gazdowanie

Kuchnia, fotografia i okruchy codzienności


Leave a comment

Skrzydlaci goście. Szparagi pod oscypkiem z orzechami włoskimi

Przysiadają na krawędzi dużej podstawki pod donicę. Zanurzają dzióbki w wodzie i piją maleńkimi łyczkami. Siedzą, rozglądają się, by za sekundę wskoczyć do wody jak do basenu i wykąpać się. Nastroszyć piórka, zatrzepotać i ledwie musnąć żółte brzuszki rozbryzgującymi kroplami wody. Sikorki. Małe sprytne ptaszki. Zimą dokarmiane przez Rodziców łuskanym słonecznikiem i kulkami z ziaren i tłuszczu. Zmarznięte wykonują istną ekwilibrystykę, by wydziobać najsmaczniejsze kąski z tych wirujących na wietrze kulek. Nawet poczciwe wróble przejęły z czasem ich sposób zdobywania pokarmu i teraz i one, choć nie z takim wdziękiem, tańczą w powietrzu uczepione pazurkami kulek.

Jak napisał Stasiuk, wywabiłem je z ich dzikości i teraz muszę pilnować, by nie zabrakło im pokarmu.

Ale to było zimą. Teraz na krawędzi poidła pojawiają się rozmaici goście. Gołębie, czasem wielkie jak kury i niezgrabne. Lądują ze świstem, patrzą tym swoim tępym wzrokiem i piją. Kiedyś jeden taki gigant siedząc na krawędzi przestraszył się, załopotał skrzydłami i ciężko unosząc się w powietrze strącił na ziemię podstawkę z całą zawartością.

Przychodzą też leśni strażnicy. Piękne, dumne i kolorowe sójki, które choć są drapieżnikami są bardzo płochliwe i czujne. W ogrodzie na sośnie kalifornijskiej uwiły gniazdo. Czasem dochodziły stamtąd dziwne dźwięki, jakby miauczenie kota. Sójki w ten sposób odstraszają inne drapieżniki. W zeszłym tygodniu na trawie niedaleko gniazda znalazłam potłuczone skorupki dwóch ptasich jaj. Sójkom nie udało się ich uratować. Prawdopodobnie wykradła je sroka.

Sroki. Słynne amatorki błyskotek. Gdy jest ciepło i śpimy przy otwartym oknie, czasem budzą mnie po czwartej nad ranem. Ich klekot jest donośny, jakby ktoś przy oknie ustawił drewniany młynek-zabawkę, którą w dawnych czasach można było kupić na wiejskich odpustach.

————————————————-

Dzisiejszy przepis to propozycja na lekki lunch lub ciepłą kolację. Szparagi pod oscypkiem osmaganym dymem prosto z Podhala. W szparagowym sezonie, gdy dni są ciepłe pałaszujemy je niemal co drugi dzień. Jakbyśmy się chcieli najeść na zapas, bo sezon na szparagi za chwilę dobiegnie końca.

GRILLOWANE SZPARAGI POD OSCYPKIEM I ORZECHAMI WŁOSKIMI

/porcja dla 2 osób/

1 pęczek zielonych szparagów

10-12 plasterków oscypka lub innego sera owczego

garść obranych orzechów włoskich

2 garście ulubionego mixu sałat

1 łyżeczka oleju rzepakowego

do smaku olej lniany i pieprz kolorowy grubo mielony

 

Szparagi myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym i odłamujemy zdrewniałe końcówki.  Na patelni grillowej rozgrzewamy olej rzepakowy, przekładamy szparagi i grillujemy (na dużym ogniu) ok. 10-15 minut, aż nieco zmiękną, ale nadal będą jędrne.

Na talerzach rozkładamy sałatę, na nią kładziemy grillowane szparagi, które przykrywamy plasterkami oscypka. Całość posypujemy orzechami, dodajemy kilka kropli oleju lnianego i świeżo mielonego pieprzu. Podajemy natychmiast.

Smacznego:)


Leave a comment

Pizza ze szparagami, fetą i mozzarellą

Jestem fanką sosów pomidorowych. Uważam, że są uniwersalnym składnikiem wielu dań, począwszy od spaghetti, pizzy, lazanii i w ogóle włoskich potraw, poprzez wegetariańskie gulasze, a skończywszy na zupach. W czeluściach mojej lodówki zawsze się znajdzie kartonik pasatty, a to nierzadko ratuje sytuację (gdy nie mam weny;)) i otwiera pole do kulinarnych popisów.

Dzisiejsza propozycja nie należy do tej ostatniej kategorii. Ot, zwykła pizza z sosem pomidorowym z dużą ilością młodego czosnku i ziół. Do tego mozzarella i feta. Niby nic nadzwyczajnego. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Zwłaszcza w jednym. Ta pizza jest ze szparagami, na które właśnie zaczął się sezon. A szparagi to istne bogactwo witamin i dobrych składników odżywczych. Jeśli znudziła Wam się pizza z salami lub szynką, to już wiecie czym je zastąpić:) Będzie pysznie. I zdrowo. Przynajmniej częściowo;)

PIZZA ZE SZPARAGAMI, FETĄ I MOZZARELLĄ

/porcja dla 4-5 głodnych osób, na podstawie przepisu z http://www.cookuj.pl, z moimi modyfikacjami/

na spód:

1/4 opakowania świeżych drożdży

2 szklanki ciepłej wody

1 łyżeczka cukru

3 szklanki mąki pszennej

1 szklanka mąki kukurydzianej

3 łyżki oliwy

1/2 łyżeczki soli morskiej

na wierzch:

1,5 szklanki pasatty pomidorowej

4 ząbki młodego czosnku

2 łyżeczki otartego oregano

garść listków bazylii

pęczek zielonych szparagów

1/2 opakowania sera feta

1 opakowanie tartej mozzarelli

oliwa do posmarowania blachy

 

Przygotowujemy spód pizzy: w dużej misce mieszamy drożdże z cukrem i wodą, miskę przykrywamy suchą ściereczką i odstawiamy na 10 minut w ciepłe miejsce. Następnie dodajemy mąkę, sól, oliwę i wyrabiamy gładkie, ale lepiące się do dłoni ciasto. Ciasto w misce przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na ok. godzinę. W tym czasie ciasto powinno podwoić swoją objętość.

Przygotowujemy sos pomidorowy: na patelnię wlewamy łyżeczkę oleju, pasattę, wyciskamy czosnek, wrzucamy posiekane zioła i sól i przesmażamy na średnim ogniu przez ok. 5 minut.

Szparagi myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym, odłamujemy zdrewniałe końcówki. Szparagi kroimy na mniejsze kawałki.

Gdy ciasto wyrośnie, dzielimy jena dwie części, każdą z nich rozwałkowujemy na okrąg. Blachy do pieczenia smarujemy niewielką ilością oliwy. Na blachy przekładamy ciasto, odstawiamy na ok. 10 minut, by lekko wyrosły. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do temperatury 220ºC (opcja “pizza”). Na cieście rozsmarowujemy sos pomidorowy, posypujemy mozzarellą, rozkładamy szparagi i posypujemy kawałkami fety.

Smacznego:)


Leave a comment

O dobrym i złym jedzeniu słów kilka. Muszle lumaconi z jarmużem i ricottą w pomidorowym sosie

 

Moja ostatnia wyprawa na zakupy spożywcze nie była już tak beztroska, jak do tej pory. Jestem świeżo po lekturze książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak. A wnioski płynące z tej lektury są raczej niewesołe. Ale zacznijmy od początku.

Od kiedy przeszłam na swoje (czyli od czasów studiów), zawsze czytałam etykiety na produktach. Z początku głównie daty przydatności do spożycia, z czasem coraz więcej: skąd pochodzi dane jedzenie i przede wszystkim jaki ma skład dany produkt. Bycie świadomym konsumentem to również trochę dłuższy czas poświęcony na robienie zakupów, ale nadal jestem przekonana, że warto to robić.  Do tej pory nieco czytałam o przemysłowej produkcji żywności i przyznam, że niektóre praktyki producentów przyprawiały mnie o ciarki na plecach. Gdy skończyłam O dobrym jedzeniu… nabrałam ochoty, by zostać wegetarianką i żywić się jedynie tym, co sama wyhoduję we własnym ogródku (jeśli go w końcu założę).

Jadamy mięso. Okazuje się, że jeśli chcemy kupić drób lub wieprzowinę, które nie są hodowane w sposób przemysłowy, czyli faszerowane hormonami wzrostu, powinniśmy zaopatrywać  się u sprzedawców, którzy kupują mięso bezpośrednio z małych ubojni, a te skupują zwierzęta od hodowców prowadzących gospodarstwa ekologiczne. Przy przemysłowym, pędzonym antybiotykami indyku z ośmiu kilo tuszy wydobędziemy z sześć i pół czystego mięsa (….). Z ekologicznego trzy kilo to świat i ludzie. Jemu masa nie przyrasta jak brojlerom: napędzisz i jazda! A ilu klientów jest w stanie zapłacić za prawdziwie ekologiczny produkt? To zaledwie 2-3% wszystkich mięsożernych klientów… Michalak konstatuje, że zatem może lepiej kupić raz na jakiś czas ekologiczny, czysty produkt (choć kilkakrotnie droższy) niż zjadać niemal codziennie mięso pędzone w sposób przemysłowy, niekorzystny dla naszego zdrowia.

No dobrze, skoro nie mięso, to może ryby? Weźmy te morskie. Wiele gatunków ryb jest zagrożonych wyginięciem (jak chociażby tuńczyk błękitnopłetwy czy okoń nilowy), a na nasze stoły w centralnej Polsce świeża ryba trafia dopiero po kilku dniach (zatem już nie jest świeża…). Czyste mięso mają niestety tylko ryby dziko żyjące lub te z ekologicznych hodowli, które nota bene można policzyć na palcach jednej ręki. Z morskich ryb nawet moje ulubione dorsze są coraz słabsze i mniejsze. Ponoć zasoby ich pożywienia bardzo uszczuplają paszowce, czyli norweskie statki, które poławiają mniejsze rybki na paszę dla łososi norweskich i innych zwierząt fermowych. (…) Odławia się wszystko, jak leci, a inspektorzy nie mogą nawet wejść na pokład jednostek, które zgłaszają do portu, że mają ryby na paszę. WWF Polska alarmuje, że co 20 minut na świecie wymiera jeden gatunek ryby, a aż 30 proc. stworzeń, w tym morskich, jest zagrożonych wyginięciem. W Bałtyku tylko 3 na 10 poławianych komercyjnie gatunków znajduje się na stabilnym poziomie – mimo to połowy wszystkich dziesięciu są kontynuowane.

Nie od dziś wiadomo, że łososie hodowlane również są faszerowane antybiotykami i hormonami, a także mączką rybną. A może warto kupować pstrągi w supermarketach? No cóż… W przemysłowych hodowlach te ryby całe swoje krótkie i smutne życie spędzają w sztucznych zbiornikach wodnych. W ekstensywnych hodowlach skraca się życie ryby do dziewięciu-jedenastu miesięcy, sztucznie wywołuje cykl  rozrodczy. Potem się rybę przekarmia, ledwo ma miejsce, żeby się poruszyć, podobnie jak kurczaki na fermach brojlerów. (…) Taka hodowla w całości odbywa się w kontenerach i betonowych stawach, ryby nie widzą w ogóle świata, tylko karmiarki przejeżdżające nad kontenerem i równo sypiące karmę z antybiotykami i hormonami, od których zwierzęta puchną.

Czytam i jestem coraz bardziej przygnębiona.

OK. Skoro nie mięso i nie rybie mięso, to może przerzućmy się wyłącznie na warzywa i owoce? Tu sytuacja również nie wygląda najlepiej. Wiadomo, że warzywa i owoce (zwłaszcza te egzotyczne) trafiają do Polski jeszcze nie w pełni dojrzałe. Swoją zdatność do konsumpcji osiągają dopiero w dojrzewalniach, w których stwarza się im sztuczne, choć zbliżone do naturalnych warunki. Pisałam o tym tutaj, na przykładzie pomarańczy: https://gazdowanie.wordpress.com/2015/02/05/o-uprawie-organicznych-pomaranczy-a-na-deser-ciasto-jogurtowo-pomaranczowe/ I nie wierzcie w bzdurne reklamy, które przekonują, że świeże i dojrzałe owoce i warzywa trafiają do nas prosto z krzaczka lub drzewa… A my przyzwyczajani do smaku dyskontowych pomidorów, jabłek czy śliwek powoli zapominamy ich prawdziwą, nie plastikową słodycz, smak i zapach. Bo supermarkety nie chcą karmić ludzi smacznymi produktami, lecz tym, że ważniejsze są dla nich inne cechy niż smak, na przykład wytrzymałość. Dlatego wymuszają selektywną uprawę ze względu na konkretne właściwości. To, że na przykład sklepowe pomidory często bywają niesmaczne, jest głównie kwestią odmiany, bo w tej produkcji nacisk kładzie się na plenność i odporność na  choroby czy wytrzymałość w transporcie.

Lecz z drugiej strony krytykowana produkcja wysokoobszarowa warzyw i owoców podlega rygorystycznej kontroli: te produkty są kontrolowane na obecność pozostałości pestycydów i zawartość azotanów i azotynów. A na targach i bazarkach handlują bardzo różni producenci, którzy mogą sprzedawać coś nie najlepszej jakości nie ze złej woli, lecz z nieświadomości. (…) a im mniejszy obszar mają pod opieką, tym łatwiej o brzemienną w skutkach pomyłkę. Jeśli masz nawóz, w którym substancji aktywnej potrzeba trzydziestu mililitrów na hektar, to jeśli rolnik ma do dyspozycji malutkie pole, bardzo łatwo pomylić się przy dozowaniu takich mikroskopijnych ilości. Dziesięciokrotnie przekroczyć dawkę to żaden problem, wystarczy dać dwie krople więcej. Nieświadomy niczego konsument w żaden sposób tego nie zweryfikuje.

Jak widzicie, lektura tej książki jest nie tylko pouczająca, ale również przygnębiająca. Oczywiście przede wszystkim jest to książka o tytułowym dobrym  jedzeniu, nie zepsutym niecnymi praktykami przemysłu nastawionego głównie na szybki zysk. Ale ja celowo wybrałam te fragmenty, które traktują o “psuciu” jedzenia przez wytwórców. Przyznam, że dzięki lekturze sporo się dowiedziałam  o mechanizmach rządzących tym rynkiem i jestem coraz bardziej świadomym konsumentem. Myślę, że czasem warto zastanowić się przez rutynowym wrzuceniem do koszyka produktu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni od lat. Może warto zwłaszcza wówczas, gdy mamy rodzinę, małe dzieci, którym pragniemy zapewnić to, co najlepsze, włącznie z jedzeniem. W tym kontekście stara zasada mówiąca o tym, że nie należy jeść, a należy się odżywiać nabiera zupełnie nowej perspektywy. A każda zmiana zaczyna się od refleksji. Za nią idzie działanie.

Na koniec zdradzę Wam tylko, że postanowiłam już jakiś czas temu rozpocząć własną ekologiczną parapetową uprawę. Pod kuchennym oknem rosną już kiełki, zioła, szczypiorek i natka pietruszki. W maleńkich doniczkach kiełkują z nasion cukinie. Lada chwila przepikujemy je do gleby. Tylko wyrychtujemy mini ogródek warzywny pod płotem:)

A dziś zostawiam Was z przepisem na makaron z warzywno-serowym nadzieniem. Smacznego. Mimo wszystko.

[Wszystkie cytaty, oprócz fragmentu dot. WWF Polska, pochodzą z książki O dobrym jedzeniu. Opowieści z pola, ogrodu i lasu Agaty Michalak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017]

MUSZLE LUMACONI Z JARMUŻEM I RICOTTĄ W POMIDOROWYM SOSIE

/porcja dla 4 głodnych osób/

1 opakowanie makaronu lumaconi lub conciglioni

1 opakowanie jarmużu (200g)

2 opakowania ricotty (400 g)

1 opakowanie tartej mozzarelli

300 ml pasatty pomidorowej

4 ząbki czosnku

3 średnie cebule (użyłam czerwonych)

1/2 szklanki startego sera grana padano lub innego twardego długo dojrzewającego

2-3 gałązki pomidorków koktajlowych

2 łyżki oregano

olej rzepakowy do smażenia

sól, pieprz do smaku

 

Muszle gotujemy we wrzącej osolonej  wodzie przez ok. 4 minuty (muszą pozostać lekko twarde). Odcedzamy i rozkładamy na talerzu wyłożonym czystą ściereczką.

Jarmuż myjemy i usuwamy twarde łodyżki. Cebulę kroimy w drobną kostkę, podsmażamy na rozgrzanym oleju przez ok. 5 minut, dodajemy jarmuż i dusimy na średnim ogniu pod przykryciem aż jarmuż zwiędnie i stanie się jasnozielony. Studzimy i przekładamy do miski, do której dodajemy ricottę i grana padano, mieszamy.

Czosnek przeciskamy przez wyciskarkę  do czosnku. Na patelnię wlewamy łyżeczkę oleju, dodajemy oregano i czosnek, wlewamy pasattę i doprawiamy pieprzem i solą. Dusimy na wolnym ogniu przez kwadrans.

Na dnie naczynia żaroodpornego wykładamy przestudzoną pasattę. Muszle nadziewamy mieszanką jarmużu i serów. Posypujemy mozzarellą, na wierzchu kładziemy gałązki pomidorków koktailowych.

Muszle zapiekamy przez ok. 20 minut w temperaturze 180ºC.

Smacznego:


Leave a comment

Ryba nie tylko na niedzielę, czyli dorsz w majeranku na kiszonej kapuście curry

dsc_7535

W naszym domu staramy się jeść rybę przynajmniej raz w tygodniu. Kupujemy ją w lokalnym markecie spożywczym, gdzie jak na centralną Polskę, jest spory wybór. Aczkolwiek dostępne tam ryby tylko częściowo pochodzą z polskich łowisk. Są tam łososie, dorsze, tuńczyki, pstrągi, halibuty czy okonie nilowe. Na obiad najczęściej wybieram polędwicę z dorsza, która jest delikatna i pożywna.

Nie dalej jak miesiąc temu, przygotowałam na niedzielny obiad właśnie polędwicę z dorsza, którą usmażyłam na maśle z sowitą porcją majeranku i czosnku. Rybę podałam na kiszonej kapuście curry. Wszystko według przepisu Karola Okrasy z książki Ryby są super z kolekcji Lidla. Efekt przerósł moje oczekiwania. Co prawda w oryginale Okrasa proponował sandacza, ale z racji braku jego dostępności, podałam polędwicę z dorsza. Delikatny smak ryby smażonej na maśle z dodatkiem majeranku i czosnku w tandemie z pikantną kiszoną kapustą curry zasmakował wszystkim przy stole. Para równie zaskakująca, jak dobrana.  Mój S. po zjedzeniu dokładki ochoczo stwierdził: Jeśli zostanie tej kapusty, to daj mi ją jutro do pracy:)

dsc_7536

DORSZ W MAJERANKU Z KISZONĄ KAPUSTĄ CURRY wg Karola Okrasy (Ryby są super, Kuchnia Lidla)

/porcja dla 4 osób/

ryba:

1/2 kg polędwicy z dorsza

sól

pieprz

1 łyżka mąki pszennej

8 gałązek świeżego majeranku (lub 2 płaskie łyżki suszonego majeranku)

2 duże ząbki czosnku, posiekane w plasterki

skórka otarta z 1 cytryny

80 g schłodzonego masła

olej rzepakowy do smażenia

kiszona kapusta curry:

200-250 g kiszonej kapusty, posiekanej

2 szalotki, drobno posiekane

1 ząbek czosnku, posiekany

1 łyżeczka oliwy z oliwek

1 łyżeczka masła

1 łyżka czerwonej pasty curry

1 łyżeczka curry w proszku

1/2 łyżeczki startego imbiru

150 ml mleka kokosowego

50 ml śmietanki 30%

1 łyżeczka płynnego miodu

sok i skórka starta z 1 limonki

sól

świeżo mielony pieprz kolorowy

opcjonalnie 1 łyżeczka posiekanej natki pietruszki

 

Przygotowujemy kapustę: szalotkę i czosnek krótko przesmażamy na oliwie z dodatkiem masła, a gdy się zeszklą, dodajemy pastę curry i curry w proszku. Całość podsmażamy ok. 1 minuty na wolnym ogniu, by się nie przypaliła. Dodajemy imbir, mleko kokosowe i śmietankę. Gotujemy ok. 5 minut, aż sos zgęstnieje. Następnie dodajemy kiszoną kapustę i dusimy ok.5 minut. Kapustę doprawiamy miodem, sokiem i skórką z limonki oraz odrobiną soli i pieprzu.

Polędwicę z dorsza myjemy, osuszymy ręcznikiem papierowym, posypujemy pieprzem i solą. Rybę delikatnie oprószamy mąką i smażymy na rozgrzanym oleju po kilka minut z każdej strony dodając otarty majeranek, czosnek, skórkę z cytryny i schłodzone masło. Zmniejszamy ogień, by masło się nie paliło (powstałą pianą z masła polewamy rybę podczas smażenia).

Rybę podajemy natychmiast na kapuście curry.

Smacznego:)

dsc_7539

dsc_7530


5 Comments

Kapryśny marzec i rigatoni z gorgonzolą, gruszką i tymiankiem

Kilka dni temu zapakowałam Zuzę w wózek i poszłam na zakupy połączone ze spacerem. Ubrałam się w kurtkę, czapkę i szalik, zwiedziona tym, że w nocy był lekki przymrozek, a o poranku wiał zimny wiatr. W trakcie spaceru wyszło słońce i temperatura skoczyła do jakichś 12 stopni Celsjusza. Po drodze Zuzka zasnęła, a ja wróciłam do domu ledwo żywa. Z czapką i szalikiem wciśniętym w kieszenie kurtki. Zgrzana i zła. I pomyślałam: Stasiuk znowu miał rację. Pod naszą szerokością geograficzną żyjemy na meteorologicznej huśtawce.

 

I znowu jest marzec. Znowu spływają śniegi, wieje mokry wiatr, duszę wypełnia poczucie daremności. Spod białego i okrągłego wyłazi bure i zgniłe, a wokół tylko monotonny horror przyrody, z którego nie płynie żadna nauka prócz tej, że ze swoją linearną i progresywną wizją egzystencji nie jesteśmy żadną koroną stworzenia, tylko smutną aberracją.

(…)

To jest środkowoeuropejski spleen czterech pór roku, gdy zimne bez przerwy zamienia się w ciepłe, mokre w suche, a jasne w zachmurzone, a potem odwrotnie i tak do samej śmierci, bez żadnej nadziei na odmianę. To jest smutek Słowiańszczyzny, gdzie gdy coś się zaczyna, to zaraz się kończy albo zmienia we własne przeciwieństwo i żadna ostateczność nie jest ostateczna.

(…)

Trzy dni temu było plus piętnaście stopni, a dzisiaj jest minus siedem. Powinniśmy być traktowani jak trochę niepełnosprawni, powinniśmy być częściowo zwolnieni od jakichś podatków albo ktoś powinien fundować nam sanatoria.

(…)

Żeby w ogóle przetrwać, powinniśmy porzucić nasze strony i udać się na poszukiwanie meteorologicznej ziemi obiecanej. Niestety, wszystkie przyzwoite krainy są już zajęte. Dlatego zostaniemy na miejscu i będziemy działać na nerwy bardziej zrównoważonym sąsiadom. Słowiańska histeria, węgierska depresja i rumuńska paranoja to nasze specjalności, to nasze znaki rozpoznawcze i powinniśmy je opatentować. Ba, powinniśmy te stany eksportować do jakichś zrównoważonych i znudzonych krajów, tak jak eksportuje się kokainę, heroinę i amfetaminę.

 

Andrzej Stasiuk, Nie ma ekspresów przy żółtych drogach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

RIGATONI Z GORGONZOLĄ, GRUSZKĄ I TYMIANKIEM

/porcja dla 4 osób/

1 opakowanie makaronu rigatoni (użyłam Barilla)

1 średnia gruszka

250 g sera gorgonzola

2 łyżki jogurtu greckiego

30 g masła

50 ml mleka

1 łyżeczka otartego tymianku

garść łuskanych ziaren słonecznika

 

Gruszkę obieramy, pozbawiamy gniazda nasiennego i kroimy w kostkę. Słonecznik prażymy na suchej patelni do momentu, aż się zezłoci.

Makaron gotujemy al dente w osolonej wodzie. W międzyczasie przygotowujemy sos. W rondelku o grubym dnie rozpuszczamy masło (na małym ogniu), dodajemy gorgonzolę, jogurt i mleko. Mieszamy całość do całkowitego rozpuszczenia i połączenia składników, na koniec dodajemy tymianek i gruszkę.

Ugotowany makaron odcedzamy, polewamy sosem i posypujemy słonecznikiem.

Smacznego:)


Leave a comment

Na przednówku, czyli naleśniki pszenno-gryczane z musem jabłkowym

Im bliżej do wiosny, tym bardziej przestronnie robi się w naszej quasi-spiżarni. Co i rusz znikają słoiki z pysznymi kiszonymi ogórkami produkcji mojej Mamy. Znacznie wolniej zjadamy ogórki w zalewie octowej (tzw. żydki, wg przepisu mojej kuzynki Gosi), bo jest ich znacznie mniej. Wreszcie, zjedliśmy ostatni słoik z musem jabłkowym, który przygotowałam z działkowych jabłek z dodatkiem cukru, cynamonu i rodzynek. Gotowego musu używałam do szybkich szarlotek, ale sprawdził się równie dobrze jako nadzienie do słodkich naleśników.

Uwielbiam naleśniki, ale nie cierpię ich smażenia. Żeby zrobić naleśniki dla całej rodziny, zwykle zajmuje mi to 1,5 godziny. Stoisz przy wyspie kuchennej, wlewasz ciasto, sprawdzasz czy już czas przewrócić albo zdjąć naleśnika z patelni i… czas niemiłosiernie się dłuży. A odejść od kuchni, by zrobić inne rzeczy w międzyczasie, nie ma za bardzo jak z obawy przed przypaleniem. Bo ze smażeniem naleśników jest jak z awokado. Not yet. Not yet. Not yet. Eat me! Too late;)

Kiedy bardzo tęsknimy za latem i jego darami, robimy sobie małą kulinarną wyprawę w tę porę roku. Trochę naciągana jest ta wyprawa, ale zawsze to coś. Taka chwilowa podróż w cieplejszą porę roku. Czasem jest to upieczenie szarlotki, czasem przygotowanie sałaty, albo tak jak dziś usmażenie naleśników pachnących latem. W dzisiejszej odsłonie są z dodatkiem mąki gryczanej i dużym kleksem słodkiej śmietany.

NALEŚNIKI PSZENNO-GRYCZANE Z MUSEM JABŁKOWYM

/porcja na ok. 8-10 naleśników/

na naleśniki:

1 i 1/2 szklanki mąki pszennej

1/2 szklanki mąki gryczanej

szklanka mleka 2%

szklanka wody mineralnej gazowanej

2 jajka

1/2 łyżeczki soli

2 łyżki oliwy z oliwek

olej rzepakowy do smażenia

na nadzienie:

2 i 1/2 szklanki domowego musu jabłkowego

lub

4 średnie jabłka

1/2 szklanki cukru trzcinowego

1 łyżeczka cynamonu

1/4 łyżeczki mielonego kardamonu

1/4 łyżeczki mielonego imbiru

do podania:

kubeczek śmietany 18%

2-3 łyżki cukru pudru

 

Składniki na ciasto naleśnikowe miksujemy, a następnie chłodzimy co najmniej 1/2h w lodówce. Następnie porcje ciasta nakładamy chochelką na rozgrzaną patelnię lekko posmarowaną olejem. Smażymy naleśniki i odkładamy jeden na drugi na talerz. Przykrywamy folią aluminiową, by zachowały ciepło.

Jeśli nie macie w swojej spiżarni musu jabłkowego domowej roboty, możecie go przygotować w wersji błyskawicznej: jabłka obieramy, wycinamy gniazda nasienne i ścieramy na tarce na dużych oczkach. Jabłka przekładamy do rondla o grubym dnie, dodajemy cukier i przyprawy, podlewamy odrobiną wody (1-2 łyżki) i dusimy na małym ogniu, aż jabłka się rozpadną i zmiękną. Gotowy mus nakładamy na naleśniki, zwijamy w kopertę lub klasyczną “rurkę”, wykładamy na talerz i polewamy śmietaną zmiksowaną z cukrem.

Smacznego:)


Leave a comment

Indyk na diecie, czyli pieczone kotleciki z indyka w sosie porowym

Na naszym stole i w gazetowniku rośnie coraz większa kolekcja czasopism nt. pielęgnacji i wychowania dzieci. Na rynku jest ich sporo, tylko brać i czytać. Zwykle, gdy wsiadam do pociągu i jadę do pracy, wyciągam książkę lub gazetę i zaczynam czytać. Po trzydziestu minutach jestem w Warszawie, a w głowie mam niedokończoną fabułę lub kilka dobrych rad. O tym jak istotne są rytuały w życiu  niemowląt i małych dzieci, o AZS i emolientach czy prawidłowym zbilansowaniu diety malucha.

Jakiś czas temu uśmiałam się czytając w jednym z takich pism porady nt. powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim. Autorka artykułu przekonywała, że prócz czysto pragmatycznych korzyści (dodatkowa pensja pracującej młodej mamy, możliwość oderwania się od pieluch, dbanie o siebie, bo trzeba wyjść do ludzi), są też korzyści emocjonalne z powrotu do pracy. Bo wracamy stęsknione do domu, a tam czeka równie stęsknione nasze dziecko. Bo mamy nowe pomysły i energię, by bawić się z maluchem, w mig zapominając o stresach zawodowych.

Czytałam te odkrywcze zdania i pomyślałam, że pani redaktor musi być niepoprawną optymistką albo sama miała idealne warunki jako matka. I zaczęłam wyliczać obowiązki, które czekają na mnie tego dnia po powrocie z pracy: ugotowanie obiadu, nastawienie i rozwieszenie prania (w tym ostatnim dzielnie pomaga mi Zuzka), rozładowanie zmywarki, odebranie zamówionej karmy dla psa i dziesiątki drobniejszych powinności. Lista obowiązków wydłużyła się, a doba jakby… skurczyła;) Choć muszę redaktorce przyznać rację w jednym: nawet, gdy wracam do domu zmęczona, to uśmiech Zuzy sprawia, że zmęczenie schodzi na dalszy plan. Bo ta mała istotka daje potężny zastrzyk szczęścia i poczucia sensu:)

Od kiedy nasza mała dziewczynka jest z nami, staram się gotować nieskomplikowane potrawy. Taka jest też dzisiejsza propozycja: dietetyczne mięso z indyka z warzywami. Z piekarnika, bez tłuszczu. Myślę, że przypadnie do gustu nie tylko dbającym o linię. Jeśli nie jesteście na diecie, zróbcie do mięsa sos porowy.

PIECZONE KOTLECIKI Z INDYKA Z WARZYWAMI W SOSIE POROWYM

/porcja dla 4 osób/

na kotleciki:

500 g mielonego mięsa z indyka

1 średnia marchew

1 duża cebula

1 por (tylko biała część)

1/2 pęczka natki pietruszki

1 jajko

1/4 łyżeczki papryki ostrej

pieprz, sól

na sos:

1 duży por (tylko biała część)

śmietanka 30%

1 łyżka tymianku

szczypta soli

świeżo mielony pieprz kolorowy

olej rzepakowy

 

Marchew ścieramy na tarce o dużych oczkach. Cebulę i pora kroimy w kosteczkę. Natkę drobno siekamy.

Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180ºC.

Mięso przekładamy do dużej miski, dodajemy warzywa, wbijamy jajko. Doprawiamy do smaku papryką i pozostałymi przyprawami, łączymy całość i szybko formujemy kulki, które układamy na blasze piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia. Kotleciki pieczemy przez ok. 30 minut w temperaturze 180ºC.

Przygotowujemy sos: pora kroimy w cienkie półplasterki i wrzucamy wraz z tymiankiem na rozgrzaną patelnię z łyżką oleju rzepakowego. Dodajemy szczyptę soli i smażymy ok. 5-6 minut do zezłocenia się pora. Następnie lekko studzimy pora i dodajemy śmietankę podgrzewając całość na małym ogniu. Doprawiamy do smaku świeżo mielonym pieprzem.

Upieczone kotleciki podajemy z sosem oraz ulubioną kaszą i surówką.

Smacznego:)