy w piórka, czosnek drobno siekamy. Cebulę i czosnek podsmażamy ok. 3-4 minut na rozgrzanej patelni z dodatkiem 2-3 łyżek oleju. Następnie dodajemy pokrojone mięso, chwilę dusimy, podlewamy wodą, dorzucamy liście laurowe, ziele angielskie i czosnek niedźwiedzi. Dusimy całość na małym ogniu co jakiś czas mieszając. Po ok. 1,5h do sosu dodajemy paprykę pokrojoną w paseczki oraz ogórka pokrojonego w plasterki. Do sosu dodajemy sól i pieprz do smaku. Ponownie dusimy sos przez kolejne 1,5-2h, sprawdzając co jakiś czas czy mięso jest już kruche, a sos dobrze przyprawiony.

W międzyczasie przygotowujemy ciasto na placki ziemniaczane. Ziemniaki ścieramy na tarce, odcedzamy nadmiar skrobi. Dodajemy sól i pieprz do smaku. Do startych ziemniaków dodajemy 2 jajka i mąkę. Mieszamy na jednolitą masę, ewentualnie dodając odrobinę więcej mąki – ciasto na placki musi być w miarę zwarte. Na patelni rozgrzewamy olej, dodajemy po łyżce ciasta i smażymy na złoty kolor. Usmażone placki przekładamy na półmisek odsączając nadmiar tłuszczu ręcznikiem papierowym.

Usmażone placki przekładamy następnie na talerze i polewamy gorącym sosem.

Smacznego:)

 

placek_po_zbojnicku_03


Leave a comment

Efekty wertowania książek kulinarnych, czyli pulpeciki z indyka z pastą z zielonego groszku

pulpeciki_indyk_zielony groszek_01

Lubię przeglądać książki kulinarne, zwłaszcza w takie wieczory jak ostatnio: chłodne i długie, których spędzanie nie obejdzie się bez kubka gorącej herbaty z cytryną. Szukam w ten sposób inspiracji. Przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy chcę spróbować czegoś nowego. Czasem jest to zupełnie nowy składnik, czasem nietypowe połączenie smaków. Kiedy indziej czytam przepis i od razu wiem, że zrobię to danie, ale główny składnik zastąpię innym.

Tak też było w tym przypadku. Wertowałam książkę Zosi Cudny (pisałam o niej tutaj: https://gazdowanie.wordpress.com/2014/12/17/ksiazki-na-gwiazdke-dla-kulinarnych-pasjonatow/ ) i spodobał mi się przepis na cielęce pulpeciki z pastą z zielonego groszku.

Nie przepadam za cielęciną (w przeciwieństwie do mojego psa;)), więc zastąpiłam ją chudym mielonym mięsem z indyka. Zrezygnowałam z wywaru warzywnego, w którym gotuje się pulpeciki i przygotowałam je w parowarze (można je również usmażyć na oleju patelni, choć będzie to oczywiście nie tak zdrowe:)). Zosia do podania proponuje sos z zielonego groszku z dodatkiem kalorycznej 30% śmietanki. W mojej wersji zastąpiłam ją lżejszym jogurtem greckim i 12% śmietaną. Powiem tylko tyle, że było pysznie:)

pulpeciki_indyk_zielony groszek_02

PULPECIKI Z INDYKA Z PASTĄ Z ZIELONEGO GROSZKU

/porcja dla 4-5 osób/

na pulpeciki:

500 g mięsa mielonego z indyka

2 średnie cebule, drobno posiekane

pęczek koperku, posiekany

1 kajzerka

1/2 szklanki mleka

ok. 1/2 szklanki mąki

1 jajko

pieprz, sól

na pastę:

4-5 cebulek dymek, drobno posiekanych

300 g świeżego zielonego groszku (poza sezonem można użyć mrożonego)

2-3 łyżki masła

100 g jogurtu greckiego

100 g śmietany 12%

pieprz, sól

 

Kajzerkę zalewamy mlekiem i odstawiamy na 5 minut.

W dużej misce łączymy mielone mięso z indyka, cebulę, koperek (pozostawiamy 1 łyżkę koperku do dekoracji), jajko oraz pieprz i sól, a następnie odciśniętą z mleka bułkę. Całość dokładnie mieszamy do czasu, aż wytworzy się w miarę jednolita masa. Z masy formujemy niewielkie pulpeciki i delikatnie obtaczamy je w mące. Pulpeciki gotujemy na parze (użyłam do tego parowaru).

Przygotowujemy pastę: roztapiamy na patelni masło, podsmażamy dymkę. Jeśli używamy mrożonego groszku, musimy go wcześniej ugotować, najlepiej al dente, i odcedzić. Kilka ziarenek pozostawiamy do ozdoby dania. Groszek wrzucamy na patelnię, dodajemy jogurt i śmietanę, podsmażamy ok. 5 minut. Następnie studzimy i miksujemy blenderem na jednolitą masę, doprawiamy do smaku pieprzem i solą.

Ugotowane na parze pulpeciki podajemy przybrane pastą z zielonego groszku. Mięso podajemy z purée ziemniaczanym, ozdabiając danie posiekanym koperkiem i ziarenkami groszku.

Smacznego:)

pulpeciki_indyk_zielony groszek_03

pulpeciki_indyk_zielony groszek_04

pulpeciki_indyk_zielony groszek_05


Leave a comment

Mezalians podhalańsko-bałtycki, czyli sałatka z bryndzą i wędzonym śledziem

salata z bryndza i wedzonym sledziem_ 04Potrawy mają to do siebie, że czasem nas zaskakują. Wystarczy dodać do swojskiego dania jeden lub dwa inne niż zwykle składniki i otrzymujemy danie, które smakuje inaczej. Zaskakująco. Intrygująco. Znam osoby, które jadają kanapki z serem żółtym, na których ląduje potężna łyżka miodu. I podobno takie połączenie jest smaczne:)

Dzisiejsza propozycja jest właśnie z gatunku tych intrygujących, nieoczywistych. Bo jak inaczej nazwać połączenie sałaty i oliwek z bryndzą i wędzonym śledziem? Nasza rodzima bryndza podhalańska, duma regionu, weszła w czysty mezalians z bałtyckim śledziem. W dodatku wędzonym. Przyznam, że efekt jest zaskakujący, w sam raz dla tych, którzy lubią eksperymentować ze smakami.

Przepis znalazłam w jednym z czasopism wnętrzarskich i nieznacznie go zmodyfikowałam. Do podstawowych składników warto dodać pokrojoną w plasterki cebulę, która podbije i wyostrzy smak sałatki.

salata z bryndza i wedzonym sledziem_02

SAŁATA Z BRYNDZĄ I WĘDZONYM ŚLEDZIEM

/porcja dla 2 osób/

1/2 opakowania mieszanych sałat

150 g bryndzy podhalańskiej (lub słowackiej firmy Slatina (owczo-krowia))

3-4 małe śledzie wędzone

8-9 zielonych oliwek

1/2 cebuli pokrojonej w plasterki

dressing:

2 łyżki oliwy

2 łyżki soku z cytryny

po szczypcie soli, pieprzu i cukru

 

Sałatę myjemy, suszymy i rwiemy na małe kawałki. Bryndzę kruszymy, śledzia obieramy ze skóry i ości, dzielimy na kawałki.

Przygotowujemy dressing: łączymy oliwę z sokiem z cytryny, dodajemy przyprawy i cukier, dokładnie mieszamy.

Do miski przekładamy sałatę, bryndzę, śledzie i ewentualnie cebulę. Sałatę polewamy dressingiem i podajemy.

Smacznego:)

salata z bryndza i wedzonym sledziem_ 03

salata z bryndza i wedzonym sledziem_ 01