gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Rok za nami i ciasto krówkowo-marchwiowe na weekend

dsc_7520

Minął rok. W ciągu tych dwunastu miesięcy powinnam była nosić na okrągło jeden z tych T-shirtów, które widziałam w Internecie. Koszulki z napisem I produce milk. What’s your superpower?

Za nami milowy krok w rozwoju małego człowieka.

Za nami kilkanaście wieczorów, gdy Zuza płakała z bólu, a ja razem z nią z bezsilności. Aż wreszcie pomogły kropelki na kolkę jelitową i wieczory znowu były spokojne.

Za nami godziny przytulania, kołysania i śpiewania kołysanek, harcerskich szlagierów, słowackich piosenek i przyśpiewek góralskich.

Za nami pierwsze ekwilibrystyczne występy począwszy od samodzielnego siadania, poprzez stanie przy barierkach i meblach,  po pierwsze samodzielne kroki (a po nich spektakularne bach! na pupę).

Wreszcie, za nami pierwsze słowa: bla bla, brum brum, dada, i to najbardziej wyczekiwane: mama.

dsc_7060

Pierwsze urodziny Zuzy świętowaliśmy niemal trzy tygodnie temu.

Zjechali się goście, a ja kilkanaście godzin wcześniej szalałam w swoim żywiole. Był obiad, a po nim przekąski i ciasto. I, rzecz jasna, tort urodzinowy. Super zdrowy, bo Zuz musiała przecież spróbować pierwszego w życiu ciasta. A tort był pełen dobra: bananów, malin, borówek, mleka kokosowego, syropu klonowego czy cukru kokosowego.

dsc_7425

Ale tym razem nie podam Wam przepisu na tort, lecz na wilgotne, pachnące mlecznymi krówkami ciasto. W sam raz na weekend. Do niespiesznej kawy.

dsc_7505

CIASTO KRÓWKOWO-MARCHWIOWE

/wg przepisu z Weranda Country, luty 2017, z moimi modyfikacjami/

10 krówek

3 łyżki mleka

1 jajko

4 łyżki kwaśnej śmietany

1 łyżeczka ekstraktu z prawdziwej wanilii

1 szklanka startej marchewki (czyli z 1 dużej marchewki)

4 łyżki cukru

1/4 szklanki oleju

1 szklanka mąki

1 łyżeczka sody oczyszczonej

na wierzch:

cukier puder

migdały w płatkach

 

Krówki zalewamy mlekiem i rozpuszczamy w kąpieli wodnej, a następnie studzimy. Dodajemy śmietanę, jajko, cukier, olej i wanilię oraz marchew. Mieszając, wsypujemy mąkę wymieszaną z sodą.

Ciasto przekładamy do żaroodpornej formy, posypujemy płatkami migdałów i pieczemy ok. 35-40 minut w temperaturze 180ºC.

Ciasto studzimy i oprószamy cukrem pudrem.

Smacznego:)

dsc_7507

dsc_7524

dsc_7523

Advertisements


4 Comments

Podróże z niemowlakiem, czyli kilka dni nad Bałtykiem

dsc_6657Molo w Orłowie

dsc_6663

Po tym, jak przez nasz dom przeszła dwutygodniowa “zaraza”, po której Rodzice i S. wyszli od lekarza z receptą na antybiotyk, a ja kupiłam Zuzce inhalator, postanowiliśmy pojechać nad morze. Nic wielkiego, kilka dni nad Bałtykiem. Ale prócz przysłowiowego ładowania akumulatorów i wdychania jodu potraktowaliśmy ten wyjazd jak próbę. Próbę, która polegała na tym, by sprawdzić, jak nasza mała dziewczyna reaguje na dłuższą podróż autem. I jak się czuje spędzając kilka dni i nocy poza domem.

dsc_6645Klif orłowski

Jak każda świeżo upieczona matka, byłam oczywiście pełna obaw. Dzień przed wyjazdem przez moją głowę przewijał się film z Zuz w roli głównej, która tuż za bramkami na autostradzie, zaczyna krzyczeć i płakać w foteliku i nic (nawet chrupki kukurydziane) nie jest w stanie jej uspokoić. Od dziewięciu miesięcy jeżdżę na tylnym siedzeniu, więc wierzcie mi, że mam dobrze opanowany każdy Jej grymas i gest, który świadczy o nadciągającej katastrofie. Zaczyna się niewinnie, od rzucania gryzakami z taką nonszalancją, jakby przymierzała staroświeckie kapelusze, a kończy na wrzasku zagłuszającym radio.

dsc_6716

O dziwo, już w trasie okazało się, że Zuza to całkiem grzeczne dziecko. Oczywiście pomarudziła przed snem, trochę pokrzyczała, ale przespała smacznie ponad połowę drogi. Obudziła się pod pensjonatem w Gdyni Orłowie lekko zdziwiona widząc nowe dekoracje. Kolejne trzy dni, które spędziliśmy nad morzem, były równie udane. Zuzia spała w wózku, ja robiłam zdjęcia i spacerując, zajadaliśmy się z S. wędzonymi rybami.

Codziennie byliśmy zgłodniałymi gośćmi tawerny lub smażalni ryb, gdzie (a jakże!) zamawialiśmy rybę z patelni. Udało nam się również zorganizować spotkania po latach z moimi znajomymi mieszkającymi teraz w Trójmieście. Dosłownie po dwudziestu latach, bo aż tyle się nie widzieliśmy. Jedno z moją szkolną koleżanką Asią, drugie z Piotrem, jednym z moich mentorów z harcerskich czasów.

dsc_6653

Każda piękna historia, ma choćby mały wyłom, tak i tutaj pojawił się pewien zgrzyt w zachowaniu latorośli. Otóż po drugiej dobrze przespanej nocy, Zuzka niespodziewanie obudziła się przed 5. rano i… już nie zasnęła aż do południa. Co oznaczało harce i radosne piski od świtu, gdy za oknem było wciąż ciemno. Jakby na swoje usprawiedliwienie i chęć poprawy, nasza dziewczynka bardzo kulturalnie zachowywała się w różnej maści knajpach, gdzie była sadzana w krzesełkach do karmienia pozwalając nam spokojnie zjeść. Zdaje się, że to również jeden z aspektów socjalizacji niemowlaka.

Suma sumarum Zuza przeszła “próbę”, co oznacza, że możemy planować kolejną wyprawę. I to niebawem. Tymczasem obejrzyjcie garść zdjęć z naszego wyjazdu.

dsc_6746Wyspane dziecko w obiektywie niewyspanego rodzica;)

dsc_6676Kutry na orłowskiej plaży

dsc_6672

dsc_6695W wędzarni przy orłowskim molo

dsc_6652Taka sytuacja… Z cyklu “miej zawsze aparat pod ręką”:)

dsc_6708

dsc_6659

dsc_6636

dsc_6658Domek Żeromskiego w Orłowie

dsc_6698Przekąski na spacer

dsc_6712W pierwszy weekend października fotografowie trójmiejscy mieli pełne ręce roboty:)

dsc_6677

dsc_6725Gdynia z bulwaru nadmorskiego

dsc_6726

dsc_6731Marina w Gdyni

dsc_6681

dsc_6765W Rewie

dsc_6704

dsc_6773dsc_6770

dsc_6783

dsc_6782

dsc_6654

dsc_6637

dsc_6817

dsc_6796W Rewie wieje:)


Leave a comment

Pewnej słonecznej niedzieli w Powsinku

Od kiedy zostałam mamą coraz chętniej fotografuję dzieci. Dziś zapraszam na jeden z tych wybitnie niekulinarnych postów. Nazwijmy go roboczo Niemowlaki i starszaki.

Miłego oglądania!

DSC_5837

DSC_5902

DSC_5808-2

DSC_5851

DSC_5883

DSC_5933-0

DSC_5940

DSC_5838

DSC_5923

DSC_5863

DSC_5918-0

DSC_5927

DSC_5879-0

DSC_5875

DSC_5896


Leave a comment

Sernik Babci Wandy, czyli jak karmić bliskich

DSC_4173-2

Posiadanie Dziadków to super sprawa. Wiem, co mówię od kiedy zostałam mamą. A najlepsi Dziadkowie to tacy mieszkający niedaleko. Albo piętro niżej, jak Dziadkowie małej Zuzy:)

Moi Dziadkowie, zarówno ci ze strony Mamy, jak i Taty niestety już nie żyją. Dziadka Edzia nie zdążyłam poznać, bo zmarł zanim się urodziłam. Babci Tili (Otyli) prawie nie pamiętam. Za to rodziców mojego Taty pamiętam znacznie lepiej, bo mimo dzielącej odległości, w miarę regularnie się widywaliśmy.

Rodzice pakowali mnie i mojego brata w naszego wściekle pomarańczowego dużego fiata i jechaliśmy przez pół Polski do Brodnicy. Tata lubił jeździć w długie trasy na noc, więc w siermiężnych wczesnych latach osiemdziesiątych, tylna kanapa auta była wyścielona kocami i poduszkami, na których z Tomkiem przesypialiśmy podróż. Nad ranem zajeżdżaliśmy do domu Dziadków. A tam z posiłkiem czekała już na nas Babcia Wanda. Babcia była doskonałym chefem w spódnicy we własnym domu. Nic dziwnego, skoro całe życie zawodowe poświęciła kuchni. Począwszy od wczesnej młodości, gdy w czasie wojny została wywieziona na roboty przymusowe, gdzie u bauera pracowała jako kucharka.

Babcia była twardą, surową kobietą, oszczędną w okazywaniu nam swych ciepłych uczuć. Ale kiedy myślę o tym teraz, po latach, jestem przekonana, że jej miłość do dzieci i wnucząt przejawiała się przede wszystkim w… karmieniu nas pysznymi potrawami, które wychodziły spod jej magicznych rąk. Babcia była niezrównaną gospodynią i świetną kucharką. Nigdy nie zapomnę smaku zupy ogórkowej, gruszek z octowej  zalewie, kiszonych ogórków czy peklowanego mięsa, które przyrządzała.

DSC_4584-2Dziadkowie z moją Mamą i Bratem

Gdy dzisiaj myślę o naszych wizytach w brodnickim domu Dziadków większość sytuacji pamiętam jak przez mgłę. Pomagają mi czarno-białe zdjęcia i opowieści Taty. Nic dziwnego, w końcu miałam zaledwie 12 lat, gdy Babcia zmarła. Pochodziła z małej wsi Krzewie niedaleko Kutna, zaś Dziadek Mietek przed wojną mieszkał z rodzicami i bratem Jankiem we wsi Mołotków niedaleko Krzemieńca (czyli na Kresach, aktualnie Ukrainie), gdzie mieli gospodarstwo. Babcię i Dziadka wojna wygnała z domów rodzinnych i zaniosła do Rzeszy, gdzie zostali wywiezieni na roboty przymusowe w rolnictwie. Tam się poznali. I tam też (niedaleko Hamburga, w Dolnej Saksonii) przyszedł na świat mój Tata.

Dziadkowie po wyzwoleniu przez aliantów mieli możliwość wyjechać na Zachód, ale Babcię ciągnęło do Polski. Trafili więc jako tzw. osadnicy na Dolny Śląsk, niedaleko Wałbrzycha, do Głuszycy. Tam, jak tysiące innych Polaków wykorzenionych z rodzinnych domów, zajęli opuszczone w popłochu przez Niemców gospodarstwo. A po kilku latach wylądowali w samym sercu krainy jezior, czyli w Brodnicy, gdzie Dziadek Mietek znalazł pracę w zakładach mięsnych.

Dziadek postawił dom na brodnickiej ziemi, tam urodził się brat mojego Taty, tam Dziadkowie mieszkali aż do śmierci. Przy domu mieli niewielki sad i maleńkie gospodarstwo, w którym hodowali kury, jakbyśmy je dzisiaj nazwali “szczęśliwe”, bo dziobiące to, co leżało na ziemi. Gospodarstwa zawsze pilnował pies, owczarek niemiecki. Pamiętam dorodne ogórki i pomidory, które rosły u Dziadków. W sadzie rosły drzewa owocowe: jabłka, gruszki, czereśnie. No i te porzeczki i agrest prosto z krzaczka…

DSC_4583-2Babcia Wanda z moją Mamą i Wujkiem Ryśkiem

DSC_4586-2Babcia Wanda z moim Tatą

Dziadkowie byli wytrawnymi grzybiarzami. Doskonale wiedzieli, gdzie w okolicy warto wybrać się na obfite grzybobranie. Bladym świtem Dziadek odpalał swoją emzetkę i mknęli z Babcią do lasu za Zbiczno. Z takich wypraw zawsze wracali z pełnym koszem grzybów.

Bardzo żałuję, że po Babci Wandzie nie zachował się żaden z jej zeszytów z przepisami kulinarnymi. Oczami wyobraźni widzę, jak mogłabym czerpać inspiracje z jej kulinarnej spuścizny. No cóż, zachowało się zaledwie kilka kartek z przepisami, a wśród nich przepis na sernik. Postanowiłam go nieco odświeżyć i przystosować do współczesnych czasów (w których nikt już nie mieli twarogu, lecz kupuje gotowy produkt w wiaderku:)). Jak mawia Piotr Bałtroczyk, daję Wam go dziś, abyście mogli cieszyć się jego smakiem. I tak jak ja piec ten sernik nie tylko na specjalne okazje.

Bo może jest w tym jakaś ciągłość pamięci..?

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

SERNIK BABCI WANDY A.D. 2016

750 g twarogu tłustego lub półtłustego albo twarogu sernikowego z wiaderka (dobrej jakości, np. z Piątnicy)

250 g ugotowanych, nieosolonych ziemniaków przeciśniętych przez praskę

150 g masła niesolonego, miękkiego

350 g cukru

6 jajek (o temperaturze pokojowej)

2 łyżki mąki ziemniaczanej

1/2 szklanki rodzynków

1/4 szklanki posiekanej skórki cytrynowej  lub pomarańczowej

opcjonalnie: cukier puder lub zmiksowane maliny do podania

 

Jeśli używamy twarogu, mielimy go trzykrotnie przez maszynkę. W dużej misce łączymy twaróg z ziemniakami za pomocą miksera. Żółtka oddzielamy od białek. W osobnej misce z białek i szczypty soli ubijamy sztywną pianę, odstawiamy na bok. Do miski z twarogiem dodajemy masło, cukier, łyżkę mąki oraz żółtka. Miksujemy całość do uzyskania jednolitej masy. Następnie dodajemy rodzynki obtoczone w pozostałej mące i skórkę cytrynową/pomarańczową. Na koniec do masy dodajemy białka i delikatnie (łyżką) łączymy całość.

Masę sernikową przekładamy do żaroodpornej formy do pieczenia (z obręczą) i pieczemy ok. 1 h w piekarniku nagrzanym do temperatury 170ºC (termoobieg). Sernik po upieczeniu pozostawiamy w piekarniku przy uchylonych drzwiczkach.

Sernik po schłodzeniu posypujemy cukrem pudrem lub polewamy malinowym musem.

Smacznego:)

DSC_4159-2

DSC_4165-2

DSC_4166-2

DSC_4171-2


2 Comments

Szlaban na czekoladę i domowe ciasteczka maślano-gryczane

ciasteczka masl-grycz_01

Kocham czekoladę. W każdej wersji; gorzką, deserową, mleczną. Nadziewaną, z płatkami róży, z chilli, ze skórką pomarańczy, z ciasteczkami… Mogłabym długo wymieniać różne wariacje tego przysmaku. Niestety od pewnego czasu mam szlaban na czekoladę, ponieważ nie jest to wskazany składnik diety przy karmieniu piersią. Oczywiście skłamałabym pisząc, że w ogóle nie zdarza mi się capnąć raz na jakiś czas kosteczki czekolady;)

Nie od dziś wiadomo, że do popołudniowej kawy zbożowej (niestety;)) słodkie musi być. Przerzuciłam się zatem na ciastka. Kupiłam herbatniki typu petit-beurre, jak zwykle, przeczytałam ich skład i… zmartwiłam się. Prócz mąki, cukru i mleka znajdziemy w nich substancje spulchniające, takie jak węglany amonu, węglany sodu czy pirosiarczyn sodu. W tej sytuacji, pewnego wieczoru, gdy Zuzka miała twardszy niż zwykle sen, postanowiłam upiec domowe ciasteczka.

Odpaliłam laptopa i znalazłam świetny przepis u Ani na http://www.strawberriesfrompoland.blogspot.com. W składzie tych maślanych ciastek jest prócz mąki pszennej również mąka gryczana. Przepis nieznacznie zmodyfikowałam zmniejszając ilość cukru i dodając więcej mąki gryczanej kosztem jej pszennej siostry.

Do ich przygotowania będziecie potrzebować również takich staroświeckich akcesoriów jak stolnica, wałek czy foremka do wykrawania ciasteczek. Jeśli zależy Wam dodatkowo na wywołaniu uśmiechu na twarzy osoby częstowanej ciastkiem, zaopatrzcie się w stempelek z fajnym napisem:)

ciasteczka masl-grycz_03

CIASTECZKA MAŚLANO-GRYCZANE

/z przepisu wychodzą 2 blachy, czyli ok. 32 ciasteczka/

400 g mąki gryczanej
80 g mąki pszennej
180 g cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200 g miękkiego masła
40 g mielonych migdałów
2 jajka

 

Masło i cukier miksujemy na gładką masę, po chwili dodajemy jajka i znowu miksujemy przez 2-3 minuty. W osobnej misce mieszamy mąki, proszek do pieczenia, migdały, a następnie dodajemy je do maślanej masy. Z ciasta formujemy kulę, którą owijamy w folię spożywczą i umieszczamy na ok. 1h w lodówce.

Po wyjęciu schłodzonego ciasta wałkujemy je na grubość ok. 3-4 mm, wycinamy foremką ciasteczka i układamy na wyściełanej papierem do pieczenia blasze, zachowując odstępy. Ciasteczka pieczemy w temperaturze 170ºC przez ok. 13 minut (termoobieg).

Smacznego:)

ciasteczka masl-grycz_02

ciasteczka masl-grycz_04


2 Comments

Chusty, śpioszki i kropelki. Ciasto marchewkowe z Hummingbird bakery

DSC_5083

Jak wiecie, od połowy stycznia przechodzę intensywną edukację w temacie “macierzyństwo”. To istny temat-rzeka. W ciągu ostatnich tygodni wyedukowałam się nie tylko w kwestiach szczepień i rodzajów smoczków dla maluchów. Okazuje się, że do tej pory nie dostrzegałam większej różnicy między śpioszkami a pajacykiem czy body. Już wiem co to kolka jelitowa i jakie kropelki pomagają, by się nie pojawiała. Wiem też co to aspirator do noska. Kiedyś widząc na ulicy kobietę z dzieckiem w chuście byłam przekonana, że istnieje tylko jeden rodzaj tego nosidła. Dziś już wiem, że są chusty elastyczne, tkane i kółkowe. I że dziecko można również nosić w nosidełku: ergonomicznym lub mei-tai. Jednak chyba najbardziej zdumiał mnie fakt, że gdy matka jest przeziębiona (co mi się ostatnio przytrafiło) nie powinna odstawiać maleństwa od piersi, ponieważ w jej pokarmie zawarte są przeciwciała, które chronią niemowlę przed zachorowaniem. Natura bywa niesamowita…

DSC_5394

Dziwię się też sobie, swoim reakcjom. Jestem typem śpiocha, który ma dosyć głęboki sen i zwykle kładzie się spać w okolicach północy. Co oznacza problem z porannym wstawaniem. Od kiedy pamiętam, wstając na uczelnię czy do pracy, zawsze “wyrywałam” dodatkowe 5 czy 10 minut drzemki i nigdy nie byłam wstanie podnieść się po pierwszym dzwonku budzika. Bywało, że przez to spóźniałam się na zajęcia i do pracy. Dziś śpię jak mysz pod miotłą i każdy dźwięk wydawany przez sen przez Zuzę od razu mnie budzi. Nauczyłam się spać na raty i wstawać bez marudzenia, by ją w środku nocy przewinąć. Doprawdy, nie poznaję siebie… Oczywiście jest to okupione cieniami pod oczami i “dosypianiem” podczas karmienia.

Dziś już wiem, że gdy pojawia się dziecko, przestrzeń życiowa świeżo upieczonej mamy nagle kurczy się do mikroskopijnych rozmiarów. Przez pierwsze miesiące terytorium zakreślone jest bardzo wąskimi ramami: dom, ogród, trasa spaceru, sklep spożywczy, apteka, drogeria z pieluchami, czasem najbliższa IKEA.

Zuza jest typem dziecka dosyć absorbującego, które domaga się uwagi i bliskości. Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć sytuacje, gdy położona w swoim łóżeczku pozwoliła mi na przeprowadzenie w całości porannej toalety czy zjedzenie śniadania przy stole (ostatnio jem na stojąco i na czas przy blacie kuchennym. Jest szybciej). W zasadzie, gdyby nie to, że pomagają mi Rodzice przy bawieniu i usypianiu (mamy to szczęście, że mieszkają piętro niżej) nie byłoby mowy o ugotowaniu czegokolwiek od A do Z, nie wspominając o fotografowaniu i blogowaniu. Cóż, podobno taka karma młodej mamy…

Swoją drogą, ten, kto ukuł w kodeksie pracy termin urlop macierzyński, musiał być albo nie w pełni władz umysłowych albo nie miał własnych dzieci. Urlop z definicji to odpoczynek, chillout i wytchnienie. Tymczasem rok spędzony w domu z niemowlakiem to nie tylko wspaniałe chwile, gdy wzajemnie się poznajecie, obserwujesz jak Twoje dziecko z dnia na dzień robi postępy, a Ty z każdym dniem coraz bardziej je kochasz. Ten rok to również ciężka, codzienna praca, czasem chwile zwątpienia okupione niewyspaniem i chronicznym zmęczeniem. I poczucie, że nic już nie będzie takie jak dawniej. Ale macie teraz siebie nawzajem i to się liczy najbardziej.

DSC_5368

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam?

Teraz karnie i bez marudzenia proponuję Wam, abyście wypróbowali przepis na pyszne ciasto marchewkowe, które dzięki kilku nieskomplikowanym zabiegom można nawet nazwać tortem. Za tort “robiło” podczas niedawnych urodzin S. Krem do dekoracji z przepisu zastąpiłam własnym patentem na bazie mascarpone. Oryginalny przepis na ciasto pochodzi z książki The Hummingbird bakery, którą dostałam w zeszłym roku w prezencie od mojej przyjaciółki Kamy.

DSC_5096

CIASTO MARCHEWKOWE Z ORZECHAMI WŁOSKIMI

/wg przepisu z książki The Hummingbird bakery, z moimi modyfikacjami/

250 g drobnego cukru trzcinowego (w oryginale 300 g)

3 jajka

300 ml oleju słonecznikowego (zastąpiłam rzepakowym “Kujawskim”)

300 g mąki pszennej

1 łyżeczka sody

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżeczka cynamonu plus extra do dekoracji

1/2 łyżeczki mielonego imbiru

1/2 łyżeczki soli

1/4 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego

300 g marchwi, startej na tarce o dużych oczkach

100 g posiekanych orzechów włoskich

na krem:

1 opakowanie serka mascarpone

3 łyżki cukru pudru

1/4 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego

kilka migdałów i połówek orzechów włoskich

 

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 170ºC.

Cukier trzcinowy, jajka i olej umieszczamy w misce i miksujemy do uzyskania jasnej masy. Następnie, cały czas miksując, dodajemy po trochu mąki wymieszanej z sodą i proszkiem do pieczenia oraz cynamonem, imbirem, solą i ekstraktem waniliowym.

Następnie dodajemy marchew oraz orzechy, mieszamy całość, by masa się dobrze połączyła.

Tak przygotowane ciasto przelewamy do formy wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez ok. 50 minut w temperaturze 170ºC (pod koniec pieczenia warto wykonać tzw. test suchego patyczka czy ciasto jest dobrze upieczone).

Po upieczeniu wyjmujemy ciasto i zostawiamy na kratce kuchennej, by ostygło.

Przygotowujemy krem: mascarpone miksujemy z cukrem pudrem i ekstraktem waniliowym. Ostudzone ciasto kroimy wzdłuż na pół, 1/3 kremu smarujemy połowę ciasta, przykrywamy górną częścią. Na wierzchu rozsmarowujemy pozostały krem, dekorujemy migdałami i orzechami.

Smacznego:)

DSC_5091


1 Comment

Nocne wędrówki. Bakłażan faszerowany wołowiną, kaszą, fetą i pomidorami

DSC_0061

Zuzka zasnęła właśnie przy dźwiękach z ostatniej płyty Knopflera, którego głos działa bardzo kojąco nie tylko na nią. W zasadzie powinnam położyć się obok niej i zdrzemnąć, ale jest tyle rzeczy do zrobienia, że… szkoda mi czasu. Szczęśliwie coraz rzadziej zdarzają nam się nocne wędrówki po domu, gdy Zuzka wybudza się i po karmieniu lub przewinięciu nie chce od razu zasnąć. Wtedy opatulam ją w kocyk i przy zgaszonym świetle spacerujemy po mieszkaniu. Przez okna dachowe wpada blade światło latarni ulicznych, a gdy noc jest bezchmurna przyświeca nam księżyc i gwiazdy. Dzięki tym wędrówkom z dzieckiem na rękach znam już na pamięć zarysy budynków i drzew, które mamy za oknami. Podczas pełni najbardziej lubię widok z okna w garderobie. W ciemności doskonale widać zarysy świerków i daglezji, które ostro odcinają się od rozgwieżdżonego nieba. Ten widok przywodzi mi zawsze na myśl późnowieczorne zakopiańskie spacery z moim psem.

Gdy na studiach zjeżdżałam do domu na przerwy świąteczne czy wakacje, mnóstwo czasu spędzałam na wędrówkach z Bambem vel Bulką. Uwielbiał długie spacery bez względu na pogodę. Chodziliśmy najczęściej po Drodze pod Reglami, a gdy w TPNie nie obowiązywał jeszcze zakaz wprowadzania psów, zapuszczaliśmy się również do mniej uczęszczanych przez turystów dolinek reglowych. Ileż to razy złaziliśmy Dolinę ku Dziurze czy Dolinę za Bramką… A wieczorami, gdy była bezchmurna noc, w okolicach 22ej wychodziłam z Bulką na krótki spacer niemal do wylotu Doliny ku Dziurze podziwiając rozgwieżdżone niebo. Nad ciemnym piętrem górnego regla doskonale było widać Drogę Mleczną i gwiezdne konstelacje, których nazw nawet nie znam.

Ale wracając do teraźniejszości muszę przyznać, że gdy jest się średnio wyspanym, czas spędzony w kuchni jest na wagę złota. Co to oznacza? Że w grę wchodzą przede wszystkim nieskomplikowane przepisy. Najlepiej takie, które można zrealizować z dzieckiem w kuchni. Ostatnio w ten sposób wyrabiałam ciasto na pizzę. Mała siedziała w leżaczku-bujaczku zabawiana melodyjkami i grzechotkami, a ja na czas przygotowywałam drożdżowe ciasto.

Dziś proponuję zapiekanego bakłażana ze smakowitym farszem, którego przygotujecie w ciągu około godziny. W sam raz na wietrzne i chłodne kwietniowe popołudnie. W wersji dla karmiących mam radzę zrezygnować z chilli:)

DSC_0046

BAKŁAŻAN FASZEROWANY WOŁOWINĄ, KASZĄ, FETĄ I POMIDORAMI

/porcja dla 2 osób/

1 duży bakłażan

30 dag mielonej chudej wołowiny (np. ligawy)

garść ugotowanej kaszy pęczak

1/2 cebuli

1 ząbek czosnku

1/4 łyżeczki estragonu

1 mała papryczka chilli

1/2 szklanki pasatty pomidorowej

30 dag fety

2 małe pomidory

garść startego sera typu parmezan (u mnie pecorino romano)

sól, pieprz

olej ryżowy

 

Piekarnik nagrzewamy do 190ºC. Bakłażana myjemy, osuszamy i kroimy wzdłuż. Wydrążamy miąższ, który przekładamy do miski. Połówki bakłażana umieszczamy w żaroodpornej formie skropionej olejem i wkładamy na 15 minut do nagrzanego piekarnika. Następnie wyjmujemy i odstawiamy do ostygnięcia.

Wołowinę dusimy do miękkości razem z drobno pokrojoną papryczką chilli, cebulą i wyciśniętym czosnkiem. Doprawiamy do smaku estragonem oraz pieprzem i odrobiną soli. Gdy mięso będzie miękkie dodajemy miąższ bakłażana, pasattę pomidorową i gotujemy całość jeszcze ok. 5-7 minut na małym ogniu.

Do miski przekładamy uduszone mięso oraz kaszę i połowę pokrojonej w kosteczkę fety. Tak przyrządzonym farszem napełniamy podpieczone, wydrążone połówki bakłażana. Wierzch posypujemy pozostałą fetą, dekorujemy plasterkami pomidora oraz startym pecorino romano.

Całość zapiekamy ok. 20 minut w temperaturze 180ºC (termoobieg).

Smacznego:)

DSC_0076